Na ludowo

Felieton Łukasza Drewniaka

Do DNA! - reż. Ewa Kaim - Teatr Studentów PWST Kraków

1.
Bardzo ciężko ze mnie zrobić chłopomana. Jak każdy, kto jako tako świadomie dorastał w Peerelu, mam w sobie gen odporności na uroki folkloru. Niestety, w tamtych czasach propaganda zawłaszczyła Zespół Ludowy Pieśni i Tańca „Mazowsze", kurpiowskie wycinanki i góralskie tańce. Skradziono nam wieś. Na widok stroju ludowego żegnałem się trzy razy, gwara i regionalizmy uchodziły za szczyt obciachu, przymuszony do oglądania w reżimowej telewizji dożynek na Stadionie Dziesięciolecia przepłakałem całe popołudnie. Serial Janosik byłby moim ukochanym serialem, gdyby tylko przebrać zbójników i dworskich za Indian i kowbojów. Kiedy w małej wiejskiej szkole uczono nas klasycznego „Gdybym ja miała skrzydełka jak gąska, poleciałabym za Jaśkiem do Śląska", pytałem naiwnie, bardzo denerwując nauczycieli: „Dlaczego to ja mam latać za jakimś Jaśkiem? Czemu nie Jasiek za mną?" I jak ta piosenka brzmiałaby po francusku? Chyba lepiej prawda? Gdy Ciechowski wymyślił Grzegorza z Ciechowa pukałem się znacząco w głowę. Pieśni z płyty R.U.T.A. zwyczajnie się boję, bo zaraz widzę chłopaków spod GS-u jak idą na mnie i kolegów z nożami i wyrwanymi z płotu sztachetami, bo przyjechaliśmy z sąsiedniej wsi. Nawet dziś uważam, że Wesele byłoby całkiem zgrabną sztuką, gdyby bohaterowie nie seplenili tą wymyśloną przez Wyspiańskiego gwarą i akcja działa się, powiedzmy, w małym, galicyjskim miasteczku w środowisku inteligencko-robotniczym. I wcale nie wzruszam się podczas opowieści o nastoletniej Monice Strzępce na traktorze w podtuchowskiej wsi, może dlatego że dzieciństwo spędziłem kilka przysiółków dalej, rzut beretem przez las i siedem górek i raz traktor prawie mnie rozjechał. Im bardziej wszyscy jesteśmy ze wsi, po rodzicach, po dziadkach, tym bardziej to później wypieramy, boimy się tej egzotyki, która zaczyna się na końcu osiedla, tam gdzie dojeżdża ostatni autobus.

Żartuję sobie grubo, żeby odwlec opowieść o pewnym krakowskim przedstawieniu. Obejrzałem je z otwartą gębą, w której obijało się struchlałe zdanie, że dziadkowie Drewniakowie jednak mnie w końcu dopadli.

2.
Do DNA!, reż. Ewa Kaim, Teatr Studentów PWST Kraków

Nad sceną coś wisi. Jakby jakiś kamienny dom uniesiony na pół metra do góry. Bez drzwi i okien. Ze środka walą dymy i uciekają jakieś pojedyncze głosy. Ktoś tam wewnątrz, w tym „cosiu", gada, naśpiewuje, zbiera siły. Skąd jednak wiemy, że to jest dom taki wiejski, skansenowy? Znikąd. Szukamy odbicia, obrazu przed zniekształceniem, zanim jeszcze pieśni oznaczą sceniczne obiekty. A może te wszystkie głosy i dymy mieszkają wewnątrz jakiejś metafory? I dlatego to nie dom wyrwany z ziemi z korzeniami, tylko drewniana, gigantyczna czapka, którą nakryto świat, z której wypadły pozbierane do niej skarby. Albo chropawa, żelazna dusza wyjęta ze starego żelazka. Nagrzewało się kiedyś taki klocek metalu w piecu i wkładało do środka blaszanego ustrojstwa, leciała para, spód się rozgrzewał i można było prasować koszule i prześcieradła. A klocek syczał, ślizgał się wewnątrz żelazka. Żył kilkanaście minut razem z prasującą kobietą, śpiewał razem z nią w swoim żaro-żelaznym języku.

Dom, czapka i „dusza". Z tych wszystkich trzech miejsc naraz wyczołguje się piątka aktorów-śpiewaków ze spektaklu Ewy Kaim. Akompaniator, multiinstrumentalista, autor aranżacji ludowych pieśni - Dawid Sulej Rudnicki siedzi na swoim stanowisku po prawej stronie. Chłopaki i dziewczyny będą się do niego przyłączać w kolejnych scenach, towarzysząc muzycznie kolegom mającym akurat numery solowe. W naturalny sposób zmieniają się z aktorów w wokalistów, z wokalistów w muzyków. Właśnie się wyczołgali spod „duszy". Przebrano ich w stroje, które są miksem elementów ludowych i młodzieżowych. Glany do krótkich płóciennych spodni, dresy i czerwone korale noszone jak nieśmiertelniki, spódnice trzech różnych długości, zapaski i kaptury. Kiedy są razem na scenie – tańczą. I znów miksy, czyli wariacje na temat ludowości i pogo, złamane układy synchroniczne, strzępy weselnych korowodów. Maćko Prusak polepił ich ruch z transowych gestów i folklorystycznych cytatów. W jednym z układów prawa ręka opada młodym kręcącym się w miejscu, w kółko aktorom za nisko, jakby cały czas chciała szorować po ziemi. Tylko któryś z tancerzy świadomie brudzi czystość kompozycji, używa innego niż reszta opadającego rękawa. I od razu coś nam się nie zgadza w tym obrazie. Prusak każe w innej ze scen tańczyć dziewczynom na samych obcasach z uniesionymi czubkami bucików, jakby się zataczały po wódce i obłapce, jakby szły przez błoto do kościoła, szukały kamieni, na których można postawić kawalątek stopy. I potem balans ciała, kołysanie brzuchem, jakieś odcięcie rąk i głowy, które chcą wyrwać się do widza.

Kaim i Prusak tworzą kilka realistycznych scenek, z których wyłoni się pieśń, lament, przyśpiewka, odzywka, piosenka. Młody mąż jedzie furą do miasta, a jego żona prosi, żeby kupił jej jakiś prezent, inaczej grozi, że pojedzie z nim. A chłop ma przecież plan się wyszumieć.Na co mu baba.Więc tak, kupi wstążkę, kupi. Trzy dziewczyny kłócą się o chłopaka bez koszuli. Prawie odrywają mu skórę z klaty i pleców: to dla mnie, to dla mnie. Lepią się do tego nagiego ciała i pukają w nie, sprawdzając, czy gładkie. Dwóch starych dziadów(jak ci z Mrożkowego Indyka) zapętliło się w powtórzeniach i do znudzenia wyśpiewuje ciąg przyczonowo-skutkowy dotyczący rzeczy, które się same nie zrobią i zachowań tak zwanego zwierzęcego inwentarza w gospodarstwie, co to nagle buntuje się przeciw przypisanym mu tradycyjnie zachowaniom. No i jeszcze jedna dziewczyna w długiej, śpiewanej a capella piosence cały czas odkrzykuje do koleżanek lub rodziny: „juz", „jidee", „zaroz", „jesce nie". Poganiają ją, a ona przecież ma tyle jeszcze do wyznania niebu i polom.

Więc scenki w Do DNA! owszem są, ale wcale nie wydają najważniejsze, nie układają się w pełną historię, dajmy na to, Obrzędów Przejścia, Wojny Bab z Chłopami, Pór Roku, Pracy i Dni. Scenki są, ale jakby od niechcenia. Nie wymyślano ich na siłę do każdej piosenki. Kolejne numery wokalne rodzą się tu raczej z silnego pragnienia występu każdego z młodych bohaterów. Że teraz ja. Mój popis, moja chwila samotności i szaleństwa. Ja to wyśpiewam najpiękniej, ja mam coś do powiedzenia na ten temat. Jednak nie ma przepychanek, wyrywania sobie melodii, na scenie zaprowadzono jakąś rudymentarną chłopską sprawiedliwość co do kolejności występu, trudności zadań. Tu jest twoje pole, tu moje. Przekraczać miedzę wolno, ale nie za często.

Trzy dziewczyny – nazwijmy je: Silna, Uparta i Pyskata, albo Zołza, Cholera i Paskuda (Paskuda nie od urody, a od wrednego charakteru!) – rozwibrowują scenę swoim śpiewem i ruchem. Weronika Kowalska, Agnieszka Kościelniak i Dominika Guzek. Dwie czarne, jedna blondynka. Są same, ale nie przeciwko sobie, to inna zbiorowość i solidarność niż ta męska, chłopacka. Rywalizują cały czas, jedna drugiej oczy by wydrapała, ale płaczą razem, uśmiechają się do słońca, ochraniają głowy chustkami przed wiatrem. Aktorzy od Kaim, Gładysz i Cygan, Parobek i Junak, Ciemny i Jasny, Dziad i Sąsiad mają do wykonania zadania bardziej fizyczne. Łukasz Szczepanowski i Jan Marczewski częściej niż dziewczyny doskakują do grającego akompaniatora, by mu pomóc, dodać jakiś nowy muzyczny walor. Rozpiera ich energia, ale nie wściekłość, złość, nienawiść. Owszem, tak jak i dziewczyny są podminowani seksem i miłością, ale w ich pieśniach i tańcach czuć, że jest coś ważniejszego od obłapki. Coś, co można uchwycić tylko śpiewając w ciemnym lesie czy w pustej karczmie.

To nie jest okrutna, mroczna, ksenofobiczna wieś i gromada. Młodzi od Kaim pokazują dziwną, przegapianą przez nas otwartość kultury ludowej, może nie na obcego - to już by było krok za daleko - co na tego drugiego człowieka obok. Jemu źle, więc mnie też. Moja dola przegląda się w jego. Może Do DNA! wyszło właśnie tak jasno, w tonacji radosnej – bo wszyscy aktorzy są młodzi, witalni, piękni? Pieśni ze spektaklu pochodzą głównie ze zbioru Oskara Kolberga (nad stroną literacką spektaklu czuwał Włodek Szturc), kilka z nich znamy, większość jednak przypomina znaleziska wydobyte z dna wykopanego przy kościele dołu: popękany utwór jak stare radło, inny jak pogięty cebrzyk, przyśpiewka niczym wiadro bez ucha. Dawid Sulej Rudnicki prowadzi muzyczną opowieść raz z czułością archeologa, innym razem z dezynwolturą, bo ja wiem, może nawet polskiego Bregovicia. Pięć, może więcej, solowych numerów wokalistów z powodzeniem udaje tak zwane przeboje, zaaranżowano je na bogato, wpisując w modę na folk w muzyce popularnej. I brzmią tak pomiędzy klimatami Kapeli ze Wsi Warszawa i dźwiękami od Chłopców kontra Basia. Uczestniczyłem w tym bezczelnym i kruchym zarazem muzycznym show z krakowskiej PWST i myślałem, że to nieprawdopodobne, że taki spektakl w ogóle powstał w szkole teatralnej. Że prędzej zobaczyłbym taki eksperyment z młodzieżą od Jana Bernada, w Chorei, w ZARze. Słuchałem Do DNA! i myślałem, że w tej samej chwili Gardzienice i ich krewni leżą i kwiczą. Trochę z zazdrości, trochę ze zdziwienia, że ktoś wchodzi im z butami na terytorium Teatru Pieśni. Kowalska, Guzek, Kościelniak, Szczepanowski i Marczewski odnajdują w sobie tak zwane stare głosy - chropawe, brudne barwy. Jak się zamknie oczy, można uwierzyć, że na Straszewskiego przyszła grupa seniorów spod Łomży i wyje swoje barbarzyńskie lamenty. A potem oczy otwierasz i bucha ci w nozdrza dwudziestoletnia siła. Te polskie, wiejskie głosy, tonacje i artykulacje czasami przypominają warczenie ludzi na siebie, nawoływania, zawodzenia, odstraszania dźwiękiem. Dziewczyny odszczekują sobie, chłopaki pohukują na siebie. Oni nie pięknieją w pieśni, pieśni biorą się z agresywnego płaczu, byle jakiego bólu, ciągłego zmęczenia. Pieśń jest piękna pomimo wszystko - bez udziału piękna człowieka i jego intencji. Trzeba je śpiewać starymi głosami, bo ludzie z tej wymyślonej lub utraconej wsi są od zawsze starzy. A znaczy to tylko tyle, że od razu wiedzą, że mają tylko chwilę na miłość i życie. Spektakl Ewy Kaim przywołuje na kilkadziesiąt minut nasze chłopskie, muzyczne DNA. Pijemy muzykę, piosenkę za piosenką jak kieliszek za kieliszkiem do dna, żeby nie uronić nawet kropelki i na końcu wychodzimy z teatralnej karczmy pijani światem, którego poza tą chwilą już nie ma.

Patrzyłem na piątkę młodych aktorów z wydziału wokalno-estradowego i myślałem, co będzie z nimi dalej. Jest kilka zespołów, które mogłyby ich zagospodarować, offowych i repertuarowych. I niekoniecznie w dziale ludowość. Któraś z dziewcząt mogłaby pójść drogą Karoliny Cichej. O chłopaków powinny bić się Gliwice z Capitolem. A Ewa Kaim i Dawid Sulej Rudnicki stanowczo powinni rozszerzyć swoją działalność reżysersko-aranżacyjną daleko poza szkołę teatralną.

3.
Koło naszego domu zawsze wczesną wiosną i jesienią na łączce przy ścieżce za rowem, który oddzielał asfaltową drogę od pola opadającego z górki do rzeki, pojawiały się małe, dziwne, kolorowe szmatki. Leżały wbite w błoto, pocięte w kwadratowe i romboidalne kształty. Wyglądały jak kwiaty z materiału, z bawełny i lnu, zielone, czerwone, żółte. Długo nie wiedziałem, kto je tam wyrzuca, czemu mają tyle kolorów i do czego kiedyś służyły. Aż w końcu podejrzałem, co trzeba. Błotnistą ścieżką ze wzgórz codziennie pod wieczór schodziły stare kobiety, śpieszyły się na wieczorną mszę. Kiedy ścieżka doprowadzała je do asfaltowej drogi, przystawały i wyciągały z kieszeni płaszczy małe szmatki zrobione z pociętych starych spódnic, bluzek, koszulek dziecięcych. Schylały się i czyściły tymi szmatkami buty. Na asfalcie nie było błota, można było w miarę bezpiecznie dojść do oddalonego jeszcze o kilometr kościoła. Niepotrzebnych, brudnych szmatek nie chowały do kieszeni na zaś, tylko wyrzucały na łączkę przy rowie. Nie chciały tego robić przy kościele, bo tam jakoś głupio śmiecić, zostawić przy ogrodzeniu taką pamiątkę. Więc wyrzucały tutaj, przy pierwszym asfalcie. Szmatki leżały tam potem z parę miesięcy, zanim nie wchłonęło ich błoto, nie przysypał śnieg, rozniosły ptaki. Tworzyła się z nich fascynująca, dziwna szachownica, pocięta kwietna kołdra. Chodziłem i studiowałem kształty, w które się układały. Nigdy nie przyszło mi do głowy, by je pozbierać. Bo były świadectwem jakiegoś starego obyczaju. Stare kobiety, które schodziły ze wzgórz błotnistą ścieżką do asfaltu, kiedy szły razem po trzy, po pięć głośno odmawiały różaniec, albo śpiewały razem. Nie pamiętam co, pamiętam te szmatki.

Potem na ścieżce położono betonowe płyty, potem puszczono asfaltową drogę na wzgórze. Kobiety od szmatek wymarły. Zniknęły na zawsze szmatkowe układanki, kobierce, szachownice.

A teraz wydaje mi się, że młodzi aktorzy od Kaim stoją przy tej drodze i śpiewają. Nie ma szmatek-błotnych kwiatów, ale tamte pieśni starych kobiet, pieśni od schodzenia w dół i polerowania brudnych bucików już jakoś mogę sobie wyobrazić.

Łukasz Drewniak
teatralny.pl
11 stycznia 2017

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia