Na początku jest śmierć, potem pojawiają się plujki, i jest życie

Felieton Dany Łukasińskiej

Zapalają się światła reflektorów. Widzowie stoją odgrodzeni od aktorów żółtą taśmą z napisem "do not cross". Ci drudzy, w specjalnych kostiumach i maskach, jak przystało na teatr, pochylają się nad najważniejszym w tym spektaklu rekwizytem - zwłokami. Tak oto pokochałam kryminalistykę.

Na początku poczułam ogromną niesprawiedliwość. Jak dziecko, które nagle odkrywa, że rodzice bardziej kochali siostrę. A przecież życie, jakie jest, każdy widzi: banalne, przereklamowane i rozczarowujące. Pomyślałam sobie, że jeśli jeszcze raz usłyszę "życie jest piękne" to chyba kogoś zabiję. Po tej deklaracji w głowie zabrzęczał mi głos Franza Maurera: "Co ty wiesz o zabijaniu?" i wprawił mnie w zakłopotanie. Pamiętam coś o śmierci mózgowej i hasło "palenie zabija", w kontrze do "wódko, pozwól żyć". Potem z przerażeniem odkryłam, że nie jestem w tej ignorancji osamotniona. Są nas miliony. Ale jak to możliwe: czeka nas wszystkich, raczej nikt z nas jej nie przeżyje, więc dlaczego tak mało wiemy o śmierci?

I nie chodzi mi tu o życie po życiu w wydaniu duchowym - od tego mamy na pokładzie księdza, choć był czas, kiedy sama byłam bardzo wierząca (dewotyzm infantylny wieku dojrzewania), chciałam iść do klasztoru, zamkniętego oczywiście (zawsze robię wszystko na 100%), na Górę św. Anny, i miałam mieć na imię Emnilda. Nie mylić z Esmeraldą, bohaterką meksykańskiej telenoweli, która była niewidoma i cudownie odzyskała wzrok, bo ktoś wreszcie wpadł na pomysł, by jej tę wadę wzroku zoperować (co za intryga!). Emnilda, to była czwarta żona Bolesława Chrobrego. W przeciwieństwie do Esmeraldy nie miała problemów ze wzrokiem (przynajmniej Kraszewski nic o tym nie pisał), co i tak jej nie pomogło, bo została otruta. I tak oto wracamy do punktu wyjścia.

Śmierć i zabijanie połączone są z teatrem śmiertelnym uściskiem. I nie mam tu na myśli spektaklu odgrywanego zwyczajowo na sali sądowej albo łzawego recitalu pogrzebowego. Dam przykład. Ostatnio na zajęciach, pracując z kolegami w plenerze, znaleźliśmy dwa martwe ciała (manekiny, też żałuję). Jeden - śmierć przez wykrwawienie (nóż wbity w klatkę), drugi - śmierć przez zadzierzgnięcie. Kiedy przyklękasz obok zwłok, w celu dokonania oględzin, robisz zdjęcia, ujawniasz ślady i wypisujesz metryczki, to jest jak pisanie prologu do sztuki, w której śmierć jest tylko punktem wyjścia. Ślady daktyloskopijne, traseologiczne, biologiczne i możliwe scenariusze wydarzeń - budują kolejne mroczne akty. Co? Gdzie? Kiedy? Jak? Czym? Dlaczego? Kto? - siedem złotych pytań kryminalistyki - czyż to nie uniwersalne zasady dobrze skonstruowanej historii? Początkujący dramaturdzy powinni się uczyć, choć raczej od profilerów niż morderców. Po uczynkach ich poznacie - takie powinno być motto zawodowych profilerów kryminalnych.

To trudna profesja, i potwierdzi to każdy autor, który kiedykolwiek musiał stworzyć wachlarz postaci: z całym bagażem doświadczeń, nie za bardzo oryginalnych, żeby były prawdopodobne, trochę stereotypowych, żeby dać wiarygodność i trochę jednak niezwykłych, by nie uniknąć posądzenia o wtórność. Profilerzy mają jeszcze bardziej pod górkę. Wyobraźmy sobie postać Obywatela K., który nie myje zębów, bo wychowywał go dziadek, wierzący w teorię, że od częstego mycia zęby wypadają, a gdy ich się nie myje wcale, te, które wypadną, odrastają (nawet stałe). Nikt, kto zna najświeższe statystki higieny jamy ustnej przeciętnego Polaka nie zapyta, czy to prawdopodobna postać... Profiler nie mając tej wiedzy robi to samo, tylko od końca. Czyli ma ślad osmologiczny (zapachowy) naszego Obywatela K. i na jego podstawie musi ustalić kto jest sprawcą i dlaczego pozostawił na miejscu zdarzenia tak silny zapach? Skąd on pochodzi? A jeśli z jamy ustnej, to czy sprawca choruje na halitozę? Nie używa nitki dentystycznej? Myśli, że jest kotem i nie myje się, tylko przelizuje? A może, kiedy był mały, słuchał dziadka, który wyszedł z lasu dopiero, kiedy Polak został papieżem, i który (dziadek, nie papież) zakazał mu myć zęby, bo w przeciwnym razie nie odrosną? Jak widać wyobraźnia jest kluczem nie tylko do Watykanu.

Zmęczonym teatrem codzienności życia (ostrzegałam, że banał), poirytowanym ekscesami na scenie politycznej, polecam refleksję nad śmiercią, którą od czasu do czasu mogę ułatwić (również śmiertelnie przynudzając). Bo kiedy Kapusta powiedziała reszcie warzyw: "Wnet i tak zginiemy w zupie", to miała rację. I fajnie jest pobrać próbkę tej zupy i pooglądać ją pod mikroskopem, póki nie gotują jej na naszych kościach. Cdn...

Dana Łukasińska
e-teatr.pl
18 października 2016

Książka tygodnia

Wróg publiczny i inne dramaty węgierskie
Agencja Dramatu i Teatru "Adit"
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia