Nabijanie widzów w butelkę

"Freddie" - reż. Irmina Kant - Teatr Studio w Warszawie

Nie wiem dla kogo i po co został wystawiony spektakl "Freddie" w warszawskim Teatrze Studio, który miał być opowieścią o ostatnich dniach życia chorego na AIDS wokalisty kultowego zespołu Queen, Freddiego Mercury\'ego (Tomasz Borkowski). Na pewno nie dla fanów tej supergrupy, bo obejrzenie widowiska wnosi niewiele nowych informacji na temat kulis śmierci idola.

A miało być niezwykle ciekawie i "głęboko" - tak przynajmniej zapowiadali twórcy spektaklu, którzy nie chcieli ograniczać się tylko do opowiadania o tej fascynującej osobowości przez pryzmat jego choroby i odmiennej orientacji seksualnej.

Z początku zapowiada się nawet intrygująco, bo kiedy widzowie udają się na małą scenę teatru już na korytarzu słychać klubowe rytmy. Kiedy wchodzimy na widownię na scenie trwa impreza urządzona w domu wokalisty, w której uczestniczą m. in. członkowie zespołu, ostatni kochanek Freddiego, którym był fryzjer Jim. Alkohol leje sie strumieniami, pity nawet w wannie, gdzie dochodzi do przygodnego seksu.

Kolejne sceny spektaklu to ledwie naszkicowane relacje Freddiego z jego matką ( Monika Świtaj) , kochankiem, przyjaciółką wokalisty, która jest w nim zakochana i ciągle łudzi sie nadzieją , że będą razem, pomimo homoseksualizmu Mercury\'ego; jest też scena próby z członkami zespołu, gdzie chory wokalista stara się zaśpiewać górne dźwięki przeboju "I want to break free". Kiedy po chwili zostaje na scenie sam, próbując ze łzami w oczach śpiewać "Who wants to live forever" , wyobrażając sobie, że ma przed sobą miliony fanów, siła tej sceny głęboko porusza i rośnie apetyt na dalszą część spektaklu.

Tymczasem przedstawienie nagle zostaje przerwane, a na scenie pojawia się, grana przez aktorkę Irenę Sierakowską, reżyser spektaklu, która zaczyna tłumaczyć aktorom, używając ich prawdziwych imion, koncepcję swojej inscenizacji. Najbliższe pół godziny to motyw "teatru w teatrze", satyra z "koncepcji" reżyserskich "o przekraczaniu granic ", a na końcu podziękowania dla Teatru Studio za pomoc w realizacji spektaklu. Tym sposobem o ostatnich dniach życia wokalisty nie dowiemy się już niczego więcej, mając poczucie, że obejrzeliśmy niedokończoną historię, która niewiele wnosi w nasze postrzeganie słynnego piosenkarza.

Autorzy sztuki, Agata Puszcz i Wojciech Pitala, tworzą portret wokalisty, uciekając się do takich banałów jak - czuję sie samotny, mimo że mam miliony fanów - albo próbują tłumaczyć jego orientację wielkim przywiązaniem do matki lub na wszelkie sposoby przypominając jakie są symptomy zakażenia się wirusem HIV. To wszystko sprawia, że autorzy nie wychodzą w sztuce , mimo wielkich chęci, poza stereotypowe postrzeganie osobowości wokalisty głośnego zespołu.

Spektakl w Studio zachwyca wspaniałą, "klimatyczną\'\' scenografią Pauliny Czernek, z podświetlaną wanną i wielkim stylowym lustrem, oraz rolą dawno nie oglądanego Tomasza Borkowskiego, który próbuje nadać swojej postaci tragiczny rys człowieka, który doprowadził się do samozagłady.

Jako osoba, która ceni twórczość i talent zespołu Queen oraz jego wokalisty, ucieszyłem się, że będę mógł w teatrze Studio zobaczyć spektakl, który przybliży Mercury\'ego jako ikonę popkultury szerszemu kręgowi odbiorców. Poczułem się jednak nabity w butelkę. Sądząc z zasłyszanych opinii widzów po przedstawieniu nie tylko ja wyszedłem z teatru zawiedziony.

Dziwi mnie tylko fakt, że kierownictwo literackie Teatru Studio dopuściło ten tekst do realizacji. Doprawdy, nie wiem po co?

Maciej Łukomski
Teatr dla Was
31 maja 2012

Książka tygodnia

Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Maurizio de Giovanni

Trailer tygodnia