Najważniejsza jest refleksja

Rozmowa z Dariuszem Niebudkiem

Czasami ktoś do nas podchodzi i mówi, że to o nim, albo że to rekolekcje małżeńskie. Przychodzi pani i mówi, że mąż ją szturcha, pytając, „przyznaj się, maczałaś palce w tym scenariuszu?". Koleżanki też się dziwią: to mężczyzna jest tak prosty w obsłudze? Po co ja się tak męczę?

Z Dariuszem Niebudkiem, o roli w spektaklu "Seks dla opornych" w reż. Pawła Szumca - Teatru Bo Tak w Rzeszowie, rozmawia Anka Miozga.

Anka Miozga: Powiedz, co Cię w ogóle zaniosło do Rzeszowa?

Dariusz Niebudek: To taki kontakt po ponad dwudziestu latach niewidzenia się z koleżanką, Beatą Zarembianką. Razem zdawaliśmy egzaminy, byliśmy starostami na roku, a wcześniej, na początku lat 90., poznałem ją w Bielsku, gdzie była na etacie. Połączyła nas postać Marcina Sławińskiego, reżysera, który w Zabrzu przygotowywał dwa spektakle ze mną, a reżyserował też spektakle w Rzeszowie, u Beaty. Podpowiedział, że jest taki aktor, którego nikt nie zna, bo jest ze Śląska, nazywa się Niebudek. Ona na to: Darek? Zadzwonili do mnie, zaproponowali mi współpracę i po paru miesiącach zaczęliśmy grać Seks dla opornych. W ten sposób odnowiłem po latach kontakt z Beatą Zarembianką, piękną kobietą i bardzo znaną aktorką.

Ładna historia. Seks dla opornych, w którym razem gracie, może być poradnikiem dla zwykłych odbiorców?

- W pewnym sensie tak, dlatego, że to bardzo inteligentnie napisana przez francuskojęzyczną autorkę z Kanady sztuka. Jak gdyby lustro i szablon pasujący do większości małżeństw. Cała zabawa polega na tym, że kobieta i mężczyzna, posługując się tym samym językiem, mówią co innego. To spektakl o trudności porozumienia się. Bardzo wielu ludzi przychodzi do nas po spektaklu, żeby o tym porozmawiać. Dzielą się spostrzeżeniami, że widzieli w spektaklu siebie, odkryli coś własnego, często nawet dotąd nieuświadamianego. Mówią, że patrząc na nas, patrzą na siebie z boku. To zatem takie lustro, w którym każdy się może przejrzeć i znaleźć trochę siebie. Chodzi tu o związki osób, które przeżyły ze sobą już parę lat, o ich wzloty i upadki, radości, szczęście i inne. Każdy gdzieś tutaj dostrzega siebie w związku.

W polskiej rzeczywistości seks dalej uchodzi za temat tabu. Czy to dobry motyw na spektakl?

- U nas ten seks jest tylko pretekstem do wydobycia różnych pokładów problemów bycia w związku. Jest, szczerze powiedziawszy, marketingowym zabiegiem użytym w tytule. Ale prawda jest taka, że to jeden z pierwotnych instynktów, ogromna siła drzemie w erotyzmie i w seksualności. To temat tabu, ale niezwykle pociągający.

Jaka jest recepta na udany związek z długim stażem?

- Szukanie kompromisów. To pierwsza rzecz. Druga rzecz: zawsze pamiętać, że najważniejsze jest wspólne dobro. Nie moje „ja", tylko umiejętność poświęcenia nawet własnych ambicji na rzecz wspólnego dobra. No i rozmowy, rozmowy, rozmowy. To, moim zdaniem, recepta.

Czy jakaś scena z Seksu dla opornych budzi Twój opór? Jakąś było Ci trudno zagrać, albo nie chciałeś jej grać?

- Każdy aktor jest tylko człowiekiem i oczywiście, kiedy mam zdjąć koszulkę, czuję się skrępowany, kiedy się całujemy, też mam taki moment... Ale to teatr, a w teatrze można udawać. Generalnie była to fajna praca, zarąbiście się pracowało! [śmiech]

Czy aktorzy korzystają z zaleceń przemycanych w spektaklu?

- Oczywiście, że tak. Kiedy gram, to sobie czasami myślę: cholera jasna, to jest spektakl o mnie. Czasami ktoś do nas podchodzi i mówi, że to o nim, albo że to rekolekcje małżeńskie. Przychodzi pani i mówi, że mąż ją szturcha, pytając, „przyznaj się, maczałaś palce w tym scenariuszu?". Koleżanki też się dziwią: to mężczyzna jest tak prosty w obsłudze? Po co ja się tak męczę? Kiedy czytaliśmy sztukę, płakaliśmy, byliśmy wzruszeni, aż się bałem, myślałem nawet, że przecież nie będę się tak obnażał, bo taki jestem...

Lubisz rozśmieszać ludzi ze sceny?

- Lubię rozśmieszać, ale to nie jest mój priorytet. Ze sceny wolę wzruszać, zmuszać do zastanowienia i do refleksji. W kabarecie jest taki wymóg, żeby rozśmieszać. W teatrze śmiech jest skutkiem ubocznym, ale ważniejsza jest refleksja, moment zastanowienia się. Ludzie wychodzą i nie idą od razu na kolację, zapominając, na czym byli. Pośmiać się, pośmieją, ale coś z tego spektaklu w nich zostanie.

Podczas przygotowywania Seksu dla opornych zdarzały się Wam jakieś zabawne wpadki?

- Oj, wiadomo, że jak się przygotowuje spektakl, to trwa parę miesięcy i wtedy pojawiają się różne odkrycia... Uwielbiam próby, bo to odkrywanie spektaklu i odkrywanie siebie, pogłębianie tego. Czuję się jak odkrywca. Brniesz w temat i nagle odsłania się nowa przestrzeń. Spektakl później to już odtwarzanie pewnych rzeczy. Praca twórcza trwa na próbach.

Czyli co, spektakl jest już gotowym produktem, w którym nic nie zmieniacie?

- Jest, oczywiście, pewien margines, w którym coś można zmieniać i poprawiać. Ale tak naprawdę to już tylko odtwarzanie tego, co sobie ugruntowaliśmy na próbach, odtwarzanie pewnej mentalności, myślenia, świadomości, temperamentu...

Często bywasz gospodarzem imprez masowych. Wolisz improwizować na scenie, czy słuchać zaleceń reżysera i trzymać się twardo tekstu?

- To są dwa różne żywioły, scena i estrada. Scena to jest teatr. Opiera się na scenariuszu, jest reżyser, scenografia, kostiumy, rekwizyty... Estrada to autokreacja, robisz wszystko, żeby siebie kreować. Na scenie kreujesz myśl, jesteś tylko narzędziem. Na estradzie kreujesz samego siebie, a wszystkiego wokół używasz jako instrumentu. Parę lat temu konferansjer był rodzajem informatora, pośrednika. W obecnych czasach, gdy króluje one-man-show, to rola trudniejsza. Musisz pełnić rolę informacyjną, ale też wpleść w to elementy one-man-show. Nie możesz po prostu czytać listy sponsorów, musisz to ubarwić, przerywać, wejść w interakcję z widownią, żeby to było ciekawe. Estrada głównie opiera się na improwizacji. Występy, nawet dzień po dniu, zależą od twojego nastroju, siły, stanu ducha, publiczności, która reaguje, od pogody... Różne rzeczy na to wpływają, ale głównie się improwizuje. Tu jest tylko zarys scenariusza, reszta jest improwizacją. Na scenie margines improwizacji jest niewielki i ściśle określony przez warunki.

Jak dzisiaj przekonywać ludzi do teatru?

- Szczerością. I prawdziwością. Ludzie są już bardzo wyczuleni na fałsz, udawanie i agitowanie. Amerykański teatr odkrył to dawno temu, kiedyś teatr był minoderyjny, manieryczny, aktor mówił specyficznie. Teraz gra się szczerze, prawdziwie i uczciwie.

Na jesień przygotowujecie w Ave Teatr nową komedię. Możesz zdradzić już jakieś szczegóły?

- To jest komedia, która miała tytuł Lista zamówień miłosnych, u nas się to nazywa Kobieta na zamówienie. Pewien pięćdziesięcioletni mężczyzna, który z zawodu jest statystykiem, jest porządny, układny, correct, obchodzi urodziny. Jego przyjaciel, artysta, pisarz, król życia podsuwa mu pomysł, żeby następnych urodzin nie spędzał sam. Proponuje, by ten wypisał dziesięć cech, które powinna mieć jego wymarzona kobieta. Zaczyna się tu zabawa z pogranicza metafizyki, ale tego już nie mogę powiedzieć... Gra tam Beata Zarembianka, Jacek Kawalec i ja. Reżyseruje Marcin Sławiński.

___

Dariusz Niebudek – aktor teatralny i filmowy, reżyser, wokalista, konferansjer. Współpracuje z takimi teatrami jak: Teatr Rozrywki w Chorzowie, Teatr Dramatyczny w Warszawie, Teatr Wielki w Poznaniu, Teatr Nowy w Zabrzu, Gliwicki Teatr Muzyczny, Teatr Polski w Bielsku-Białej, Teatr Korez w Katowicach, Teatr Bo Tak w Rzeszowie oraz z licznymi teatrami offowymi.

tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung"

Anka Miozga
Materiał organizatora
1 sierpnia 2018
Portrety
Dariusz Niebudek

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...