Nasze dawne, barwne obyczaje

"Straszny Dwór" - reż. Roberto Skolmowski - Opera i Filharmonia Podlaska

Podwoje Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku zostały otwarte! Na tę chwilę czekali nie tylko białostoczanie, nie tylko Podlasianie ale wszyscy, którzy kochają teatr, operę i muzykę. W niezwykłej scenerii jednego z najnowocześniejszych gmachów teatralnych w Europie, zaprojektowanym przez prof. Marka Budzyńskiego architekta i urbanisty, odbyła się premiera jednego z najpiękniejszych polskich przedstawień tego gatunku - operowa epopeja - "Straszny dwór"

To oczywiście żaden przypadek, żadna tajemnica, że otworzyć operę w Białymstoku można było jedynie tym właśnie patriotycznym dziełem operowym, najbardziej oddającym klimat i charakter epoki drugiej połowy XIX wieku. Moniuszkowski „Straszny dwór” stał się bez wątpienia najbardziej znaną polską operą i przez polską publiczność uznany został operą narodową. Reżyserowi Roberto Skolmowskiemu udało się wystawić ją w rocznicę prapremiery, która odbyła się w Teatrze Wielkim w Warszawie 28 września 1865 roku.

To, że   właśnie ta opera została przez dyrektora wybrana na inaugurację nowej instytucji nie stało się przypadkowo, gdyż właśnie w dniu premiery od pierwszego wystawienia „Strasznego dworu” minęło 147 lat. Dzięki reżyserskiemu kunsztowi Skolmowskiego mogliśmy się przekonać, że opera Stanisława Moniuszki wciąż nas urzeka: muzyką, słowem, partiami wokalnymi, scenkami rodzajowymi, ogólnym klimatem oraz lekkością, mimo niewątpliwych wycieczek w sentymentalne rejony, związane z życiem szlacheckim, które dziś niespecjalnie zajmują współczesnego widza.

„Straszny dwór” rozpoczyna się dość nietypowo. Po podniesieniu kurtyny naszym oczom ukazuje się dziewiętnastowieczny peron kolei żelaznej w Białymstoku, o czym świadczy napis w dworcowym holu, oczywiście cyrylicą. Na stacji odbywa się codzienny gwar: ludzie przyjeżdżają i odjeżdżają, żegnają się i przechadzają, lokomotywa, załadowana ludźmi, odjeżdża w nieznane. Ten swoisty prolog jest pewnego rodzaju znakiem towarzyszącym późniejszemu rozwojowi akcji, jednakowoż nie mającym z nią żadnego związku. Zabieg jednak jest w jakimś sensie rozpięciem pomostu pomiędzy białostocką przeszłością a teraźniejszością, mówiącym – w teatralnym skrócie – o jego cywilizacyjno-kulturalnym rozwoju, którego jeden z etapów zakończył się otwarciem gmachu tejże opery. Myślę, że obraz ten jest także formą wspomnienia o minionych pokoleniach, dzięki którym ów rozwój mógł nastąpić.  

Inscenizacja dyrektora białostockiej opery zachwyca swoją monumentalnością i rozmachem. To pierwsze z przymiotników, jakie przychodzą na myśl, kiedy ogląda się spektakl. Owa monumentalność wynika przede wszystkim z ogromu przestrzeni jaką dysponuje nowy gmach opery, ale i też z racji pięknej, równie potężnej oprawy scenograficznej, która świetnie wpisuje się w ramy sceny, wykorzystując jednocześnie jej rozliczne możliwości. I tak – podczas kolejnych odsłon naszym oczom ukazują się przeogromne, drewniane meble z wielkim zegarem na czele, a to na scenę z prawej kulisy wjeżdżają ogromne platformy potrafiące pomieścić setki osób. Rozmach, z jakim scenograf i twórca kostiumów Paweł Dobrzycki przygotował tę inscenizację jest imponujący.

Monumentalność dzieła podkreśla nie tylko scenografia, ale także inne zabiegi inscenizacyjne. Mowa tu m.in. o świetnie pomyślanych projekcjach komputerowych, które zostają wyświetlane ponad głowami bohaterów, a które w cudowny sposób przydają klimatu, a to sugerując pory roku, a to pory dnia. Ogrom niektórych elementów scenografii, zwłaszcza pięknego zegara, podkreślają także sceny z udziałem solistów i chóru na samym wierzchołku wieży, będącej obserwatorium astronomicznym. Niezapomniana pozostanie aria Stefana w akcie III, podczas której Rafał Bartmiński wyśpiewuje swoje uczucie do Hanny stojąc na balkonie zegarowej wieży, na tle…  nieba pełnego planet.

Siłą białostockiego spektaklu jest także pietyzm i dbałość o każdy szczegół - zarówno jeśli chodzi o scenografię jak i o kostiumy. To właśnie one budują nastój, jaki mógł panować w szlacheckim dworku. Ilość nagromadzonych rekwizytów w niektórych scenach przyprawiała o zawrót głowy (poroża, przyrządy do obserwacji nieba, naczynia, elementy wystroju takie jak obrazy i posągi, nie wspominając o wielkim zegarze i jego trybikach) zaś staropolskie kostiumy, są sztuką samą w sobie i stanowią integralną część scenografii. Ubrani w nie artyści śpiewacy, tancerze i chór sprawiają wrażenie uroczystej naturalności  

Każda scena w tym obrazów wprawia w szczery podziw. Owa plastyczność widoczna jest przede wszystkim w scenach zbiorowych: w początkowej scenie na stacji czy też w następnej, kiedy to Stefan i Zbigniew (Wojtek Gierlach) wracając z wojny przysięgają nigdy się nie żenić. Scena pomyślana jest w taki sposób, iż obraz złożony z nieruchomych aktorów wjeżdża na platformie, po czym aktorzy ożywają. Takich scen, będących żywymi obrazami jest znacznie więcej i to one budują wspaniałe widowisko. Przy czym podkreślić tutaj należy także, że niebagatelną rolę w kreowaniu tychże obrazów pełni światło, jego ostrość, barwa i kąt padania. Światła reżyserował Paweł Dobrzycki.

Opera to jednak nie tylko słowo i obraz, ale – przede wszystkim – muzyka i śpiew. Trzeba podkreślić, że białostocka realizacja nie miałaby takiej siły przekazu, gdyby nie świetne przygotowanie orkiestry, artystów oraz chóru. Słowa uznania należą się Mieczysławowi Dondajewskiemu, sprawującemu kierownictwo muzyczne. Świetnie przygotował orkiestrę, która brzmiała tego dnia pełnią swoich możliwości.

Mimo, że „Straszny dwór” jest operą  zdominowaną przez głosy męskie, to jednak spośród solistów szczególną uwagę zwróciła sopranistka Agnieszka Dondajewska, zachwycając białostocką publiczność wysokim poziomem przygotowania wokalnego, a w szczególności kryształowo brzmiącymi partiami koloraturowymi. Wtórowali jej mezzosopranistka Agnieszka Rehlis jako Jadwiga i panowie – wspomniany już Rafał Bartmiński jako Stefan, Wojtek Gierlach – Zbigniew oraz doświadczony Adam Kruszewski jako Miecznik. Zasłużone brawa odebrał oczywiście Skołuba, którego basową partię z powodzeniem zaśpiewał Piotr Nowacki. Niemniejsze owacje otrzymała Anna Lubańska, która swoją dowcipną i pełną scenicznej swady rolą zaskarbiła sobie pełną życzliwość publiczności.

Słowo o chórze. To właśnie dzięki niemu scena co chwilę ożywała, albowiem chór nie był tutaj – jak to często bywa w inscenizacjach operowych – nieruchomym statystą. Reżyser spektaklu i kierownik chóru tchnęli w chórzystów dodatkowo choreografię i ruch sceniczny, co niezwykle ożywiło przedstawienie. Jednak niezależnie od jego mobilności podkreślić należy zaprezentowany wysoki walor muzyczno wokalny i widoczną pracę jego szefowej Violetty Bieleckiej.

Na koniec reżyser przygotował jeszcze jedna miłą niespodziankę albowiem do zaśpiewania i zatańczenia mazura zaprosił artystów Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca Mazowsze, którzy wraz z operowym chórem niezwykle dynamicznie zaprezentowali ten kluczowy w całym przedstawieniu taniec.

Roberto Skolmowski znany jest z umiejętności realizacyjnych wielkich przedsięwzięć teatralnych i operowych. W „Strasznym dworze” zobaczyliśmy kumulację jego doświadczeń reżyserskich. Przedstawienie inaugurujące otwarcie gmachu Opery i Filharmonii Podlaskiej stało pod znakiem nieczęsto spotykanego organizacyjnego i scenograficznego rozmachu, barwności wokalnej, choreograficznej, inwencji inscenizacyjnej. „Straszny dwór” to komedia łącząca wiele elementów staropolskiej tradycji, sporą dawkę (dziś już mniej znaczącego) patriotyzmu, znakomitą polską muzykę, taniec, staropolski strój i nasze dawne, barwne obyczaje.

To dobrze, że otwarcie Opery i Filharmonii w Białymstoku odbyło się w polskim anturażu i polskich klimatach, albowiem druga część nazwy tej instytucji brzmi Europejskie Centrum Sztuki i będzie miało za zadanie skupiać wokół siebie twórców tej części Polski i Europy oraz umożliwiać im prezentowanie na swoich scenach ich własnego dorobku. Należy życzyć wszystkim mieszkańcom, władzom województwa podlaskiego i dyrekcji Opery ścisłej współpracy, dobrych relacji i wielu wspaniałych efektów artystycznych chociażby takich jak inauguracyjny spektakl.

Marta Odziomek
Dziennik Teatralny
6 października 2012

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia