Nawet Winnetou tego nie potrafił!

"Vernon Subutex" - reż. Wiktor Rubin - Teatr J. Słowackiego w Krakowie

Co powiedzieć o sobotniej premierze? Owszem, można by stary numer dobrodusznej krytyki teatralnej wykonać i grzecznie streścić tak sensy, jak i fabułę powieści Despentes, bo te stronice, których jest mniej więcej 1000, posiadają przecież jakieś sensy, idee, przesłania, pouczenia i licznej grupie bohaterów przeróżne przygody przecież się przytrafiają. O lewicowej wrażliwości, która jako jedyna ocalić może upadającą cywilizację liberalną, o narastającej samotności jednostek w świecie ponowoczesnym albo o krachu głębokiej duchowości - o tych i kopcu podobnych, nieprzyjemnych diagnoz można by prawić, układając z nich katalog człowieczych ciemności. Można by, lecz się nie da.

Czwartek

"Przypomina mi Idiotę Fiodora Dostojewskiego" - rzekła Virginie Despentes o tytułowym bohaterze swojej trzytomowej powieści Vernon Subutex. Małgorzata Kochan odczytała to wyznanie we foyer Teatru Słowackiego na niedzielnym Salonie Poezji, kilkanaście godzin po sobotniej premierze spektaklu "Vernon Subutex", który na dużej scenie Teatru Słowackiego Wiktor Rubin wyreżyserował. Tak już będzie, gdyż po z górą 15 latach nowa tradycja się objawiła. Oto Salon najbliższy każdej premierze Teatru Słowackiego zaplanowany został jako godzina tematycznie i nastrojowo odsyłająca do premiery. Echo zdarzeń scenicznych? Dopowiedzenie? Uzupełnienie? Rozjaśnienie? Wspomożenie teatru lekturą głośną? Dla tych, co nie byli, zachęta, aby poszli? Zapewne wszystkiego po odrobinie. Na wspomnianym Salonie Kochan, Krystian Durma i Maciej Jackowski czytali poezję francuską, kawałki francuskiej prozy, fragmenty malowniczej biografii Despentes i jej komentarze tyczące fatalnego stanu liberalnego świata oraz opasłej opowieści, której tytułowy bohater jest niczym u Dostojewskiego kruchy książę Lew Nikołajewicz Myszkin. Jedno dziś pewne - Salon z Vernon Subutex w roli głównej był czysty. Porażająco klarowny.

Piętek

Co powiedzieć o sobotniej premierze? Owszem, można by stary numer dobrodusznej krytyki teatralnej wykonać i grzecznie streścić tak sensy, jak i fabułę powieści Despentes, bo te stronice, których jest mniej więcej 1000, posiadają przecież jakieś sensy, idee, przesłania, pouczenia i licznej grupie bohaterów przeróżne przygody przecież się przytrafiają. O lewicowej wrażliwości, która jako jedyna ocalić może upadającą cywilizację liberalną, o narastającej samotności jednostek w świecie ponowoczesnym albo o krachu głębokiej duchowości - o tych i kopcu podobnych, nieprzyjemnych diagnoz można by prawić, układając z nich katalog człowieczych ciemności. Można by, lecz się nie da. A raczej - dałoby się, lecz kłamiąc, to znaczy udając, że "ciało" spektaklu, czyli to, co jest na scenie i jakie jest oraz co się z tym dzieje - nie ma znaczenia, przypomina czystą szybę, która idei nie zasłania. Zaczynając od lewej strony sceny - trzeba by stojącemu tam staremu pianinu przezroczystość cudownie nadać, a później to samo uczynić z całym gigantycznym zbiorowiskiem różności od Sasa do łasa, którymi Rubin zasypał scenę szczelnie.

Poniedziałek

Stare pianino zatem. Elektryczna gitara. Stół zawalony fachowym sprzętem dyskotekowego didżeja. W wielkiej donicy wielka paproć albo liście palmy. Drewniane wiosła... Pragnąłem nie kłamać, a kłamię. Bezwiednie oszukuję, stawiając kropki, one zaś, jak wszystkie znaki przestankowe, wprowadzają jednak pewien porządek, nadają szeregowi słów jakiś uchwytny rytm, coś na podobieństwo jasności. Aby w miarę prawdziwie oddać bezładną monotonię seansu Rubina należy wejść w poetykę kapania kropli liter wyłącznie małych.

Wtorek

Stare pianino elektryczna gitara stół zawalony fachowym sprzętem dyskotekowego didżeja w wielkiej donicy wielka paproć albo liście palmy drewniane wiosła portret napoleona dwa biurka mikrofony mikroporty kołdry materace lodówka duża kuchenka gazowa spora liczba krzeseł we wszystkich gatunkach poduchy spore i małe telewizory z góry na dół i z powrotem jeżdżące ekrany w tym jeden ogromny sztucznego dymu kilometr sześcienny pięć lub sześć podestów na kółkach sztuczny las klozetowa muszla z deską podnoszący się i opadający orkiestron żółte peruki szpitalne żeliwne łóżko chyba sprzed wojny pierwszej sztuczny brzuch wąsy przyklejane laptopy w sporej liczbie jogurty w plastikowych kubkach na suficie coś niby zwierciadło mętnie powtarzające podłogę czynny mobilny prysznic sklepowy kosz na kołach film pokazujący wejście do supermarketu zielona drewniana łódź wędkarzy futro z białych królików plastikowe lub ebonitowe telefony i skuter albo może motor pewności nie ma bo ciemnawo było na ekranach nad sceną urocze kolorowe fotki ostro pornograficzne...

Wystarczy? A to przecież zaledwie prolog całości kapiącej sobie tak przez cztery rozległe jak step godziny. Gdzie reszta?

Czwartek

Gdzie kostiumy, co są osobnym gigantycznym bałaganem, papuzim zbiorowiskiem wszystkiego, jakąś niebotyczną ciuchlandią? A gdzie etiudy aż 17 aktorów i aktorek, etiudy, co, diabli wiedzą, w jakim celu kolebią się mętnie i sennie pomiędzy slapstickowymi dowcipasami, prowincjonalną operetkowością, ironią tandetną, kabaretowym wygłupem i grecką tragedią, która zjawia się ni z gruszki, ni z pietruszki? A gdzie aktorów i aktorek intonacje, o których nie sposób orzec, czy kpią, czy o drogę pytają? Jeśli kpią - to z czego mianowicie? Jeśli to drugie - to o jaką drogę? Nie, wszystkiego nie dałoby się wyliczyć, nawet gdyby wyliczance poświęcić cały numer miesięcznika "Kraków". Ale na jedną perłę miejsce musi się znaleźć. Oto erotyczna scena w akcie drugim...

Sobota

Pani ze sztucznym wąsem i pani bez sztucznego wąsa. Ta druga - w samych stringach. Pani ze sztucznym wąsem pieści dłońmi oraz językiem panią prawie nagą, pieści z góry na dół. Język i wąs sztuczny suną po jasnej skórze, dochodzą do stringów, wchodzą pod stringi i... I pani ze sztucznym wąsem wyciąga stamtąd w zębach - rudym włosem pokryty kawałek skóry. Znaczy się - przy użyciu samych tylko siekaczy oskalpowała łono ukochanej! Chyba nawet sam Winnetou tego nie potrafił! Lecz to nie koniec. Oto jednym żwawym szarpnięciem głowy pani ze sztucznym wąsem ciska tą, by tak rzec, łonową wiewiórką w pierwszy rząd widowni. Właśnie tak. Po czym - niechybnie dlatego, że estetka z niej - językiem wyłuskuje ze szpar między zębami zagubione tam rude kłaczki, w bok je odpluwa i spokojnie wraca do gry wstępnej z pięknością oskalpowaną na dole.

Niedziela

No i co z taką inscenizacyjną perłą zrobić? Nadać przezroczystość scenie miłosnego skalpowania? Nad głębią wydłubywania rudych kłaczków spomiędzy zębów zadumać się? Odstawić żałosną komedię recenzencką i z zatroskaną miną przejść do poważnej analizy ciemnych, postnowoczesnej cywilizacji przez panią Despentes postawionych diagnoz, czających się w latającej wiewiórce łonowej, co zgrabnie wylądowała na czole widza w pierwszym rzędzie?

Wtorek

A dzień po premierze, na Salonie Poezji - znów Vernon Subutex. Może nie dokładnie, nie wyłącznie, lecz jednak Vernon Subutex. Tyle że czysty, porażająco klarowny. Przez godzinę - najmniejszego śladu tych w sobotę tak dla oczu i uszu morderczych atrakcji, przez godziny cztery monotonnie i bezładnie kapiących, najlichszego cienia tego opasłego scenicznego "ciała" nie do przebicia myślą, nie do przeniknięcia, nie do przejścia. Tylko troje aktorów za nikogo nieprzebranych i niczym nieudekorowane słowa. Czas czysty, klarowny i jasny jak pismo Lwa Nikołajewicza Myszkina. Książę był bowiem arcymistrzem kaligrafii. By widza dotknąć głęboko, wystarczyła mu nietknięta biała kartka, pióro o łagodnej stalówce i cierpliwa czułość dla krzywizn abecadła. Nie ma pewności, czy wiedziała o tym pani Despentes. Jest pewność, że Rubin nie ma o tym pojęcia nawet tak zielonego, jak jego sceniczna łódka.

Paweł Głowacki
Czasopismo Kraków
19 lutego 2018

Książka tygodnia

Mitologia grecka i rzymska - Spotkania ponad czasem
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
Katarzyna Marciniak

Trailer tygodnia