Najskuteczniejsza broń

„Dramat rodzaju męskiego" - reż. Marcin Liber - Wrocławski Teatr Współczesny

Najnowszy spektakl Marcina Libera drwi ze stereotypów i głośno wyśmiewa ich skutki. To farsa na maczyzm, będąca jednocześnie próbą odczarowania przestarzałego pojęcia męskości.

„Dramat rodzaju męskiego" grany na deskach Wrocławskiego Teatru Współczesnego jest najnowszym dziełem Marcina Libera, stworzonym na podstawie dramatu Jakuba Tabaczka pt. „Stulejka". Reżyser, który publiczności WTW był wcześniej znany z Pidżamowców, Rzeźni numer pięć, czy Marat/Sade, tym razem wziął na warsztat sztukę zwalczającą wzorce toksycznej męskości, uzbrajając ją w humor jako jej główną broń.

Broń, która widoczna jest przez cały czas trwania spektaklu, przeplatając dialogi aktorów i dając wytchnienie po nieco zbyt patetycznych fragmentach. Dzieło podzielone zostało na kilka oddzielnych scen, a każdej z nich przewodzi inny bohater, dzieląc się z publicznością swoją historią. Funkcje narratorek tych historii pełnią aktorki, które nadzorując wydarzenia na scenie, komentują je i oddają głos opisywanym postaciom. Postaciom zarówno negatywnym – antywzorcom, które mają dać przykład „jakim mężczyzna nie być" - jak i tym, którzy mocy patriarchatu się nie poddają i z czułością snują swoją opowieść.

Opowiada m.in. przemocowy ojciec, który zamiast pochwalić syna za godne podziwu umiejętności przeliterowania nazwiska francuskiego pisarza (patrzącego zresztą na tę scenę z góry, w formie swojego portretu wyświetlanego na tylniej ścianie), gani i wyśmiewa dzieciaka. Pokazana została również tytułowa scena dramatu, w której młody chłopak, zasięgając porady doktora, a właściwie doktóra (nie byle jakiego doktóra, z nie byle jakim motórem), wstydliwie przyznaje się do swojej dolegliwości. W części negatywnych historii króluje jednak ta, o zakochanym studencie psychologii, niezdolnym zwerbalizować swoje uczucia do kobiety, której największą wadą okazuje się być jej dziecko.

Sztuka daje jednak wytchnienie od dobrze znanych toksycznych wzorców (z którymi przecież i tak mamy aż za dużo do czynienia na co dzień), przedstawiając też pozytywnych bohaterów. To momenty, które zyskałyby, gdyby nie były zestawione z innymi fragmentami, zdominowanymi przez ironię i żart, bo taka mieszanka staje się chwilami niezgrabna i ociężała. Jednym z bohaterów godnych naśladowania jest dorosły już syn, który nigdy nie poznał ojca, ale odważył się opowiedzieć o swoich lękach i przeżyciach, związanych z odkrywaniem historii zmarłego rodzica. To wzruszające słowa o tęsknocie do osoby, której nigdy nie poznał i pustce, którą wypełnić może jedynie druga osoba. Inną, równie wrażliwą sceną, jest monolog wdowca wspominającego ze smutkiem miłość do zmarłej żony. Mężczyzna daje wyraz cierpieniu spowodowanemu utratą najbliższej osoby, przyciąga uwagę publiczności i nie oddaje jej do skończenia swoich przejmująco intymnych wyznań.

Uwagę publiczności skierowana była jednak na scenę, podczas całego spektaklu, a to zdecydowanie za sprawą gry aktorów Teatru Współczesnego. To m.in. postać studenta psychologii, szczycącego się dewizą „przyciągnij i odrzuć" stosowaną przez siebie w relacjach z kobietami, zagraną przez Mariusza Bąkowskiego, który dzięki energii i swobodzie, z jaką przedstawił bohatera, sprawił, że nie sposób było powstrzymać śmiech. To również zasługa Miłosza Pietruskiego, wcielającego się w rolę (chciałoby się powiedzieć karykaturę) pracodawcy w korporacji – jego żywiołowość i gra na emocjach, doprowadzała odbiorców do zamierzonego dyskomfortu. Bohaterką wartą uwagi, była również asystentka doktóra – w tej roli Magdalena Taranta, która za sprawą ironii bez większego wysiłku dodawała scenie lekkości, rozbawiając publiczność.

Wszystkie te wydarzenia miały miejsce na niemalże pustej scenie - Mirek Kaczmarek zadbał o atmosferę rodem z gabinetu lekarskiego – sterylne plastikowe materiały (obrus, pościel) oraz mechaniczna krajalnica do chleba przypominały raczej o zbliżającym się zabiegu medycznym, niż o domowym cieple. I słusznie, bo jak obiecali twórcy, spektakl miał być rozłożeniem męskości na części pierwsze, jej diagnozą i swoistą wiwisekcją. Pacjenci tego badania, nie byli jednak ubrani w szpitalne szlafroki – przypominali raczej słynnych kochanków znanych z filmu „Tajemnica Brokeback Mountain", a dżinsowe katany, kowbojki i westernowe kapelusze kontrastowały ze skąpą, nieco oziębłą scenografią. Kostiumy były jednakowe dla każdego bohatera bez względu na płeć czy wiek, łącząc wszystkie sceny i wprowadzając pierwiastek pierwotnej wspólnotowości.

Właśnie tę wspólnotowość dało się odczuć przede wszystkim w momentach nieokiełznanego grupowego pogo, które scalało bohaterów w jedną dynamiczną masę. Za sprawą duetu Hashimotowiksa odpowiedzialnego za choreografię, scena ożywała i stawała się całością, a w połączeniu z muzyką na żywo, graną przez zespół sneaky jesus tworzyły widowisko pełne energii i siły, widowisko mające prowokować do zmian.

Liber zdecydował, że aby tę zmianę osiągnąć, najpierw należy oswoić problem, a w myśl gombrowiczowskich idei, nic nie ma takiej siły jak śmiech - w Teatrze Współczesnym to właśnie śmiechy rozbawionej publiczności były małymi igiełkami wbijanymi w wypchaną kukłę patriarchatu, z którą walkę podjęli reżyser oraz autor dramatu. Ironia królująca w niemalże każdej scenie była osią dzieła, a drwiąc z maczyzmu i stereotypów, rozbrajała je, rozbawiając przy tym widzów spragnionych nowego porządku. Humor w spektaklu był narzędziem sprawczości, być może jedynym mającym moc zmiany i to przy nim należało pozostać, wystrzegając się zbędnych moralitetów, które zwykły mieć skutek odwrotny do zamierzonego.

Patos to przecież dobry przyjaciel patriarchatu, który wyśmiany staje się nieaktualny, błahy i bezsilny.

Nikola Kardasz
Dziennik Teatralny Lublin
20 stycznia 2024
Portrety
Marcin Liber

Książka tygodnia

Białość
Wydawnictwo ArtRage
Jon Fosse

Trailer tygodnia