Nad miłością do sztuki zwyciężyła miłość do Boga

Z Pawłem Aignerem, reżyserem sztuki 'Brat naszego Boga', rozmawia Temida Stankiewicz-Podhorecka
W tę niedzielę obchodzimy już po raz kolejny Dzień Papieski ustanowiony z inicjatywy Fundacji 'Dzieło Nowego Tysiąclecia' sześć lat temu przez Konferencję Episkopatu Polski. Jednym z najważniejszych statutowych zadań Fundacji jest upowszechnianie nauki Jana Pawła II, jego myśli zawartych w homiliach, encyklikach, dokumentach papieskich czy pismach literackich, jak 'Pamięć i tożsamość'. Ale myśl Papieża Jana Pawła II jest przecież w pewnym sensie kontynuacją myśli Karola Wojtyły zawartej w jego wcześniejszych utworach, jeszcze przedpapieskich, w poezji, szkicach, dramatach. Jeden z nich, 'Brat naszego Boga', ma właśnie premierowe przedstawienia w warszawskim Teatrze Rampa. Wczoraj i dzisiaj, a więc w wigilię Dnia Papieskiego. - No i, można powiedzieć, w wigilię 28. rocznicy pontyfikatu Jana Pawła II. Przedstawienie nie jest literalnym przeniesieniem w całości dramatu Karola Wojtyły na scenę. Wraz z Janem Prochyrą napisał Pan scenariusz na motywach 'Brata naszego Boga' i do spektaklu włączył 'Litanie polskie' księdza Jana Twardowskiego z muzyką Zygmunta Koniecznego. Czy to nie za bardzo karkołomne przedsięwzięcie? Przecież już sam tekst 'Brat naszego Boga' niesie w sobie niemałą trudność dla reżysera? - Jest to niezwykle interesujący i oryginalny dramat. Wybitny dramat. Wybitny zwłaszcza w sensie tzw. myślenia obrazami. A ten 'kłopot' wiążący się już z czysto warsztatowymi sprawami, jak na przykład brak takiej typowej dramaturgii w tekście sztuki - patrząc z czysto formalnego punktu widzenia, brak konfliktu jako składnika budującego ową dramaturgię, nie był dla mnie przeszkodą. Myśmy wykorzystali tu coś, czego zazwyczaj się nie robi. A mianowicie wykorzystaliśmy teksty zawarte w didaskaliach, które nie wchodzą w słowo dramatu i są pomijane przez inscenizatorów. Jakież tu bogactwo obrazowania myśli, jaka symbolika i subtelny przekaz myśli, jak wspaniale i nierzadko zabawnie puentowane są postaci i wydarzenia właśnie w didaskaliach. I tym tekstem w naszym przedstawieniu operuje chór, który odgrywa tu ogromną rolę. Ale jeśli idzie o tekst, to w scenariuszu skupiliśmy się głównie na drugim akcie dramatu, dołożyliśmy do tego jedną scenę z aktu pierwszego i jedną z aktu trzeciego. Chór wybrany z castingu... - Owszem, tworzą go wyłącznie aktorzy. Trzydziestoosobowy chór aktorski to chyba jedyny taki w Polsce. Odgrywa tu, w przedstawieniu, obok Adama Chmielowskiego, główną rolę. Coś na wzór antycznego chóru będącego wyrazicielem opinii publicznej? - Jak kto chce. Chcieliśmy, aby to wszystko, co się dzieje na scenie, widz odbierał tak, jakby to działo się we wnętrzu człowieka, w jego duszy, jego głowie, jego myślach, jego sercu. Tak właśnie jest w tym dramacie. Bo pojawiające się tam osoby wprawdzie mają imiona, które kojarzą się nam z konkretnymi postaciami historycznymi, jak na przykład malarze, artyści, aktorzy (Helena Modrzejewska), to Karol Wojtyła - jak pisze we wstępie do tego dramatu - umieścił te postaci w świecie pozahistorycznym i nie ma potrzeby zajmowania się analizą tych postaci w stylu, kto jest kim, czy to Wyczółkowski, czy Modrzejewska itd. Tutaj to nie ma znaczenia. A ponieważ jest to pozahistoryczne, dało nam pole do manewru, zmieniliśmy czas akcji i postać Adama Chmielowskiego w postać Karola Wojtyły. Jedna z 'Litanii' dotyczy wojny, Powstania Warszawskiego i tu zrobiliśmy taką zamianę bohaterów. Ale te postaci w dramacie umieszczone są też w świecie pozakonfliktowym. - Bo w istocie nie ma tam konfliktu. I być nie może, w takim sensie ideowym. Jest natomiast coś w rodzaju rozdarcia bohatera, Adama Chmielowskiego, a czytając przez pryzmat losu autora, także Karola Wojtyły, między oddaniem się w służbę Panu Bogu a w służbę sztuce. W obu przypadkach trzeba było z czegoś zrezygnować, ponieść ofiarę. Malarz, Adam Chmielowski, zrezygnował ze sztuki i został zakonnikiem pomagającym ludziom. Karol Wojtyła zrezygnował z aktorstwa, które było mu drogie, które kochał. Gdyby pozostał w tym zawodzie, byłby na pewno aktorem wybitnym. Mówią o tym ci, którzy widywali go na scenie, grał przecież główne role w Teatrze Rapsodycznym u Kotlarczyka. Aktorstwo nie było tylko przygodą w życiu Karola Wojtyły, było czymś znacznie więcej. Niełatwo było to porzucić. Miał więc z czego rezygnować, miał z czego złożyć ofiarę, odpowiadając na głos Boga i wybierając powołanie do kapłaństwa. I o tym właśnie jest nasze przedstawienie, o cenie, jaką trzeba zapłacić za wybór drogi, bo wybór jednego łączy się z rezygnacją z czegoś innego. Wracając do roli chóru w sztuce, jaką konkretnie funkcję on tu pełni? - Jak już powiedziałem, wszystkie te wydarzenia, które widz ogląda na scenie, są projekcją wewnętrzną bohatera, dzieją się w jego wnętrzu duchowym, intelektualnym, a chór jest jego myślą. Jakby studium przeniknięcia człowieka - to niełatwe zadanie. Ponadto próba pokazania duchowego związku autora z bohaterem jego dramatu wiedzie w kierunku dotarcia do tajemnicy powołania. A to już naprawdę trudne zadanie do wyartykułowania na scenie środkami teatralnymi. - Przede wszystkim chcieliśmy zrobić przedstawienie o powołaniu, poświęceniu i ofierze. Dziękuję za rozmowę.
Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
14 października 2006
Portrety
Paweł Aigner

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...