Nie, Panie Selznick

"Księżyc i Magnolie" - reż: A. Lipiec-Wróblewska - Teatr STU w Krakowie

Z pewnością każdy kinoman jest ciekaw, jak praca nad filmem wygląda za kulisami. Jest to zwłaszcza interesujące jeśli chodzi o superprodukcje z samymi wielkimi gwiazdami na czele. Jak sprawa się miała w przypadku "Przeminęło z wiatrem"? Nowa sztuka Teatru STU - "Księżyc i magnolie" odpowie na to pytanie w całkiem zabawny sposób

Agnieszka Lipiec-Wróblewska postanowiła przenieść na scenę popularny ostatnio dramat Rona Hutchinsona opowiadający historię humorzastego producenta Davida O. Selznicka (Olaf Lubaszenko). Akcja krakowskiej sztuki rozgrywa się w biurze Selznicka, który po odrzuceniu kilku scenarzystów z rzędu, zatrudnia do pracy nad „Przeminęło z wiatrem” Bena Hechta (Szymon Bobrowski) – by ten napisał nowy scenariusz na podstawie książki, której nawet nie przeczytał (o, przepraszam – przeczytał pierwszą stronę). W przedsięwzięciu pomóc ma również sławny, aczkolwiek nieco arogancki reżyser Victor Fleming (Szymon Kuśmider). Despotyczny producent zamyka mężczyzn w swoim gabinecie na pięć dni i żywiąc ich tylko bananami i orzeszkami zmusza do tworzenia. Efekt tej pracy wszyscy znamy: osiem Oscarów plus tytuł melodramatu wszechczasów.

Sztuka w reżyserii Lipiec-Wróblewskiej nie zyska jednak (tak jak film) moim zdaniem żadnego wyróżnienia, tytułu, ani tym bardziej Oscara, gdyż nie wybija się ponad przeciętność. Trudno mieć do niej konkretny stosunek emocjonalny: nie jest zła, ale nie jest też bardzo dobra. Zwykła, trochę nijaka, o mglistym znaczeniu i przesłaniu. 

Poziom gry aktorskiej nie rozczarowuje. Szczególnie Szymon Kuśmider bardzo sprawnie odgrywa swoją postać, jego Fleming jest charakterny i zadziorny. Początkowo zabawna, ale później nieco irytująca jest rola Barbary Kurzaj, która jako sekretarka Proppenghul wchodzi i wychodzi z biura z nieustającym przytakiwaniem „Tak, panie Selznick” na ustach. Trudno dostrzec napięcie emocjonalne, które, podobno, miało pojawić się w jej relacji z producentem. Szymon Bobrowski jako Hecht zdaje się być nieco bezbarwny, a Olaf Lubaszenko bardzo poprawny, ale niczym nie zaskakuje.

Sceniczne wydarzenia rozgrywają się sprawnie, pomimo tego, że nie ma większych zwrotów w akcji, gdyż miejsce fabuły ograniczona zostaje do kilku dni spędzonych w jednym dusznym pomieszczeniu. Jeśli chodzi o przestrzeń to tworzy ją zwyczajny pokój biurowy. Nie całkiem zrozumiałe jest znaczenie obrazów wyświetlanych na ekranach w trakcie sztuki – nie wzbogacają spektaklu, więc właściwie są zbędne. 

„Księżyc i magnolie” można zaliczyć do sztuk przyjemnych, w sam raz na zimowe wieczory. Nie można mieć większych zastrzeżeń co do całości – spektakl jest dobrze odegrany, nie jest nudny ani przesadny w inscenizacji. Bywa śmiesznie, a dawka tego typu poczucia humoru nikomu na zdrowie nie zaszkodzi.

Karolina Kiszela
Dziennik Teatralny Kraków
31 stycznia 2012

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia

700. Krakowski Salon P...
Anna Dymna
W najbliższą niedzielę 23 stycznia, j...