Naturalna teatralność

"Miłość do trzech pomarańczy" - reż. Paweł Aigner - Teatr Animacji w Poznaniu

"Miłość do trzech pomarańczy" to teatr bez pretensji i zadęcia, który nikomu nie próbuje na siłę udowadniać swojej wielkości i wyższości. Teatr przyjemny, w którym chce się spędzać czas, pośmiać, ale też porozmyślać nad rzeczywistością.

Próba dla mediów - niedoceniane dziś przez wielu dziennikarzy przedpremierowe spotkanie w teatrze - jest momentem, który zdradza jeśli nie wszystko, to wiele o powstającej premierze. Dane mi było w życiu zorganizować kilkadziesiąt takich prób: każda z nich była dla mnie wydarzeniem i pozwoliły mi one przez lata obserwować prace różnych reżyserów.

Taka próba zawsze jest momentem, któremu towarzyszy specyficzne napięcie - tuż przed premierą, czasami w pełnej gotowości, lecz znacznie częściej w niegotowości, trzeba pokazać przybyłym dziennikarzom choćby jedną scenę, a najlepiej dwie. Trzeba odpowiedzieć na pytania: po co w ogóle powstaje ten spektakl, o czym jest, czego dotyczy i dla jakiego odbiorcy jest przeznaczony. Trzeba się trochę z przygotowywanego spektaklu wyspowiadać.

Widziałam wiele takich "spowiedzi" - zarówno tych, które wprawiały dziennikarzy w zachwyt, jak i takich, które pokazywały kompletną bezradność twórców. Spotkanie tego typu ma wielką moc - może uwieść media jeszcze przed premierą, może też obnażyć bezsilność reżysera wobec powstającego spektaklu i być zwiastunem powstającej właśnie teatralnej katastrofy.

Wychodząc z próby dla mediów spektaklu "Miłość do trzech pomarańczy", pomyślałam, że mimo przedpremierowej gorączki i kostiumów wykańczanych na ostatnią chwilę jest dobrze - reżyser ewidentnie wie, co i po co robi, aktorzy się w tym odnajdują, a na dodatek dobrze to wszystko brzmi i wygląda.

Pomyślałam też, że po raz pierwszy od dawna śmiałam się na takiej próbie - zaskoczył mnie zarówno ten fakt, jak i towarzysząca mu refleksja, ponieważ zdałam sobie sprawę, jak rzadko jako teatralny widz mam okazję do śmiechu.

TEATR W TEATRZE

Przed premierą reżyser Paweł Aigner, komentując wybór tekstu, powiedział, że źle się odnajduje w literaturze współczesnej czy najnowszej i że najbardziej interesuje go to, co działo się w strukturach dramatycznych i w historii ekspresji aktorskiej między XVII a XIX wiekiem - w związku z tym szuka zawsze literatury, która może wydobyć z aktorów naturalną teatralność. Taką właśnie "naturalną teatralność" mają okazje zobaczyć widzowie wyreżyserowanego w Teatrze Animacji spektaklu.

Spektakl powstał na podstawie utworu weneckiego dramatopisarza Carla Gozziego i tłumaczenia autorstwa Joanny Walter, które opracowane zostały przez reżysera. Rezultatem tego jest, jak możemy przeczytać w programie, "satyryczno-magiczna baśń opierająca się na tradycji commedii dell'arte, uzupełniona o motywy na wskroś współczesne".

Tych, których słowo "tradycja" trzyma z daleka od teatru, mogę uspokoić - adaptacja Pawła Aignera bierze z komedii dell'arte to, co najlepsze, jest jednocześnie nowoczesna, pełna nawiązań do polskiej rzeczywistości politycznej czy społecznej, zabawna i bezpretensjonalna.

Wartością spektaklu jest podjęcie gry z teatralnością: mamy tu teatr w teatrze, ale także przejście przez "czwartą ścianę", rozważania na temat kompetencji dyrektorów teatru, wyborów repertuarowych i ich wpływu na publiczność.

Są też odniesienia do lokalnych realiów teatralnych, które bawią bywalców poznańskich scen. Można odnieść wrażenie, że twórcom nie brakuje dystansu do samych siebie i swojej profesji, że potrafią im się przyjrzeć z przymrużeniem oka, o co czasami w innych teatrach trudno.

Takie podejście i taka energia powodują, że widz oddaje się żywiołowi zabawy teatralnej, odpuszcza sobie powagę, śmiejąc się z najprostszych, choć, co warto podkreślić, świetnie wykonanych teatralnych działań. Pozwala sobie na beztroską eksplorację świata wykreowanego na scenie i swobodę odbioru. Dawno nie byłam na spektaklu, podczas którego siedząca obok mnie osoba komentowała zachowania bohaterów, dodając im animuszu - potrzebnego tym razem do pokonywania kolejnych trudności na drodze do zdobycia trzech pomarańczy.

W JEDNOŚCI SIŁA

Plany Pawła Aignera nie doczekałyby się realizacji, gdyby nie grono świetnych współpracowników. Scenografia, której twórcą jest Pavel Hubička, przenosi widzów w świat baśni i jednocześnie pozwala aktorom sprawnie realizować działania o dużej dynamice. Warto było czekać do ostatniej chwili na kostiumy Zofii de Ines, które wpisują się w scenografię i podkreślają charakter postaci. Ważną rolę w budowaniu atmosfery spektaklu i utrzymaniu jego rytmu odgrywa muzyka autorstwa Piotra Klimka, dyrektora Teatru Animacji. Szalone przygody bohaterów nie byłyby tak ciekawe, barwne i porywające, gdyby nie choreografia Karoliny Garbacik.

Warto podkreślić, że choć w przyjętej konwencji królują przerysowanie i przesada, wszystkie elementy spektaklu stanowią spójną, estetyczną całość, dopełniają się i uzupełniają. Świetnym zabiegiem jest również wprowadzenie w przestrzeń spektaklu działań zazwyczaj ukrytych przed oczami widzów, związanych z teatralną techniką.

W tak wykreowanym świecie aktorzy Teatru Animacji, wbrew żartobliwym aluzjom zawartym w tekście, stworzyli interesujące indywidualne role, jednocześnie bardzo dobrze prezentując się jako zespół - to chyba aktualnie spektakl z największą obsadą w repertuarze tego teatru.

Aktorzy fantastycznie radzą sobie z szybkim tempem spektaklu, dynamicznymi zmianami i wyzwaniami ruchowymi. W tym kontekście na uwagę zasługuje scena "teatru w teatrze", oparta na teoretycznie najprostszych chwytach, brawurowo odegrana przez Mateusza Bartę. Moje serce skradła również postać o największych gabarytach - Olbrzymka, z gracją zagrana przez Artura Romańskiego.

ŚMIECH I REFLEKSJA

"Miłość do trzech pomarańczy" to teatr bez pretensji i zadęcia, który nikomu nie próbuje na siłę udowadniać swojej wielkości i wyższości. Teatr przyjemny, w którym chce się spędzać czas, pośmiać, ale też porozmyślać nad rzeczywistością.

Powracająca pieśń dotycząca zanudzonej i uśpionej publiczności, którą najłatwiej jest kierować, staje się pretekstem do refleksji na temat niepodległości - nie tej odmienianej przez wszystkie przypadki na stulecie, ale tej indywidualnej; niezależności w myśleniu, działaniu, związanej z przytomnością umysłu, uwagą skierowaną na to, co mówią nam inni, umiejętnością analitycznego myślenia i bycia krytycznym widzem.

Wychodząc z Teatru Animacji, podążając za aluzjami ukrytymi w spektaklu, pomyślałam, że nie trzeba robić "wielkiego" teatru, żeby skłonić widzów do myślenia. Można mieć do siebie dystans, można być dowcipnym, można dać publiczności rozrywkę i "naturalną teatralność", a jednocześnie zrobić dobry spektakl. Dlatego moje teatralne życzenie na 2019 rok brzmi: chciałabym częściej śmiać się w teatrze.

Agata Wittchen-Barełkowska
www.kulturaupodstaw.pl
22 stycznia 2019
Portrety
Paweł Aigner

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...