Nie ma lepszego miejsca pracy jak teatr

Krystyna Szaraniec - kobieta - dyrektor - menadżer

W Polsce nie ma jednolitego modelu zarządzania/kierowania teatrami. O ile inne instytucje rządzą się wg. określonych, stałych schematów organizacyjnych – tzn. w każdym banku jest prezes, który musi mieć wykształcenie wiadomo jakie, w fabryce jest dyrektor, w innych firmach menadżer, o tyle w teatrach właściwie nie do końca wiadomo jakie wykształcenie powinien posiadać dyrektor. W niektórych teatrach artysta jest najważniejszy, czyt. dyrektor artystyczny jest naczelnym, w niektórych to menadżer, administrator, ekonomista jest naczelnym. W/w mają swych zastępców – menadżerów lub artystów, w zależności od przyjętej formuły. Nie wiadomo właściwie jaka kolejność jest lepsza, zdania są podzielone.

Czasem zdarza się niestety tak, że jeden z w/w zostaje sam „na pokładzie" i wtedy może być groźnie, choć nie zawsze. Władze, czyli organizator teatru wolą pewnie gdy naczelnym jest ekonomiczna głowa, bo z takim łatwiej się dogadać, niż z artystą, którego tak do końca nie da się pojąć i z którym nigdy nie wiadoma, czy gra czy, mówi poważnie. Wolą więc umysł ścisły, ale z drugiej strony chcą mieć sztukę na najwyższym poziomie – jak to pogodzić? Gość tego artykułu w swej pracy przeszedł, a właściwie przeszła prawie wszystkie w/w modele zarządzania, będąc w samym ich jądrze. Już wiadomo, że gościem będzie kobieta, do tego dyrektor, menadżer, czy raczej wg obecnych standardów: dyrektorka, menadżerka, czy menadżerkini – jakoś dziwnie brzmi, zostawmy to.

Elegancka, zadbana, ubrana wg obowiązujących kanonów mody, zawsze opanowana, bizneswoman, dama..... – tak mógłby się zacząć pean na cześć Krystyny Szaraniec – dyrektor naczelnej Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. I nie byłoby w tym ani odrobiny przesady. Ale to nie ma być laurka, choć na pewno Krysia na takąż zasługuje. Nie będzie to też portret sensu stricte, choć pewnie zmierzenie się z tematem byłoby ciekawym doświadczeniem. Jednak w tej pisaninie chcę się przyjrzeć pracy dyrektora teatru z perspektywy ponad trzydziestoletniego doświadczenia, z perspektywy kobiety, z perspektywy wreszcie menadżera. Będzie to sylwetka kobiety – płeć ma tu znaczenie – nie wiele w Polsce mięliśmy dyrektorek teatrów, za to wybitne ..... no może nie wszystkie, ale zostańmy przy wybitnych.

A więc sylwetka menadżera kierującego, z różnej perspektywy, teatrem dramatycznym w realiach naszego kraju. A ponieważ nie ma to być portret, więc nie będę pisać o rodzinie, która zawsze Ją wspierała, nie będę pisała o wykształceniu – historyk - i o publikacjach dotyczących Śląska, nie będę też pisać o teatrzyku podwórkowym, założonym w bardzo wczesnej młodości i o szkolnych występach teatralnych. I jeszcze o wielu sprawach nie napiszę, choć może byłyby ciekawsze, zajmę się tylko trzema aspektami, najważniejszymi moim zdaniem w kierowaniem teatrem przez dyrektor Szaraniec.

A są to: Rada Mecenasów, Rada Programowa (oba organizmy przez Nią zainspirowane) i współpracą ze wszystkimi zespołami teatru. Zacznijmy od Rady Mecenasów – chyba jedynego takiego ciała w Polsce, które na samym początku swej pracy w teatrze powołała do życia. Gdy z 1979 roku podjęła decyzję - dość ryzykowną wg niektórych – i wybrała, nie stanowisko wicekuratora, a wicedyrektora teatru.

Wcześniej była dyrektorem szkoły podstawowej, potem liceum, byłoby więc sprawą naturalną przyjęcie awansu do kuratorium. Jednak mała Krysia gdy po raz pierwszy była w teatrze, wiedziała, że będzie tu wracać, bo „..nie można mieć w sobie takiego pustostanu żeby nie obcować ze sztuką.." A więc wracała, bywała na wszystkich premierach, przyprowadzała młodzież, wracała, wracała, aż została. Doświadczenie z prowadzenia szkoły było na pewno przydatne, ale teatr to zupełnie inna instytucja, nie dająca się do niczego porównać. Wiedzę swą więc uzupełniała, między innymi na kursach z zarządzania teatrami i instytucjami artystycznymi organizowanymi przez ambasadę amerykańską. Może stąd wzięło się powołanie Rady Mecenasów, a przynajmniej sposób jej prowadzenia. To ogromnie cenna inicjatywa, która jest na stałe związana z Teatrem Śląskim. Ale żeby takie ciało utrzymać, trzeba posiadać nie małe umiejętności, niektórzy nazywają to zdolnościami układowymi, ja bym raczej powiedziała zdolnościami dyplomatycznymi, politycznymi.

Czymże jest owa Rada? – to biznesmeni z całego terenu, szefowie firm, również tych największych, czyt. najbogatszych, zrzeszani w organizmie, który poczuwa się do współodpowiedzialności, oczywiście finansowej, za instytucję tworzącą najwyższą sztukę na ich terenie. Patriotyzm lokalny, odpowiedzialność społeczna, potrzeba kultury? Pewnie wszystko po trochu, ale przede wszystkim zdolności dyr. Szaraniec do zjednywania sobie ludzi, umiejętność przekonywania, że to co robi Rada jest jedyną słuszną drogą. A jak to robi? Czasem staje do rozmowy biznesowej jak równy z równym, bizneswoman z biznesmenem, czasem używa dyplomatycznych wybiegów, a czasem zdarzają się sytuację anegdotyczne, które wchodzą do historii teatru, jak ta, kiedy jeden z mecenasów pomylił drzwi i w trakcie spektaklu wszedł na scenę. Bardzo był tą gafą zawstydzony, a Krystyna od razu to wykorzystała: „...musisz się teraz jakoś zrehabilitować...". No i zrehabilitował się sypnąwszy niezłym grosze na wyjazd teatru za granicę.

To utrzymywanie przy teatrze ludzi z zupełnie innych branż jest niezwykle ważne, ale wymaga dużej elastyczności, umiejętności negocjacji, oczywiście też honoracji, wyróżnień darczyńców. Krystyna z ogromnym wdziękiem, w czarujący sposób potrafi upomnieć się o pieniądze dla teatru. I tu właśnie ważna jest płeć, bo wszak: „gdzie diabeł nie może tam babę poślij..", dlatego Teatr Śląski , nawet w najtrudniejszych finansowych czasach, utrzymywał się na powierzchni.

Teraz o drugiej Radzie – Programowej, to jakby Rada Starszych, ale nie tylko, to także panel wymiany opinii, spostrzeżeń, czy postulowania. W tym organizmie zasiadają przedstawiciele wszystkich teatralnych związków zawodowych, stowarzyszeń, przedstawiciele zespołów oraz ludzie z zewnątrz: wybitni muzycy, plastycy, artyści, przedstawiciele władz. Ludzie związani z regionem, posiadający odpowiednią wiedzę na temat Śląska. Ta Rada ma za zadanie przedyskutowywać decyzje jakie zapadają w teatrze na szczeblach kierowniczych, opiniować te decyzje, ewentualnie podpowiadać lub rozważać inne rozwiązania. Taka „burza mózgów" na pewno daje dobre wyniki, na pewno zwiększa kreatywność, choć oczywiście decyzje zapadają w gabinetach dyrektorskich, a i odpowiedzialność za nie wiadomo komu przypada w udziale.

Taka Rada Programowa nie jest czymś nadzwyczajnym i w wielu naszych teatrach funkcjonują, lub funkcjonowały takie ciała, w różnych konfiguracjach personalnych. Mnie jednak „rzuca na kolana" konsekwencja z jaką Rada jest utrzymywana przy Teatrze Śląskim, przez wiele, wiele lat. Tę żywotność Rady, przypisuję konsekwencji dyr. Szaraniec, która rozumie potrzebę szerszego dialogu, szerszego spojrzenia na problem i wmyśl zasady: „ nigdy nie uważaj, że jesteś najmądrzejsza", potrafi wysłuchać zdania innych. Ta cecha, czy zasada znakomicie funkcjonuje we współpracy z zespołami teatralnymi.

To trzeci aspekt metody prowadzenia teatru, jaką wypracowała przez lata Krystyna. Jest bardzo wymagającym szefem, przepraszam: szefową. Ale najpierw wymaga od siebie, potem od innych . Kreatywność, lojalność i uczciwość to wymagania jakie stawia swoim pracownikom. Ma „po kobiecemu nosa" do dobierania sobie współpracowników. Ale czasem zdarza się, że ktoś Ją zawiedzie, nie spełni oczekiwań, wtedy mówi o tym otwarcie i potrafi mieć „twardą rękę", ale zawsze wysłucha drugiej strony, zawsze da szansę. Zresztą otwarte rozwiązywanie problemów – tu i teraz – jest jedyną słuszną drogą, jeśli chcemy mieć czystą atmosferę w instytucji, choć czasem wymaga dużej odwagi.

Dyr. Szaraniec jest otwarta na ludzi, dyspozycyjna do rozwiązywania problemów, nie tylko tych teatralnych – pomoc w uzyskaniu wizyty u lekarza, w szpitalu, pomoc w urzędach, czy wreszcie zwykłe, ludzkie wspieranie byłego pracownika w chorobie to dla Niej norma, nie uważa tego za coś nadzwyczajnego. . Tak trochę „matkuje" wszystkim. Dyr. Szaraniec wymaga od swych pracowników kreatywności, daje im samodzielne zadania, za które w pełni muszą odpowiadać. Ale też ich motywuje, wysyła na studia, kursy, szkolenia, bo wie, że najcenniejszy to ten pracownik, który teatr ukochał i związał się z nim na zawsze. Jest on cenniejszy dla teatru niż niejeden mający wiele certyfikat z najważniejszych uczelni, któremu jednak obca jest materia teatru.Takim działaniem np. Krystyny jest powołanie na stanowisko głównego inżyniera (stanowisko utworzone przez nią) pracownika teatru, który przeszedł długą drogę od pracownika technicznego, poprzez brygadiera, przez odpowiednie studia na kierownictwo techniczne.

Krystyna Szaraniec naczelnym została w 2005 roku, w momencie wielkiego kryzysu w teatrze. Sytuacja wymagała zajęcia konkretnego stanowiska. Krystyna bez wahania „murem stanęła" za zespołem. I choć nominację na naczelną przyjęła z ogromną obawą, to dziś, po ośmiu latach widać, że lęki były niesłuszne. Gwoli prawdy reporterskiej – wszystkie strony kryzysu wyjaśniły sobie kwestie sporne i do dziś pozostają w zgodzie. Myślę, że tu też zadziałała osobowość dyr. Szaraniec, która uważa, że konflikty należy rozwiązywać, bo należy rozwiązywać. Bo zgoda buduje, a niezgoda rujnuje.

Niektórzy nie mogą sobie wyobrazić Teatru Śląskiego bez dyr. Szaraniec. Często mówią .."jak Ona zrezygnuje to ja też odejdę...". A Krystyna słuch tych deklaracji i mówi: „ na moje miejsce mam przynajmniej trójkę ludzi – poważnych, odpowiednio wykształconych, przygotowanych do tego stanowiska. Ja miałabym tylko problem którego rekomendować". Krystyna Szaraniec i o tym pomyślała, żeby przygotować swoich następców, bo nie uważa, że „po niej choćby potop". Więc dochodzi jeszcze jedna cecha – zapobiegliwość – cecha kobieca? Tak więc dyr. Szaraniec przebyła w swej karierze przez przynajmniej trzy modele kierownicze teatru: najpierw, przez wiele lat była „ wice" od administracji, na skutek zawirowań musiała podjąć wyzwanie i samotnie pokierować swoim teatrem. Wtedy zaowocowała Jej lojalność wobec zespołu, mogła liczyć na jego wsparcie. No i miała swoje dwie Rady, które były bardzo pomocne. Od paru lat kieruje teatrem wraz ze swoim zastępcom dyr. artystycznym Tadeuszem Bradeckim. Wydaje się, że ta współpraca układa się bardzo harmonijnie. Świadczy o tym miejsce Teatru Śląskiego na mapie teatralnej Polski. Jaki więc jest najlepszy model kierowania teatrem? – dyr. Artysta, dyr. Menadżer, czy jeden i drugi, który powinien być naczelnym, a może powinno być jeszcze inaczej? Zapraszam do dyskusji.

P.S. Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy poświęcili mi swój czas, a szczególnie Krystynie Szaraniec i Jej Mężowi, który cierpliwie czekał aż skończymy gadać. Dziękuję!

Maria Mielnikow - Przewodnicząca Sekcji Teatrów Dramatycznych, Członek Zarządu ZASP

Maria Mielnikow
Biuletyn Informacyjny ZASP
3 lipca 2013

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia