Na krawędzi dojrzałości

"Opowieści zimowe" - reż. Iga Gańczarczyk - Teatr Polski w Bydgoszczy

Dorośli chcący zaprowadzić dzieci na ,,Opowieści zimowe" powinni pamiętać, że zabierają swoje pociechy na baśń, nie bajkę. Jak wiadomo, ta pierwsza rządzi się swoimi prawami, odmiennymi niż druga. Baśnie są często bez ogródek brutalne, nie będzie przesadą stwierdzenie, że niejedno dziecko ma traumę w związku z lekturą którejś z nich. Andersen, wielki mistrz gatunku, na przestrzeni lat uległ różnym transformacjom. Choć nadal jest skierowany do najmłodszych, traktuje ich jak pełnoprawnych partnerów, nie zwykłych odbiorców. Dla starszych widoczne są szwy, za którymi kryją się gorzkie prawdy o świecie i naszym życiu.

Idze Gańczarczyk udało się zachować specyfikę pisarza. Instalacja LATALI to zawieszona nad sceną konstrukcja, do której poszczególnych punktów doczepiono pluszowe trójkąty z okrągłymi zakończeniami. Do każdej dołączona jest czarna lina, za pomocą obciążników pozwalająca otwierać i zamykać figury. Mogą to więc być płatki śniegu, może być to kopuła pałacu Królowej Śniegu, sufit igloo Laponki, chmury na dziwnie niespokojnym zimowym niebie. Nie komponuje się to nieco z grą świateł, przechodzących od chłodniejszych, jasnoniebieskich barw po zbyt jaskrawe, fioletowe i pomarańczowe.

Nie przeszkadza to dobrze skonstruowanemu scenariuszowi. Spektakl rozpoczyna się opowieścią o Choince (Anita Sokołowska). Ubrana w malachitowe bolerko i zielony skafander jest wciąż młoda, choć już marzy o dorosłości. Trzyma się kurczowo opowieści o Klumpe-Dumpe, którą usłyszała w okresie bożonarodzeniowym, jako przystrojona dama świąt. Marzy, że i ona znajdzie swojego księcia. W pewnym momencie Bałwan (Mateusz Łasowski) przerywa jej historię. Ubrany w garnitur w różowe paski, oblepiony białymi rzepami, daje pole do popisu Kayowi (Grzegorz Twaróg) i Gerdzie (Marta Ścisłowicz). Choinka stara się jeszcze dokończyć swoje opowiadanie, ale inni jej nie pozwalają. Brutalne zderzenie z rzeczywistością, w której nasza prywatna historia nie musi grać pierwszych skrzypiec na świecie, zostaje u Gańczarczyk oswojone w zabawnej sekwencji wyrywającej się Choinki. Potem powraca ona, szczęśliwa, że może dokończyć własną opowieść, jednak nagle okazuje się już zużyta. Nie spełniło się żadne jej marzenie. Poza zewnętrzną powłoką była kompletnie nieprzystosowana do życia, pogrążona w myślach i nierealnych ideałach. Wielki zawód, jaki ją spotkał, może jej zrekompensować tylko słodko-gorzka śmierć, kiedy już staje się popiołem. Wspomina przy tym swoje pragnienia i niezrealizowane plany. Andersenowski lęk przed niespełnieniem i izolacją w ,,Choince” przybrał wszak najstraszniejsze oblicze.

,,Królowa Śniegu” jest prowadzona bardzo konsekwentnie, w ciekawej wersji opowiadania zbliżonego wręcz do gawędy. Dwukrotnie Gańczarczyk sugeruje widzom (dość zobaczyć zaskoczenie na twarzach maluchów), że tytułową bohaterką jest Choinka. Królowa ma bowiem twarz Sokołowskiej. Uwodzi ona Kaya lodowatym pocałunkiem kobiety zgorzkniałej i nieszczęśliwej, a taką jest w momencie przerwania pierwszej opowieści bohaterka aktorki. To bardzo subtelne poszerzenie psychologii Choinki pokazuje smutny obraz osoby odrzuconej. Odbija się to w nastrojach dzieci. W umyśle malucha myśl, że komuś może być smutno, że może być niesłuchany i niekochany, jest nie do pomyślenia. Wirtuozeria Gańczarczyk niejednokrotnie doprowadza ją do balansowania na granicy, czyniąc grupę docelową przedstawienia bardzo niejednoznaczną.

W ,,Królowej…” przede wszystkim mamy do czynienia z kpiną z ludzkich przywar. Mamy więc egoizm kwiatów w przydługiej, nieco nużącej wokalnej scenie opowiadania trzeciego, udawaną empatię księżniczki (Magda Łaska), tyranię małej rozbójniczki (ponownie Łaska). Jednak jest tu i miejsce dla pozytywnych emocji – wrony (Jakub Ulewicz i Małgorzata Trofiumiuk), postrzegane powszechnie jako ,,złe” ptaki, głównie przez czarny kolor piór i wydawane odgłosy, pomagają Gerdzie. Podobnie jak renifer (Ulewicz), który jest przykładem na to, że dobre uczynki skutkują szczerą wdzięcznością i chęcią niesienia podobnej pomocy. Gańczarczyk dostrzega u Andersena dobre strony kreowanych światów, w opozycji do wielu badaczy demonizujących i nadmiernie doszukujących się u pisarza wyłącznie odniesień do traum i bólu.

Wyzwolenie Kaya spod uroku Królowej odbywa się szybko, znacznie dłużej trwa powrót do domu. Ciekawe, ile przygód spotkało wtedy uradowaną parę – nie pisze nic o tym ani Andersen, ani nie wyjaśnia Gańczarczyk. Ważne, że do domu docierają jako dorośli. Zdają się być tym zaskoczeni, niedowierzająco patrząc przed siebie. Wyprawa do Królowej zmusiła ich do zetknięcia się z największym utrapieniem tego świata – zimną obojętnością. Bo to wydaje się być najgorszym elementem dorosłego życia. Walka z wrogami, ,,dobro kontra zło”, eskapada mająca uratować najbliższą osobę – to pojęcia typowo dziecięce, dające dumę i radość ze stania po właściwej stronie. A co, jeśli stanąć twarzą w twarz w nijakością, banalnością istnienia? Nie ma nic gorszego w życiu niż właśnie jego pusta niejasność, rutyna, świadomość, że dziś i jutro może być takie samo. Że czerń i biel fantastycznych opowieści jest zastępowana przez szarość.

Gerda jest zmęczona ciągłym opowiadaniem swojej historii, choć nie robi tego słowami, tylko przez układ cheironomiczny. Kolejny znak od reżyserki – dziecko oczekuje od świata, że ten zawsze będzie znał całą opowieść, bez potrzeby tłumaczenia się. Zmęczenie postaci jest zaakcentowane tylko raz, aby nie męczyć młodszego odbiorcy. Całe zresztą przedstawienie z takich ,,chwil” jest uszyte, licząc się zarówno z inteligencją małego, jak dużego widza.

Historia o Bałwanie jest najkrótsza i najmniej oddziałująca. Stanowi właściwie potwierdzenie opowieści o Choince, choć opiera się na innych zasadach. Choinka myślała o sobie, bohater Łasowskiego tęskni do pieca. Tylko że kaflowy pan został zastąpiony… kobietą. Nie przypadkiem jest nią ponownie Sokołowska. Gańczarczyk pokazuje rodzenie się uczucia między dwojgiem ludzi. Choć ostatecznie się ono nie spełnia, baśń o Bałwanku ma drugą stronę – radość z odczuwania emocji, tęsknoty, nadziei na lepsze jutro. Pies-kpiarz (Marcin Zawodziński) jest bezczelny, ale i bardzo mądry, jak Bałwan liczy na ciepło ze strony kogokolwiek. Zakończenie przedstawienia łagodzi ten wydźwięk. Po raz kolejny powtarza się bajka o Klumpe-Dumpe, wytańczona przez aktorów do melodii znanej z ,,Sąsiadów”.

Przeplatanie kolejnych narracji pokazuje, że reżyserka liczy się z młodym widzem, z jego zdolnością do samodzielnego myślenia, a przede wszystkim wyobraźnią. Skupienie całej widowni i jej euforyczna reakcja świadczy o zainteresowaniu spektaklem, przede wszystkim ze strony dzieci właśnie. Dorośli mogą przede wszystkim być zafascynowani prostotą połączoną z siłą przekazu, który jest w stanie dotrzeć do każdego. Gańczarczyk parokrotnie stosuje środki sceniczne dzieciom najbliższe – jak choćby bańki mydlane. Ma świadomość, że współcześnie najmłodsi mają bezpośredni kontakt z popkulturą, stąd stosowne elementy - muzyka, reakcja renifera po dotknięciu go w brzuch, itd. Czy graniczy to z banałem, często podawanym młodym? Nie, na scenie TPB Andersen jest jednocześnie stary i nowy, sentymentalny i realistyczny, smutny i zabawny. Ma się ochotę zobaczyć go jeszcze raz, a to najpiękniejszych baśni słucha się przecież wielokrotnie.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
21 stycznia 2012

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia