Najważniejszy jest człowiek

rozmowa z Robertem Talarczykiem

Rozmowa z Robertem Talarczykiem, przeprowadzona w Teatrze Korez w dniu 29 kwietnia 2007 r.

Tomasz Klauza: Na początek proponuję wyprawę w zamierzchłą przeszłość. W 1993 roku wystąpił Pan w autorskim projekcie profesora Józefa Szajny "Ślady". Zagrał Pan tam rolę Grabarza. Niejeden młody aktor, zaraz po szkole, mając możliwość współpracy z autorem "Cervantesa", "Dantego" czy "Repliki", miałby wrażenie, że złapał Pana Boga za nogi. Pan tymczasem w książce Pani Jolanty Król "Gwiazdy noszą tenisówki" wspominał: "Ślady były ciekawym doświadczeniem, ale jestem pewny, że to nie jest mój teatr. Zapamiętam ten spektakl jako wielką przygodę, która na pewno wniosła coś do mojego aktorskiego emploi. Ale nie chciałbym w takim teatrze pracować". Dlaczego?

Robert Talarczyk
: Znaczy nic się nie zmieniło od tego 1993 roku. To znaczy teatr, w którym forma jest niezwykle istotna, a tak jest u Pana Józefa Szajny, pewna wizja plastyczna, pewna malarskość jest bardzo sympatyczna, interesująca, natomiast to nie jest - tak, jak powiedziałem te trzynaście, czy czternaście lat temu - to nie jest mój teatr. A dlatego, że mnie jakby interesuje człowiek w całej tej rzeczywistości. W rzeczywistości mniej lub bardziej historycznej, w rzeczywistości nawet plastycznej, jak w tej sytuacji, ale człowiek, a nie forma. U Pana Józefa jest troszeczkę inaczej. Stąd ja się czułem w tym spektaklu jako pewien trybik w maszynie, jako pewien chodzący, mówiący element scenografii - z całym szacunkiem dla całej tej propozycji Pana Józefa, ale czułem się po prostu jako jeden z elementów scenografii, nie jako podstawa bytu, wokół której się ta rzeczywistość dzieje. Dlatego powiedziałem pewnie, że to nie jest mój teatr. Natomiast jestem wielkim miłośnikiem twórczości Szajny, Kantora i tym podobnych autorów, którzy kreują swoją wizję poprzez swoją wyobraźnię i używają aktorów w dość instrumentalny sposób. To z tego tylko wynikało.

Dziesięć lat później w katowickim Teatrze "Gry i Ludzie" wystawił Pan "Miłość Fedry" Sary Kane. Ten dramat po londyńskiej premierze wywołał spory szok. Jest tam takie nagromadzenie scen przemocy, że pisano, że potrzeba tutaj nie krytyka, ale psychiatry. Proszę powiedzieć, jak poradził Pan sobie z tymi wszystkimi dość szokującymi scenami? Starczy wspomnieć, że w finale bohater, czyli Hippolytus, zostaje wykastrowany, jego ciało zostaje rozerwane na kawałki.

R. T
: Moim zdaniem nagromadzenie, takich czy innych efektów teatralnych, skandalicznych wręcz, było pewną grą Sary Kane z widzem. Myślę, że to jest świadomy zabieg groteskowy, to właściwie już zahacza o czarny humor. I traktowanie tego w sposób dosłowny 1:1 moim zdaniem jest błędne. Ponieważ to jest celowe nagromadzenie pewnych takich znaków, które przecież na przykład u Szekspira w "Tytusie Andronikusie" są rzeczą normalną, a to było pięćset lat temu albo i dalej. Więc ona się posłużyła w sposób celowy tym. Ale to jest tylko pewna warstwa, to jest tylko pewien sztafaż, którym ona się posługiwała, żeby opowiedzieć o sobie, o swoim pokoleniu, o tym wrzasku - za miłością, za pewnymi elementarnymi rzeczami. Bo to wszystko w tych literach jest. I to przedstawienie też było takie. Tak, jak powiedziałem wcześniej w kontekście Szajny - mnie interesował człowiek w tamtej rzeczywistości. Człowiek antyczny i człowiek dzisiejszy. Człowiek z dramatu Sary Kane, człowiek z dramatów na przykład Eurypidesa, czy Sofoklesa. I tak naprawdę ci ludzie są tożsami, oni mają ten sam problem. Natomiast to jest wszystko obudowane pewną papką popkulturową. My żyjemy przecież w czasach brutalnych. Przecież wystarczy włączyć telewizor, albo Internet, tam co rusz natyka się na sytuacje, że ktoś kogoś zabił, jakieś dziecko zostało zgwałcone, a tu jest pedofil, tu Barbara Blida sobie strzeliła w pierś, i tak dalej, i tak dalej. I dlatego u Kane to nagromadzenie jest tak wielkie. Ale to wynika z ducha czasu, z jej świadomego działania - "Spójrzcie, bo pod tym wszystkim kryje się człowiek!". A to nagromadzenie służy temu, żeby pokazać, do jakiego absurdu, do jakiej groteski doszliśmy w tej całej rzeczywistości. I staraliśmy się ten tekst czytać poprzez ten pryzmat.

Skoro już jesteśmy przy reżyserii, ale zmieniając radykalnie klimat. 30 czerwca ubiegłego roku wybrałem się do Rozrywki na "Pomalu, a jeszcze raz". Powiem szczerze - nie podobało mi się. Raziły mnie dowcipy, obliczone na określony efekt (choćby ten tekst o obsikiwaniu deski), wulgaryzmy i pewne "pijackie efekty specjalne" - tak to Franciszek Prochaska w recenzji w "Śląsku" określił. Ponownie wybrałem się na ten spektakl dwa miesiące później i to było zupełnie inne przedstawienie. Było świetnie zagrane, autentycznie zabawne i spod warstwy śmiechu wyłaniała się pewna ważna obserwacja, dotycząca nie tylko życia aktora. Ciekaw jestem, jak przyjęto chorzowskie przedstawienie w Warszawie. Czy na przykład warszawska publiczność wiedziała, kto to jest Jacenty i dlaczego to jeszcze ma być śmieszne?

R.T:
Zmieniliśmy tekst. (śmiech) Niebezpieczeństwo tego tekstu jest takie, że został on napisany specjalnie dla nas przez Igora Sebo. W wielu momentach powstawał na próbach, to znaczy zostały zapisywane różne rzeczy, które się zdarzały podczas improwizacji. Do tego wszystkiego jeszcze ten tekst ma wpisaną w fakturę pewną dowolność interpretacyjną. Są momenty improwizacji na dany temat, i nie zawsze te improwizacje wychodzą. Czasem jest tak, że ta forma zabija człowieka w tej rzeczywistości, czyli aktora, komedianta, nadwrażliwca, który wszystko przykrywa jakby pewną formą, jakby ta forma go zabija. I po prostu czasem może sobie pozwalamy za dużo kosztem jakby tej prawdy. Być może tak było, że Pan widział takie dwa przedstawienia, gdzie w jednym było za dużo tej formy, a w drugim już relacje były właściwe.

Kto zna Jacentego Jędrusika w Warszawie? Z całym szacunkiem oczywiście dla mojego kolegi. Zmieniliśmy tak, że tam się pojawiła Krystyna Janda, pojawił się Olbrychski, pojawił się Piotr Adamczyk. Tam te dowcipy były tego typu, że. z Jacentym nie zagramy. on nie będzie chciał z nami zagrać, bo jest za drogi. No a puenta była taka, że Maryśka dzwoni do Piotra - my nie wymieniamy nazwisk oczywiście - no i mówi, że Piotr nie może, ponieważ w najnowszym serialu włoskiej telewizji będzie grał Pana Boga. (śmiech) Więc takie doraźne efekty, ale publiczność tak naprawdę przyjęła bardzo fajnie, ciepło i to zaowocowało tym, że w sierpniu jedziemy do Warszawy na festiwal "Komedie Lata" do Teatru na Woli, ponieważ ten spektakl cieszył się dużym powodzeniem i echem się odbił.

A to jest tak naprawdę smutna historia.

Skoro tekst pisany był specjalnie dla aktorów Rozrywki, zresztą występujecie Państwo pod swoimi prawdziwymi imionami, to wypadałoby zapytać: ile z Roberta Talarczyka jest w postaci Roberta - dyrektora, reżysera?

R.T:
Ja myślę, że bardzo dużo. Bo my się przyjaźnimy z Igorem Sebo i on podpatrywał mnie, Maryśkę [Meyer - przyp. TK] i Elę [Okupską - przyp. TK]. Do tego wszystkiego wydaje mi się, że wszyscy mamy dosyć spore poczucie humoru na swój temat. I sami wkładaliśmy pewne sytuacje prywatne. To jest mocno prywatny spektakl.

Tak zwanej szerokiej publiczności jest Pan znany przede wszystkim z serialu "Kryminalni" i z roli psychopatycznego mordercy.

R. T:
(śmiech) No.

Moim zdaniem był to kawał porządnej aktorskiej roboty, ale co skłoniło Pana do zagrania postaci tak diametralnie różnej od tego, do czego nas Pan przyzwyczaił? Co skłoniło Pana do dania swojej sympatycznej fizjonomii, swoich warunków zewnętrznych Joachimowi Budnemu, "Grabarzowi"?

R. T.:
Po pierwsze reżyser tego filmu, czyli Maciek Pieprzyca, jest reżyserem, do którego mam absolutne zaufanie i mógłbym nogę od stołu u niego zagrać. Zagrałem u niego wcześniej w "Barbórce". Ale mam ostatnio problem z zaufaniem reżyserom jako aktor. Kiedy Maciek mi zaproponował tę rolę, mówiąc, że to ma być właśnie taki facet o przyjemnej fizjonomii, który właśnie się nie wyróżnia z tłumu, a który ma taki problem. Z Maćkiem się pracuje o tyle dobrze, że on pozwala na pewną sytuację rozmowy i grzebania jeszcze w warstwie scenariuszowej i później na planie. On wie, czego chce, natomiast dopuszcza pewne sytuacje. Na przykład tam jest taki monolog, kiedy ja opowiadam coś o matce [Chodzi o monolog, w którym Budny opowiada, jak to matka zmuszała go do wielogodzinnego ćwiczenia gry na pianinie, a potem powiedziała mu, że ma paluchy jak morderca i może zostać tylko grabarzem - przyp. TK]. To jest monolog napisany przeze mnie. Tam był zupełnie inny monolog. Tam był taki zwykły monolog mordercy, że on chce być lepszy od ojca, który mordował, on teraz będzie więcej mordował. Bo myśmy szli w stronę pewnej psychologii, żeby tego faceta pokazać jako człowieka, który ma jakiś problem. Nie usprawiedliwiać go, absolutnie, ale nie jakiegoś zimnego mordercę. No i trzeba znaleźć powód, dlaczego zabija. Dlaczego się zgodziłem na taką rolę? Ponieważ zagrałem parę ról komediowych, to się sprawdzało. Natomiast to było atrakcyjne, zło zawsze jest ciekawsze do zagrania. Lepiej zagrać czarny charakter, niż takiego sympatycznego jakiegoś półinteligenta, jak mi się zdarzyło w życiu parę razy.

Rozmawiamy na dwa tygodnie przed Pańską kolejną premierą - tym razem w Teatrze Śląskim."Underground" jest zapowiadany jako "pełna mroku i tajemnicy podróż poprzez wyobraźnię muzyczną Toma Waitsa i Nicka Cave\'a". Tymczasem w Korezie wciąż z powodzeniem grane są "Ballady kochanków i morderców" - świetnie wykonane, z tekstami, które zachowują równowagę pomiędzy poezją a makabrą. Czy więc to Korezowe przedstawienie nie było wystarczająco doskonałe? Czy może fascynacja twórczością Cave\'a jest tak wielka, że trzeba dodawać do tych pieśni jeszcze jedno sceniczne życie?

R. T.:
To są inne piosenki. Od tego trzeba zacząć. Żadna piosenka się nie powtarza. Poza tym akcent jest bardziej położony na Toma Waitsa, który mnie też interesuje. Piosenek Toma Waitsa jest w proporcjach 2/3, a 1/3 to jest Cave. Pomyślałem sobie, że połączenie tych dwóch facetów mogłoby być interesujące. Wydaje mi się, że można było spokojnie zrobić jeszcze jedno przedstawienie, mając takie medium wokalne i aktorskie, jakim jest Artur Święs, bo to on tylko śpiewa te piosenki. Są jeszcze trzy dziewczyny ze Studium Aktorskiego, które współgrają z nim, tańczą i bardzo intensywnie współpracują aktorsko. To tak jak z Kaczmarskim - też pewnie można zrobić i trzy "Krzyki" - czy z Grechutą, którego robiłem piosenki ["Korowód" w Teatrze Polskim w Bielsku - Białej - przyp. TK]. Mam nadzieję, że nasze przedstawienie będzie zupełnie inne od tego z Korezu i one nie będą ze sobą konkurencyjne. Że ta publiczność, która przyszła na "Ballady.", będzie chciała też zobaczyć piosenki Waitsa z dodatkiem piosenek Nicka Cave\'a.

Jest Pan aktorem, reżyserem, a także dyrektorem.W maju do swojej listy teatrów dopisze Pan Teatr Śląski. Który z tych teatrów - chorzowska "Rozrywka", Polski w Bielsku - Białej czy może katowicki Korez - jest Panu najbliższy? O którym z nich mógłby Pan powiedzieć, że czuje się Pan "u siebie", że czuje się Pan "jak w domu"?

R.T:
W tej chwili teatr w Bielsku jest teatrem, za który biorę największą odpowiedzialność, bo jestem jego dyrektorem. Od linii repertuarowej, od reklamy, po oczywiście przede wszystkim zespół aktorski, od pomysłów, żeby zrobić sztukę o Bielsku - Białej, pierwszą, którą się udało ["Testament Teodora Sixta" Artura Pałygi w reżyserii Roberta Talarczyka - przyp. TK], po Festiwal Złotych Masek i tak dalej. Zależy mi na tym, żeby ten teatr był najgłośniejszym teatrem w województwie. A potem pójdziemy dalej. Natomiast z każdym z tych pozostałych teatrów jestem bardzo emocjonalnie związany. W Rozrywce byłem dwanaście lat, w Teatrze Korez powstały moje takie przedstawienia - ukochane dzieci, kultowe, typu Cave, "Cholonek", "Kometa"["Kometa, czyli ten okrutny XX wiek" - przyp. TK]. Jeszcze Teatr "Gry i Ludzie" to jest też moje dziecko ukochane, bo to jest teatr, który nie ma specjalnie pieniędzy, w bardzo świetnym miejscu, na byłym dworcu. Teraz współpracuję z Wyspiańskim, to jest pierwszy mój spektakl. Tak, że każdy z tych teatrów w jakiś inny sposób będzie przeze mnie bardzo mile pewnie wspominany.

Na studiach marzył Pan, aby zrealizować spektakl na podstawie "Ptaśka" Whartona. Później chciał Pan zrobić przedstawienie z piosenkami Nicka Cave\'a. Oba marzenia udało się zrealizować. Czy obecnie istnieje jeszcze jakiś tekst, który pragnąłby Pan przenieść na scenę lub rola, jaką chciałby Pan zagrać?

R.T.:
Chyba nie. Ja nie jestem takim typowym aktorem, który czeka na jakąś rolę, albo w jakiś sposób twórczy wyżywa się w aktorstwie. Bardziej mnie interesuje reżyseria, adaptowanie, pisanie scenariuszy. Obejmowanie pewnej całości, pewnej wizji jest dla mnie dużo ciekawsze niż taki mały wycinek, jakim jest aktorstwo. Poza tym nie mam takich umiejętności aktorskich, jak moi koledzy, żeby poprzez role "sprzedawać" siebie. Mogę zagrać jakąś rolę komediową w filmie Joachima Budnego, ale nie mam złudzeń co do tego, że jestem drugim Łomnickim. Żeby być dobrym aktorem, to trzeba mieć pasję i większe wyobrażenie swoich umiejętności, niż one są faktyczne. Czegoś takiego nie mam. Natomiast, jeżeli chodzi o stworzenie spektaklu, to zrobiłem już piosenki Grechuty i Cave\'a, i spektakl śląski, czyli "Cholonka", i "Krzyk", no, teraz robię Waitsa, jakby ciągle nowe rzeczy się pojawiają, ciągle jakieś nowe fascynacje i już nie pamiętam tak naprawdę, czy to jest jakaś nowa rzecz sprzed roku, dwóch, trzech.Jest jedna taka rzecz, to jest scenariusz filmowy, opowiadający o kopalni "Wujek". Ponieważ wychowywałem się nieopodal kopalni "Wujek" i jako trzynastolatek uczestniczyłem w tych wydarzeniach w mniejszym lub większym stopniu. Mój ojciec tam pracował i właściwie większość populacji męskiej z mojej rodziny tam pracowała. I mam taki pomysł na scenariusz filmowy, który jest opowieścią sprzed lat i to siedzi we mnie bardzo głęboko. A pewnie jest innych mnóstwo rzeczy, natomiast o tej mogę powiedzieć, że to jest ściśle związane z jakimś etapem z przeszłości.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

R.T:
Dziękuję.

Tomasz Klauza
Dziennik Teatralny Katowice
29 kwietnia 2007
Portrety
Robert Talarczyk

Książka tygodnia

Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Maurizio de Giovanni

Trailer tygodnia