Na chwałę silnych kobiet

rozmowa z Markiem Weissem

Jak zawsze wierzę, że spektakl operowy jest cebulą wielopłatkową, w której każdy może znaleźć coś dla siebie, "obrać" sobie coś takiego, co mu się spodoba. I nawet ludzie kompletnie nieprzygotowani, głusi, i tacy, którzy muzyki współczesnej nie akceptują, muszą mieć szansę, że jak przyjdą na spektakl, to zobaczą coś takiego, co im się spodoba, co ich zachwyci, dotknie

Gazeta Świętojańska:”Madame Curie" to jedna ze szczególnych oper, bo dotyczy Polki –  kobiety ciekawej, o nie do końca zbadanej biografii. Jak poradziła sobie opera  z adaptacją? Czego dowiemy się o Marii Skłodowskiej-Curie?

Marek Weiss: Tak sobie wymyśliłem, że jedną z najważniejszych chwil w jej życiu była noc z 14 na 15 listopada, kiedy kilka dni wcześniej dostała Nagrodę Nobla, po czym zaraz po tej nagrodzie - drugą już w jej życiu – nagle dostała list od jednego z akademików na temat skandalu, jaki wybuchł w tym samym czasie. Żona jej przyjaciela, Paula Langevina, który był jej asystentem przez wiele lat,  odkryła,że po wielu wielu latach coś między nimi się zawiązało, więcej niż współpraca fizyków i chemików. Został jej kochankiem, bardzo ważnym człowiekiem w jej życiu. Kochała go wielką, namiętną miłością. Żona znalazła ich list i opublikowała go w prasie. Cała prasa huczała na ten temat, pełno było wyzwisk i obelg, żądań, aby wyjechała z Francji, bo jest obca, niemoralna, itd. Akademicy, którzy  nie wiedząc o tym przyznali jej nagrodę, nagle przerazili się, że taka kobieta stanie przed królem Szwecji i odbierze z jego rąk nagrodę... Nie do wyobrażenia! I pisze do niej, że może lepiej gdyby nie przyjeżdżała po odbiór tej nagrody albo jeszcze lepiej, gdyby jej nie przyjęła w ogóle. Maria ma noc bezsenną, kiedy musi zdecydować, co zrobić.
Była to kobieta, która całe życie żyła w depresji i było jej bardzo ciężko kontaktować się z ludźmi, cały czas  walczyć ze światem. Jej życie było pełne przeciwności, nieszczęść, tragedii – jedna, wielka walka kogoś, kto do tej walka zupełnie się nie nadawał. Tak naprawdę była delikatna, krucha i głęboko przekonana, że jest kimś niepełnowartościowym. Każde przeciwieństwo, jakie ją spotykało, każdy cios, jaki ona otrzymywała, powodował, że stawała się silniejsza. Mobilizowało ją to do walki. Im bardziej w nią coś waliło, tym bardziej stawała się  twardsza i  nie potrafiła się wycofać z walki. Ten poważny cios, wahnięcie po sukcesie, zmobilizowało ją do tego, żeby wydać całemu światu wojnę. Mało, że się uparła, że pojedzie i tą nagrodę przyjmie, to jeszcze do tego postanowiła, że się niczego nie wyrzeknie. Jest naukowcem i kompletnie ją nie obchodzi, co o niej ludzie myślą i że się z Paryża nie ruszy.
To jest taka noc, kiedy Maria robi sobie rachunek sumienia, kiedy przychodzą do niej różne postaci, zjawy z przeszłości, z przyszłości, kiedy analizuje swoje życie – co zrobiła źle, co zrobiła dobrze. Nie ma to linearnego charakteru, są to raczej strzępy, tak jak we śnie... Że śni nam się całe nasze życie, mamy różne impulsy, czy coś było dobrze, czy coś było źle...
Maria jest u siebie w laboratorium, kiedy nagle  zjawia się u niej mnóstwo ludzi i wszyscy jej siedzą na głowie, czego ona nienawidziła po prostu. Maria była typem samotnika i nie znosiła tłumu, hałasu, sławy, nie umiała się w tym odnaleźć. Była trochę jak Szymborska dzisiaj (uśmiech). Całe jej życie,  wszystkie jej emocje i namiętności pokazujemy w esencji, paczce, w której nie wszystko musi być tak dokładnie, po kolei, nobliwie wyłożone. A jednocześnie ona sama jest w tym troszkę szalona. Ma różne odruchy czy reakcje, sposób myślenia o tym wszystkim, niekoniecznie taki dzienny i politycznie poprawny. Maria jest sama w nocy i zachowuje się tak, jak to ludzie zachowują się w nocy sami ze sobą.

Czyli najważniejsza będzie dramaturgia tej jednej nocy ?

Tak, tak. To jest taki klimat oniryczny, gdzie ona jest sama. Cała opera to jest wielki monolog Marii, ale dookoła niej jest cały tłum, straszliwa, olbrzymia orkiestra. To wszystko cały czas na niej siedzi  i ją atakuje.

Zobaczymy kobietę silną?

Tak. To już moja obsesja, aby głosić chwałę silnych kobiet. To kolejna apologia kobiety silnej i pięknej moralnie. Takiej kobiety, która potrafi wychodzić z opresji i potrafi podejmować decyzje sama, nie tylko na zasadzie posłuszeństwa wobec religii, społeczeństwa czy męża. Maria sama podejmuje decyzje, które muszą budować ją jako autorytet moralny, jako człowieka dla siebie samej  i te decyzje musi podejmować dosyć apodyktycznie. Musi znać uzasadnienie i znaleźć je w sobie, nie ma żadnych gotowych recept.

Kim dla Pana jest Maria Skłodowska-Curie?


Kiedyś, w szkole, byłem bardzo dobry z chemii i chciałem być naukowcem. Zawsze bardzo bliski był mi naukowy sposób myślenia o świecie, o przyrodzie i o tym, z czego się składa świat. Wydaje mi się, że doniosłość odkrycia Skłodowskiej-Curie, dla nas też - w dyskusji światopoglądowej, jaką toczymy w tej chwili na wszystkich polach – polegała na tym, że ona, jako osoba religijna wychowana w  niewahającym się katolicyzmie, odkryła coś, co podważało wszystko to, co jest zawarte w credo.  Wszystko to, co jest na temat wiary, zmartwychwstania, życia wiecznego, tego, że kiedyś wszyscy powstaniemy ze zmarłych i będziemy dalej obleczeni w ciało. Wszystko to, czego nas uczą od dziecka.
Te wątpliwości, które mamy w związku z kremacją ciała... Jak to jest możliwe, żeby porozsypywane po całym świecie cząstki ludzkie pozbierać? Maria odkryła, że materia nie tylko się rozsypuje na cegiełki, ale że w ogóle znika, że to promieniowanie powoduje, że nie pozostaje NIC. Nawet atom, który można byłoby pozbierać.
Maria musiała się z tym uporać. Jeżeli odkryła, że świat jest tak zbudowany i że nie ma żadnych szans, żeby coś było wieczne, trwałe, stabilne i dawało nam poczucie bezpieczeństwa, no to w związku z tym – co dalej? Jak poradzić sobie z zasadniczymi pytaniami? Staramy się pokazać, że ona w pewnym momencie polemizując z Einsteinem – który najpierw próbuje ją powstrzymać, potem jest jej mentorem, doradcą i przyjacielem - dociera do prawdy, że wszystko jest chwilą! Że światło rodzi się i umiera na zawsze, ginie bez śladu! To znaczy, że jedynie słuszny i jedynie ważny jest moment, kiedy się rodzi. Odkrywa, że życie ludzkie, mądrość konsumowania go czy myślenia w ogóle o  człowieku polega na tym, by docenić to tu i teraz.  I że to nie jest jakaś rozpaczliwa filozofia, która nie daje nam schronienia, poczucia wartości czy oparcia, tylko można w tym odnaleźć mądrość i siłę.
Trzeba być wielkim umysłem i duchem, żeby to odkryć i zrobić z tego wartość. To mi się w niej podoba, zawsze była moim idolem. Zawsze uważałem, że  była człowiekiem, który w naszej ojczyźnie jest jedną z najjaśniejszych postaci, najbardziej godnych szacunku, utrwalenia, mówienia o niej. Stereotyp, który nam się z nią kojarzy, to taki, że to jest taka pani od chemii, nobliwa, zacna, siwa pani, która probówki przelewała. To nie jest do końca prawda o tym, jak dynamicznym i skomplikowanym człowiekiem była. Jak dramatycznie musiała pogodzić swoją namiętność kobiecą i rodzaj pewnej frywolności, jaka w niej była od początku.  A to wszystko z bardzo szlachetną dyscypliną, jaką sobie narzuciła i wiarą, że ta dyscyplina buduje człowieka i że ona stanowi o tym, czy życie jest sensowne czy nie.

To będzie pomnik dla Marii Skłodowskiej-Curie? Czy będzie Pan raczej chciał pokazać we  fleszu pewną sytuację z jej życia? Z jednej strony we Francji Skłodowska-Curie jest  rozpoznawalna. Umieszczona w Panteonie, ma tam swoje zasłużone miejsce pośród innych sław francuskich. U nas kojarzy się z lekcjami chemii. To, co Pan o niej mówi, to taka esencja bardzo pozytywnej energii twórczej zawartej w tej kobiecie. Czy będzie można zobaczyć to w spektaklu?

Myślę, że tak i bardzo wierzę w to, że jeżeli to zobaczymy, to zobaczymy to dzięki Ani Mikołajczyk, która śpiewa partię Marii i której kreacja jest po prostu niewiarygodnie piękna. Jej wcielenie się w postać jest tak przyjmujące i tak doskonałe, że dzięki niej wierzę, że udźwigniemy to jako prawdziwą opowieść. Prawdziwą nie w tym sensie, że dotyczy konkretnych faktów z jej życia i że wszystko się zgadza, bo takie nosiła guziki i takie nosiła buciki. Tylko, że niesie jakąś prawdę ludzką w wielkiej skali. Jest to  osoba niezwykła, którą widzimy żywą na scenie. I Ania potrafi to udźwignąć  i dzięki temu, to jest coś na rodzaj pomnika, hołdu wobec tej wielkiej kobiety.
Mamy naprawdę wielkich Polaków, którzy mogliby ciągle nam służyć, gdybyśmy ich traktowali poważnie. Gdybyśmy mniej polemizowali na temat tego, czy są oni drogowskazami czy nie! Mania i pasja odbrązawiania naszych bohaterów ma swoje zalety i swoją wartość w kulturze. Mimo że polemika jest czasami potrzebna, żeby nie dochodziło do idiotyzmów, bezkrytycznego czczenia bałwanów, to jednak z drugiej strony – od papieża przez Skłodowską po Mickiewicza i wielu, wielu innych - trzeba pamiętać, że przy całym tym odbrązawianiu taka ciekawość: "a kiedy oni mieli skok w bok, a kiedy oni powiedzieli coś głupiego..." jest nikczemna i tabloidalna! Gawiedź lubi zawsze, żeby wielki człowiek został ośmieszony czy opluty. A mi się wydaje, że w kulturze polskiej dzisiaj bardzo potrzebne jest, aby kilka czy kilkanaście osób nie tyle zostało bezdyskusyjnymi  autorytetami, ile wytrwało w szacunku z naszej strony. Szacunku, jakim się darzyło matkę i ojca, czy jakiegoś fantastycznego nauczyciela. I nie miało znaczenia, czy był dziwakiem i chodził w podartych gaciach. Każdy jest innym człowiekiem, a my dzięki temu staramy się trochę więcej w życiu.

Mieliście konferencję prasową w Paryżu. Jakie jest zapotrzebowanie na taki tytuł TAM? Czy spotkał się pan z czymś szczególnym?

Szczerze mówiąc nie wiem. Ta prezentacja dotyczyła technicznych okoliczności tego dzieła. Zobaczymy jak to będzie przyjęte. Nie jestem jakimś entuzjastą ani Paryża, ani zapotrzebowania, jakie tam istnieje na taką czy inną kulturę. Tak jak pewnie w każdej są wybitni ludzie, którzy robią coś wartościowego i jest masa bezwartościowego śmiecia w tym wszystkim, co się produkuje. I nie ma większych różnic w tym, co jest tu i tam. Korzystamy z przywileju, żeby zagrać premierę w Paryżu ze względu na Rok Marii Skłodowskiej-Curie i ze względu na zaproszenie UNESCO. Daje to nam oprawę, która ułatwia drogę do serc publiczności. Tak jak obecność każdego celebryty pomaga sprzedać pewną prawdę ludziom. Naszym "celebrytą" jest właśnie Paryż.

A ile spektakli odbędzie się w Paryżu?

Jeden.

Czego obawia się Pan najbardziej przed premierą?

Akustyki. Jak zawsze. W "Madame Curie" jest bardzo gęsta faktura orkiestrowa i na początku myślałem, że tego w ogóle nie da się zrobić bez mikrofonu. Ale my w operze nie lubimy mikrofonów. Istnieje  taki odruch, że mikroporty są dobre do musicali, a to jest niższy gatunek muzyki. A jednak opera dąży do tego, żeby głos ludzki był jednym z instrumentów. Jakość dźwięku radiowa nie przystoi operze.
Ale moim zdaniem to jest coś, czego nie da się obronić. Prędzej czy później wszystkie opery będą śpiewane przez mikrofon i nie ma innego wyjścia, bo takie są sale, takie są nawyki ludzi. Wiele osób już nie słyszy głosu, który nie jest nagłośniony, a co dopiero odróżnia, co ten głos w ogóle mówi, jakie treści niesie. To przyjdzie z czasem, bo musi być doskonały sprzęt, który wciąż jest bardzo kosztowny. Na razie staramy się tego uniknąć. A żeby się przebić przez dźwięk orkiestry, to takt po takcie „piłujemy”, co zdjąć w tym takcie, jaką trąbę, żeby  głos ludzki był słyszalny.

Do kogo jest skierowany spektakl ?


Jak zawsze wierzę, że spektakl operowy jest cebulą wielopłatkową, w której każdy może znaleźć coś dla siebie, "obrać" sobie coś takiego, co mu się spodoba. I nawet ludzie kompletnie nieprzygotowani, głusi, i tacy, którzy muzyki współczesnej nie akceptują, muszą mieć szansę, że jak przyjdą na spektakl, to zobaczą coś takiego, co im się spodoba, co ich zachwyci, dotknie.
A oczywiście im bardziej ktoś jest przygotowany, ktoś więcej muzyki współczesnej słucha i jest wrażliwy na te dziwne harmonie, to tym większą odnajdzie w tym przyjemność. Rzecz jest bardzo precyzyjnie przygotowana przez Wojtka Michniewskiego [kierownik muzyczny, przyp. red.], który jest mistrzem w realizowaniu współczesnych dzieł. Jeżeli komuś będzie się wydawać, że to jest jakiś chaos dźwięków, to niech pamięta, że tam w ogóle żadnego chaosu nie ma, że to jest bardzo precyzyjnie uporządkowane. Trzeba tylko mieć dobrą wolę i trochę wyspecjalizowanych narzędzi, aby ten porządek wychwycić.

Co Panu w tym dziele najbardziej podoba się dzisiaj ?


Podoba mi się to, co w ogóle w operze się zdarza. Im trudniejsze i bardziej skomplikowane dzieło, tym to pewniejsze są etapy. Pierwszy moment to zupełne odrzucenie – "Przecież to jest niemożliwe. Tego nie da się zrobić! To jest niezrozumiałe. Po co, dlaczego tak musi być? Dlaczego nie ma prostych melodii, które łatwo zapamiętać?". Potem, im bardziej się w to wchodzi, tym bardziej się okazuje, że tych prostych melodii jest mnóstwo! Tylko, że one są tak na siebie ponakładane, że trzeba je jakoś wyselekcjonować, "wysłyszeć". A jak się tego raz, drugi, trzeci posłucha, to wtedy przyjemność jest niebywała, nieporównywalna z tym, jak się słucha prostych rzeczy operetkowych, gdzie ta przyjemność jest jedna, prosta i gładka. To tak jak  z gotowaniem czy miłością. Wszystko im bardziej skomplikowane, tym bardziej  na pierwszy rzut oka zdaje się być niemożliwe. Po co? A potem okazuje się, ze właśnie po to! Że to jest w ogóle inna skala emocji i wrażeń.

Czy zmieniłby Pan tytuł na inny?


Nie. "Madame Curie" to jest tytuł, który ja wymyśliłem. Ma specjalnie nawiązywać do "Madame Butterfly" i opowiadać o kobiecie poniżanej, udręczonej, która wychodzi zwycięsko z opałów.

Bardzo dziękuję i życzę powodzenia na premierze.

Katarzyna Wysocka
Gazeta Świetojanska1
10 listopada 2011

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia