Naród kłamców i hipokrytów

Ktoś wam próbuje wmówić, że jesteście ludźmi wolnymi - mówi duchowny do publiczności.

Tym duchownym jest szekspirowski Poloniusz. Bartosz Szydłowski, dyrektor Łaźni Nowej, w swoim pierwszym spektaklu w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, łączy Szekspira z Wyspiańskim, a dwulicowych bohaterów z Kościołem. Pyta o wolność. Jednostki i narodu. Przypomina, że narodowe może znaczyć żadne. Najpierw intryguje, później zawodzi. Jedna z najbardziej oczekiwanych premier okazała się rozczarowaniem.

Znacie to uczucie, gdy przy suto zastawionym stole macie ochotę spróbować dosłownie wszystkiego? Nie możecie się powstrzymać, próbujecie, próbujecie i... w końcu was mdli. Nadmiar, to pierwsze co przychodzi do głowy po premierze "Hamleta" Bartosza Szydłowskiego. Najnowszy spektakl dyrektora i, jak udowodnił "Wałęsą w Kolonos" i "Konformistą 2029", zdolnego reżysera, prześciga się w pomysłach na inscenizację historii sławnego księcia. Oglądamy szaleństwo w każdej postaci. Nieraz wbici w fotel, innym razem kręcący się w fotelach, bo te w Słowackim do najwygodniejszych nie należą. Chwilami z fascynacją i podziwem dla kreatywności reżysera, chwilami ze zmęczeniem. Czy w tym szaleństwie jest metoda?

Jedną nogą w grobie
Bartosz Szydłowski czyta "Hamleta" przez Stanisława Wyspiańskiego, zmęczonego narodowymi sloganami rewolucjonistę, którego wielu wspomina dziś wtedy, kiedy im wygodnie (Wyspiański tymi wspomnieniami zapewne by gardził). Podstawą spektaklu jest Studium o "Hamlecie", rozprawa z 1904 roku, stworzona po spotkaniu z aktorem Kazimierzem Kamińskim, który poprosił Wyspiańskiego o pomoc w interpretacji tytułowego bohatera. Szydłowski i dramaturg Piotr Augustyniak mówią o rozpadzie świata, w skali mikro i makro. Hamlet-inteligent (Marcin Kalisz), z niekończącym się ciągiem myśli, buntownik z jedną nogą w grobie, jedyny uczciwy, ma przeciwko sobie cały naród - i polski i duński. Kłamców i hipokrytów. Tyle teorii.

W praktyce obserwujemy misz-masz. Szydłowski serwuje wszystkie gatunki i konwencje w jednym, dwugodzinnym przedstawieniu. Na wysypanej czarnym żwirem scenie z gigantyczną dłonią po środku (ręka wyciągnięta po wolność, władzę, czy pokój - nie wiadomo), zagospodarowaną intrygującą, trochę żałobną scenografią Małgorzaty Szydłowskiej, tragikomedia przeplata się z horrorem, a kryminał z melodramatem.

Modliszka Ofelia (Agnieszka Judycka), kobieta kameleon, prowokuje i rozkochuje, śpiewając popkulturowe szlagiery, których nie powstydziłby się w swoim spektaklu Jan Klata. Horacjo (Krzysztof Piątkowski), biega, drąc się wniebogłosy. Gertruda (Hanna Bieluszko), niewzruszona, żyje w świecie-bańce i tylko drwiąco się uśmiecha, gdy ktoś próbuje wzbudzić w niej wyrzuty sumienia. Klaudiusz (Wojciech Skibiński) knuje, wdzięcząc się przy tym, jak na don juana przystało. Karykaturalny Laertes (Tomasz Augustynowicz), Marilyn Manson w sutannie, jest kwintesencją zepsucia. Zabawę rozkręcają rozkoszni Guildenstern (Dominik Stroka) i Rosencrantz (Mateusz Janicki), wyglądający i zachowujący się, jak z "Rodziny Addamsów". Prawie wszyscy tu tańczą, albo chociaż ciekawie się wyginają, bo drugim po scenografii, najjaśniejszym punktem "Hamleta", jest choreografia. Dzieło niezmiennie dobrej Dominiki Knapik, która wymyśla nie tylko układy danse macabre, ale ruchem ogrywa np. seks państwa domu. Ci postanowili najwyraźniej wcielić w życie całą Kamasutrę.

Wyspiański na 11 listopada
Nie potrafię myśleć o "Hamlecie" Bartosza Szydłowskiego inaczej, niż jak o zbiorze mniej, lub bardziej, efektownych scen. Niektóre z nich - chowanie do grobu martwej Ofelii; monolog umazanego czerwoną farbą Hamleta, mówiącego o Polsce; rozmowy szepczącej do ucha Ofelii z ojcem, księdzem Poloniuszem (Tomasz Międzik) - to perełki. Ale ostatecznie po spektaklu zostaje niewiele. Szydłowski ma twórczą pasję, ale nie potrafi jej odpowiednio wykorzystać. Odbiera ciężar legendarnym scenom z Szekspira (spotkanie Hamleta z Gertrudą nie jest tu szczególnie istotne), by skupić się na wizji nowoczesnego teatru Wyspiańskiego. I na jego ideałach. Te, wpisane w kościelny kontekst, brzmią powierzchownie, czasem wtórnie. Warto przypomnieć, że nie są. Zwłaszcza w święto niepodległości.

Dawid Dudko
onet.film
12 listopada 2019

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia