Nie możemy żyć bez siebie

"Zew Cthulhu" - reż. Michał Borczuch - Nowy Teatr w Warszawie

Światy wykreowane przez Michała Borczucha i Tomasza Śpiewaka w spektaklu Zew Cthulhu swobodnie łączą ze sobą prozę Lovecrafta i autentyczne wydarzenia, nawiązując zarówno do sceny politycznej w Polsce, jak i życiorysów aktorów.

Bohaterowie sceniczni odgrywają pozornie luźno powiązane ze sobą historie, dla których jednak wspólnym mianownikiem jest strach, nie dający się zidentyfikować demon władający ich życiem. Owym demonem - czy, idąc za mitologią H.P. Lovecrafta, na kanwie którego stworzono spektakl, Cthulhu - może być rutyna szkoły, zamykająca w ogłupiających ramach zbuntowanych szesnastolatków, seksualność, burząca dotąd spójny i akceptowalny obraz samego siebie, czy wreszcie polityk, tu akurat Jarosław Kaczyński, którego władzę histerycznie krytykuje postać inspirowana Jadwigą Staniszkis. Jednakże wybuch postaci o trzeciej nad ranem, równie gorączkowy, co kuriozalny, obnaża jej obojętność i oderwanie od realiów. Bo cóż z tego, że władza, której wcześniej była zwolenniczką, prowadzi kraj do rychłego upadku, skoro w gruncie rzeczy Staniszkis nie potrafi ani się tym przejąć, ani mieć poczucia winy z tego powodu, co tłumaczy uszkodzeniem komórek nerwowych w mózgu? "Nie mam języka, by to opisać (...). Potworność jest zaraźliwa." stwierdzi w neurotycznej rozmowie, z której nic jednak nie wyniknie.

Z drugiej strony, ucieczka przed mglistym i nienazwanym, nieuchwytym Cthulhu, popycha postaci sceniczne ku jakiemukolwiek działaniu. Pozornym ratunkiem mogą tu być niekończące się, naiwne dyskuje w pociągu, które przypominają nieco rozmowę u psychoterapeuty; bohaterowie siedzący w kółku przerzucają się coraz bardziej wymyślnymi dewiacjami seksualnymi, które traktują jako rzecz zupełnie zwyczajną, by wreszcie zdziwić się, że istnieje coś takiego, jak homoseksualizm. Wszystko rejestruje kamera na scenie pogrążonej w ciemności. Postaci sceniczne mogą też prowadzić szczere, choć niełatwe rozmowy o seksie, gdzie tabu dodatkowo przełamuje bliskie pokrewieństwo postaci, (są to ojciec i córka, w rolę których wcielili się Jacek Poniedziałek i Dominika Biernat) biseksualizm, czy wreszcie zdumienie bohaterów nad własnymi preferencjami, które - choć nie od razu można je w pełni zaakceptować - zostają już nazwane, a przez to oswojone ("Tato, przecież jesteś aktywem!"). Innym razem nastoletni chłopak stara się przerwać prozę życia typowego licealisty, oddając kult fikcyjnemu, wyjętemu wprost z opowiadania Lovecrafta muzykowi Erichowi Zannowi. W tym celu udaje się w podróż, a przyjaciele instruują go, dokąd powinien podążać i co zrobić. W rzeczywistości jednak jest to tylko interaktywna zabawa, rozgrywająca się przed Małopolskim Ogrodem Sztuki, gdzie odbywał się spektakl podczas 10. edycji Fetiwalu Boska Komedia. Urzekająca w swej osobliwości jest także scena, gdzie pojawiają się białe, stożkowate, mogące przywodzić na myśl strój członków Ku-Klux Klanu stwory, należące rzekomo do wielkiej rasy o faszystowsko-socjalistycznym profilu. Stworzenia pozbawione płci wkrótce zbawią ludzkość poprzez unicestwienie jej. Jednakże niepokojący wydźwięk sceny łagodzą czułe zachowania przybyszów, jak na przykład wizualizacja kopulacji, zaś pełen chorobliwej pasji monolog naukowczyni rozrzedza komizm.

Teatr Michała Borczucha jest zbyt subtelny i wielowymiarowy, bym mogła posądzić go o stawianie jednoznacznych diagnoz i podawanie gotowych rozwiązań. A jednak możemy podejrzewać, że tytułowy Cthulhu nie jest wcale złem z zewnątrz lub że w ogóle przybrał materialną postać. Zdaje się być potwornością tkwiącą w samej naturze człowieka, co Borczuch pokazuje na przykładach próżnych i naiwnych perypetii swoich bohaterów. Uwikłani we własne mikroświaty, przekuwają tragizm swojego istnienia w śmieszność, co paradoksalnie jednak pozwala nam (i im) oswoić ludzką niedolę. Najbardziej wybrzmiewa to w końcowej sekwencji: na scenie znajdują się dwie pary krzeseł, każda zajmowana przez jednego aktora (Krzysztof Zarzecki i Piotr Polak). Obaj wchodzą jednocześnie w role ojców i synów. Zarzecki próbuje wytłumaczyć dziecku, (i zarazem samemu sobie) że właśnie się rozwodzi. Polak natomiast rozmawia z synem o przyszłości. Gdy chłopiec dorośnie, stworzy maszynę, spełniającą dokładnie odwrotność marzeń czy potrzeb. I tak, chcąc być smutnym, będziemy szczęśliwi, a mając ochotę na kawę, będziemy dysponować tylko herbatą.

Czyli w gruncie rzeczy wszystko zostanie takim, jakim było.

Aleksandra Mahmud
Dziennik Teatralny Kraków
3 lutego 2018
Portrety
Michał Borczuch

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

13. Międzynarodowy Fes...
Małgorzata Langier