Najlepszy teatr posmoleński ever

"Ambona ludu" - reż. Piotr Kruszczyński - Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego Poznań

W 2016 roku w opisie II grupy warsztatowej prezentującej podczas Maratonu Non-Fiction efekt pracy nad projektem "Ambona Ludu", mogliśmy przeczytać:
Wychodząc od definicji pojęć patriotyzmu i tożsamości lokalnej będziemy próbowali dostrzec w społeczności kibiców zwierciadło dzisiejszych dylematów narodowych i konfliktów społeczno-politycznych w Europie. Zebrany materiał oraz próba skonstruowania zarysu bohaterów, którzy mogliby bronić swych racji na scenie, stanowić ma pierwszy krok, by "Ambona ludu" stała się realizacją repertuarową.

Zeszłoroczna prezentacja rozczarowała mnie. Podobnie jak charakterystyczne dla snobującej widowni teatru artystycznego w Polsce zachowanie publiczności, która wręcz rechotała na wyścigi w reakcji na prymitywne zachowania scenicznych kiboli. Było grubo i musiał zareagować wtedy nawet niezwykle zaspokojny Roman Pawłowski, tonując nieco pogardę, jaka cechuje część "artystów" i karlejącą w pogoni za atrakcjami i przyjemnościami postinteligencję z dużych miast.

Powarsztatowe prezentacje na SNF są różne. Czasami jest to próba zarysu wstępu do hipotezy lub odpryski letniego, sopockiego melanżu. Zdecydowanie częściej są to jednak wstępne stadia projektów, które mają gwarancję premierową - tak było w przypadku projektu poznańskiego Teatru Nowego im. Tadeusza Łomnickiego. Po roku kibole zostali, ale dołączyła do nich spora grupa postaci, tworząc chyba najbardziej reprezentatywny jak do tej pory w teatrze posmoleńskim, zbiór polskich indywiduów. I na pewno nie jest to teatr dokumentalny.

Scena wypełniona ogołoconymi tyczkami młodych brzóz, takich, jakie miliardy kilometrów na rosyjskich bagnach. W tle toi-toi, minitrybuna albo wieżyczka. Siedziska to pnie starszych brzóz i fotele - jak ktoś chce, może w nich widzieć lotnicze; jak ktoś chce - lotnicze z katastrofy. Zaczyna się przewrotnie - chłopiec wydaje komendę, po której widownia wstaje i wysłuchuje hymnu klubu piłkarskiego Lech Poznań, czyli Kolejorza. Poznański słowik i będzie obrazoburczo znowu o Poznaniu, jak w "Po co psuć i tak już złą atmosferę"?

Nie będzie jednak o "zblatowanych" elitach poznańskich, jak pisał o nich prof. Tomasz Polak, twórca Pracowni Pytań Granicznych. Jest ogólnopolsko. W panoptikum scenicznym m.in.: kibole, piłkarz, trener, urzędnik, dziennikarka/blogerka, senior patriota, seniorka "proniemiecka", niespełniony aktor a dziś specjalista od culture managment, aktorka, aktor po przejściach (Aktoreczek), dyrektor teatru i reżyser "awangardowy". Postaci prezentują dość różnorodne poglądy na temat Polski. Jest dużo o chorobie polskości, gnoju codziennym i uniwersalnym, nienawiści, jadzie, zawiści. Wszechpolskie fantazmaty mieszają się z podstawowymi i drugorzędnymi wyróżnikami naszych cech jak np. z wszechogarniającą frustracją. Właściwie każda postać jest wyposażona w arcypolską cechę, którą jest niespełnienie. Polak jest stworzony do czegoś więcej, aktualne zajęcie to tylko przystanek w drodze do celu indywidualnego lub zbiorowego (wielka Polska). Czasami postaci dialogują i wchodzą w interakcje z innymi, czasami tylko wygłaszają stanowiska. Najsmakowitszą postacią jest zagrany brawurowo przez Mateusza Ławrynowicza Reżyser, w którym rozpoznajemy bez wysiłku Krzysztofa Garbaczewskiego.

"Ambona Ludu" to najpełniejsza wypowiedź teatralna autora "Gnoju". Wcześniej były tylko "Spiski" i monodram "Doktor Haust". Wojciech Kuczok "ma ucho" do języka, czasami podobne jak u Masłowskiej, ale w przeważającej mierze swoje. Czasami brzmi trochę literaturowo, ale obiektywnie ciężko jest napisać i zagrać kibola-prawdziwka, chyba tylko Leonardo di Caprio potrafił tak wiarygodnie zagrać człowieka z dramatyczną różnicą w IQ między aktorem a postacią ("Co gryzie Gilberta Grape'a"). W "Ambonie" nie słyszymy ze sceny czegoś zupełnie nowego, tekst niewolny jest od uproszczeń i klisz, ale jako całość plasuje Kuczoka na podium współczesnego dramatopisarstwa, które za temat postawiło sobie diagnozę sytuacji między Bugiem a Odrą. Obok Masłowskiej i Demirskiego. I niekoniecznie na najniższym stopniu.

"Ambona ludu" to wreszcie dobra egzemplifikacja doktryny teatru komunikatywnego, którą wyznaje Piotr Kruszczyński, reżyser spektaklu i dyrektor teatru, który w repertuarze ma najwięcej spektakli teatru dokumentalnego w Polsce. Pewnie, gdyby chciał, Kruszczyński mógłby wystartować z dobrymi wynikami w wyścigu pt. "Czego jeszcze nie było na scenie?", ale wybrał komunikatywność, chce rozmawiać z widzem, a nie machać pawim ogonem artystycznej pychy. Ilekroć oglądam dobry spektakl z poznańskiego Nowego, wpadam w melancholię. Był taki moment, że wydawało się pewne, iż reżyser niezapomnianej "Walizki" stanie za sterami Teatru Miejskiego w Gdyni. Stało się inaczej, fajnie chociaż, że w Nowym znalazł się Filip Frątczak, też niegdyś z ulicy Bema miasta z morza i marzeń.

"Ambona ludu" to krok w dobrym kierunku i najpełniejsza, jak dotąd, diagnoza społeczna w polskim teatrze posmoleńskim. Po raz pierwszy z pewną empatią pokazana jest "druga strona" i większa złożoność niż tylko wojna dwóch plemion, po raz pierwszy proporcje w ukazywaniu wojny polsko-polskiej są inne niż w statystykach posiadania piłki w meczach Barcelony. U panów KK jest miejsce na patriotyzm niewyszydzany, na dramaty indywidualne, które tworzą elektorat. Nie wszyscy są bezrefleksyjnymi barbarzyńcami, coś spowodowało, że tacy się stali. I ktoś jest za to odpowiedzialny: za dramatyczny brak zaufania do władzy wszystkich szczebli, za niski poziom edukacji, za brak empatii społecznej i przyzwolenie. Nie wszyscy mogli ukraść pierwszy milion, nie wszyscy wygrali - i tak dalej kilometrami.

Bardzo bym chciał, by przejawy takiego myślenia stawały się częstsze i pełniejsze. Warto wiedzieć, że na ambitny teatr w Polsce chodzi nie tylko postinteligencja dużych miast, ale również ludzie myślący. Marzy mi się, że zaczną wreszcie powstawać spektakle, które nie tylko wszechstronnie zdiagnozują stan obecny, ale dokonają ewaluacji. Wtedy może zrozumiemy, dlaczego stało się tak, jak się stało. Mimo że rewolucja trwa, coraz większej grupie odbiorczej nie wystarcza prosty sprzeciw. Coraz częściej słychać tęsknotę za trzecią drogą, opartą na katalogu wartości i niewytyczaną przez grupy rekonstrukcyjne, czyli zombie polskiej polityki.

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
1 września 2017

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski