Nadzieja umiera ostatnia

"Bóg mordu" - reż. Henryk Adamek - Teatr Śląski w Katowicach

"Bóg mordu" Yasminy Rezy to ostatnio jedna z częściej wystawianych sztuk francuskiej dramatopisarki, znanej polskiej publiczności m.in. z utworów: "Życia: trzy wersje", najczęściej wystawianej w Polsce "Sztuki" oraz "Sztuki hiszpańskiej", którą w połączeniu z "Mewą" Czechowa w Teatrze Dramatycznym w Warszawie wyreżyserował Krystian Lupa. Za "Boga mordu" Reza nie tylko zdobyła liczne, prestiżowe nagrody, w tym Tony Awards (dla Najlepszej Sztuki) i Laurence Oliver Award w kategorii Najlepsza Nowa Komedia (2009), ale również przewędrowała przez teatralne sceny od Londynu po Nowy Jork, nie omijając również tych najbardziej prestiżowych, jak brechtowska scena Berliner Ensamble

Mijający rok był w Polsce szczególnie łaskawy dla Rezy i jej „Boga mordu”. W marcu zeszłego roku odbyła się prapremiera sztuki w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie, ponad pół roku później w Teatrze Ateneum w Warszawie i Teatrze Śląskim w Katowicach. Do przeniesienia sztuki na duży ekran przymierza się również Roman Polański, z którym Reza współpracowała już wcześniej przy realizacji „Przemiany” Kafki, do której zrobiła adaptację.

W czym tkwi fenomen popularności sztuk francuskiej autorki, które sprawdzają się na różnych scenach, zarówno komercyjnych, jak i stawiających sobie wyższe artystyczne wymagania, i cieszą się zainteresowaniem publiczności o bardzo różnych oczekiwaniach? Wydaje się, że Reza, doskonale łączy elementy, które zapewniają jej sukces. Pisze sztuki małoobsadowe i niewymagające dużych scenografii, a więc atrakcyjne dla teatru pod względem finansowym. Jej sztuki „dobrze skrojone” ze świetnie skonstruowaną fabułą, są ideologicznie bezpieczne, a więc idealne dla mieszczańskiego widza, który da się ponieść opowieści, a przy okazji nie poczuje się przytłoczony nadmiarem bardziej wymagających treści, w które jednakże mistrzowsko wplata spostrzeżenia natury socjologicznej. Salonowe rozmowy jej bohaterów stają się precyzyjną wiwisekcją społecznego organizmu, odartym z ozdobników portretem klasy średniej. Wreszcie język, którym posługują się postaci oferuje sporą dawkę komizmu, ale i groteski skutecznie obnażającej mechanizmy decydujące o tym, co i w jaki sposób mówimy.

Biorąc pod uwagę wymienione czynniki, można by pomyśleć, że wystawienie Rezy to właściwie teatralny sukces. Takim sukcesem mógł okazać się spektakl Henryka Adamka w Teatrze Śląskim, gdyby reżyser zaufał Rezie i jej poczuciu humoru (w bardzo dobrym przekładzie Barbary Grzegorzewskiej) oraz skłonił aktorów do stworzenia postaci o bardziej skomplikowanym życiu wewnętrznym. Niestety katowicka interpretacja „Boga mordu” zatrzymała się na poziomie teatru bulwarowego, w którym aktorzy grają farsowo, są nadekspresyjni, a przez to miejscami irytujący. Obecność postaci zaznaczają krzykiem i szerokim gestem, a wskaźnikiem rosnącego poziomu agresji między bohaterami jest rosnący poziom decybeli wyrzucanych z ust.

„Bóg mordu” to sztuka, w której Reza śledzi ukryte źródła przemocy. Spotkanie dwóch małżeństw w sprawie bójki synów, które ma rozwiązać problem dotyczący agresji dzieci, w rzeczywistości prowadzi do konfliktu, który wyzwala agresję dorosłych. Alain, Annette, Véronique i Michel przy kawowym stoliku z jabłkowo-gruszkowym clafoutis w dłoni najpierw prowadzą niezobowiązującą konwersację, która przeradza się w słowną bitwę i wreszcie regularną wojnę. Powstają obozy i zmieniają się fronty. Czasami wspierają się małżonkowie, innym razem sojusz pieczętuje ta sama płeć. W trakcie wspólnego wieczoru „ludzi na poziomie” na podłodze lądują tulipany, komórka wpada do wazonu, a album Oskara Kokoshki pokrywa się warstwą wymiocin. Sztuka stopniowo ujawnia wewnętrzne napięcia, żale, wzajemne pretensje i kompleksy, które zbierają się pod skórą małżeńskiego życia. Alain Reille, który świetnie radzi sobie z twardymi regułami gry rynkowej, nie sprawdza się jako partner. Annette, która nie może liczyć na równouprawnienie w małżeństwie, jest mu całkowicie podporządkowana. Tłumione emocje i poczucie krzywdy wywołują u niej reakcje somatyczne. Véronique Houllié kultywuje utopijną wizję naprawiania świata. Jednak pisanie książki o rzezi w Darfurze nie przeszkadza jej w dręczeniu i upokarzaniu męża Michela, który już dawno pogodził się z bylejakością swojej egzystencji, wykonywaniem mało interesującej pracy i życiem pod pantoflem apodyktycznej żony.

Rozmowa o wybitym zębie, która w sztuce ujawnia drzemiącą w obu parach niechęć do dialogu i brak tolerancji dla odmiennych poglądów, w katowickim spektaklu przeradza się w wojnę na krzyki i gesty. Barbara Lubos-Święs (Véronique Houllié) w kostiumie, który mógłby zapewnić jej zwycięstwo w konkursie na najgorzej ubraną aktorkę roku, postać o silnym charakterze buduje za pomocą głośnego mówienia, krzyku i spazmów. Trudno uwierzyć, że ta histeryczka sterroryzowała męża, który w wydaniu Andrzeja Warcaby, jest zdystansowanym do świata błaznem. Annette Violetty Smolińskiej jest wyciszona i metodyczna, w typie poukładanej nauczycielki. Jej zwymiotowanie na album Kokoshki sprawia wrażenie raczej zaplanowanej akcji aniżeli reakcję organizmu na długotrwały stres. Sam przebieg zdarzenia wygląda mało wiarygodnie. Najbardziej złożoną postacią i budzącą najwięcej sympatii jest Alain Grzegorza Przybyła, złośliwy cynik, który w przeciwieństwie do reszty nie udaje, w jakie gra karty. Emocjonalne zapętlenie, które zaplanowała Reza, na śląskiej scenie nie dochodzi do skutku, przede wszystkim dlatego, że postaci, które pojawiają się w pokoju przy jasnym stoliku, są psychologicznie płaskie, nieznośnie stereotypowe, aktorzy najwyraźniej sobie z nimi nie radzą i ich nie lubią.

Nie wiadomo, co bardziej zawiodło. Brak wiary reżysera, że sztuka może równocześnie bawić i poruszać, wobec czego zamiast upraszczać, lepiej zająć się interpretacyjnym niuansem? A może aktorzy nie wykazali dość woli, by rzetelnie zająć się swoimi postaciami? Toteż przerzucają się dialogami jak ciężkimi kłodami, a rozmowy z rozwijającą się podskórnie agresją prowadzą w konwencji wenezuelskiej telenoweli. Szkoda, bo nie raz widzieliśmy ich w dobrych rolach. Parom nie udaje się porozumieć, widzowi doświadczyć teatru na satysfakcjonującym poziomie. Jego kwintesencją jest scenografia: koszmarne, jasne meble, czerwony dywan i żyrandol imitujący kryształowy. Mogło być interesująco i zabawnie, stało się irytująco i przewidywalnie. Bóg mordu ujawnił swoje istnienie.

Pola Wawrowicz
ArtPapier
19 maja 2011

Książka tygodnia

Utalentowani jak Nardelli
Sekcja Krytyków Teatralnych ZASP
red.: Anita Nowak, Krystyna Piaseczna, Piotr Rudzki

Trailer tygodnia