Nie siedź samotnie, bo muzyczka fest

"Cabaret" - reż. Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU

Przedpremierowe pokazy musicalu, do którego libretto napisał Joe Masteroff, muzykę skomponował John Kander, a autorem tekstów piosenek jest Fred Ebb, w tłumaczeniu Kazimierza Piotrowskiego i Wojciecha Młynarskiego sprawiły, że widownia Teatru STU, w przedświątecznym tygodniu, wypełniona była do ostatniego miejsca. I było warto.

Krzysztof Jasiński tym razem zmierzył się z widowiskiem, które wpisuje się w repertuar z powodzeniem realizowany przez zespół aktorski Sceny STU. Zgodnie z tytułem musicalu scena teatru staje się sceną kawiarni Kit-Kat, w której odbywają się nocne przedstawienia kabaretowe. Na jej tyłach, na balkonach, znajdują się wynajmowane przez Fräulein Schneider pokoje. Miejsce, gdzie spotykają się wszyscy bohaterowie widowiska, gdzie widać nocne życie stolicy międzywojennych Niemiec i gdzie krzyżują się, splatają i przecinają losy ludzi, polityczno – społecznych wydarzeń i historii.

W ten świat wprowadza nas już na początku widowiska charyzmatyczny konferansjer (w tej roli fenomenalny Krzysztof Kwiatkowski) mówiący łamaną polszczyzną, upewniający się, czy jest we właściwym mieście, witający się z publicznością w kilku językach i wprowadzający do pełnego humoru kabaretowego powitania kawiarnianych gości frazy wyraźnie sugerujące współczesny kontekst polityczno – społeczny. Ten zabieg, pozornie drobny i niemal zupełnie zanikający w dalszej części spektaklu, ma jednak istotne konsekwencje. Uzmysławia zebranym, że przedstawiane zdarzenia nie są zamknięte w czasie przeszłym, ale nadal, w pewnym sensie, są żywe. Zmieniły się wprawdzie miejsca, ludzie i idee, ale nadal te same czynniki co niemal wiek wcześniej decydują o losach jednostek i społeczeństw.

Określenia kabaret i musical jasno sugerują, że widowisko odwoływać się będzie (i tak jest) nie tylko do pełnych humoru skeczy i dowcipnych wypowiedzi scenicznych postaci, ale też muzyki i tańca. I rzeczywiście. To właśnie dwa ostatnie żywioły artystyczne władają w tym spektaklu Sceną STU. Wyrazy uznania dla Konrada Mastyły (kierownictwo muzyczne) i orkiestry za świetne partie instrumentalne towarzyszące partiom wokalnym aktorów i prowadzone są tak, by śpiewających było słychać niezależnie od siły i barwy głosu, a także za pełną ekspresji choreografię (Jarosław Staniek) oraz charakterystyczne, przyciągające uwagę i oddające nastrojowość kabaretu lat trzydziestych ubiegłego wieku kostiumy.

Fabuła musicalu jest prosta, by nie rzec banalna. Do Berlina przyjeżdża ze Stanów Zjednoczonych Ameryki młody, dobrze zapowiadający się pisarz. Poszukuje miejsca, gdzie trafi na dobry literacki temat i napisze kolejną książkę. Dzięki całkiem przypadkowej pomocy udzielonej spotkanemu w pociągu Niemcowi podczas przekraczania granicy jego kraju, trafia pod opiekę Fräulein Schneider (Dorota Zięciowska), a w kabarecie poznaje Angielkę Sally Bowles, która wprowadza spokojnego młodzieńca w burzliwy i kolorowy nocny świat Berlina lat trzydziestych ubiegłego wieku. Na widowni i scenie kabaretu Kit-Kat spotykają się mieszkańcy miasta, turyści odwiedzający lokalne atrakcje, a widzowie mają okazję poznać w różnych wzajemnych relacjach przedstawicieli odmiennych środowisk społecznych. Girlsy, artyści różnej maści, działacze polityczni, ludzie młodzi rozpoczynający dopiero dorosłe życie i dojrzali, mający porywy młodości już za sobą, znający reguły obowiązujące w świecie, w którym świadomie egzystują i radzą sobie od kilku dekad. W tym tyglu mamy okazję zobaczyć jak na siatkę relacji społecznych nakłada się pajęczyna ideologii i polityki. Przypadkowy znajomy z pociągu, w sumie całkiem sympatyczny i życzliwy człowiek, okazuje się być faszystą i antysemitą, a ulotki i książki polityczne przemycane przez niego przez granicę są literaturą propagującą idee, które wkrótce doprowadzą do wojny, która pochłonie kilkadziesiąt milionów ofiar.

Długie, bo trwające ponad 2 godziny widowisko, podzielone zostało przez reżysera na dwie części, z których pierwsza jest znacznie pogodniejsza, wprowadzająca widzów w specyfikę nocnego życia wielkiego miasta, a zarazem ukazująca siłę i desperację ludzi, którzy widząc co się wokół nich dzieje i przewidując dalszy rozwój wypadków, próbują żyć niejako na zapas, zgodnie ze słowami jednej z wyśpiewanych w „Cabarecie" piosenek: „Nie siedź samotnie, bo muzyczka fest, zaczęła właśnie grać, bo życie kabaretem jest i tak je trzeba brać!". To w tej części konferansjer Emcee częstuje widzów lampką wina, zaprasza na scenę do wspólnej zabawy, budując przestrzeń wspólnego wszystkim emocjonalnego przeżycia. W tej części mamy też pełne humoru i fundowane z przymrużeniem oka aluzje do współczesności. Dodajmy naszej współczesności, która wcale nie jest ani aż tak bezpieczna, ani aż tak cywilizowana jak chcielibyśmy sądzić.
Część druga, nieco krótsza od poprzedniej, szybko przemienia świat pełen radości i pozytywów w świat trudnych życiowych decyzji, z których żadna nie jest tak naprawdę dobra, ale też za każdą stoją racje ludzi, których one dotyczą, ich zniszczone życie i podeptane emocje. Zakręty historii pokazują jak o racje i idee polityczne, zupełnie mijające się z chęciami i pragnieniami jednostek, rozbijają się ich marzenia. Ale też właśnie ta konieczność podjęcia decyzji uświadamia im jakimi są ludźmi, jakie działania i decyzje są w stanie podjąć, z czym walczyć, a co jest ponad ich siły. Na naszych oczach obie, dotąd świetnie rokujące pary rozpadają się. Clifford Bradshow (Maciej Grubich), dla którego Berlin był tylko atrakcyjnym przystankiem w podróży po Europie, postanawia wracać do domu. Sally zaś trzeźwo i racjonalnie ocenia swoje podejście do rzeczywistości, wagę jaką stanowi dla niej taniec i scena, a zarazem dom, którym jest Berlin, jaki by nie był i ku czemu by nie zmierzał. Po dokonaniu tej oceny pozbywa się marzeń o stworzeniu rodziny i dziecku, bo w tej rzeczywistości nie widzi dla nich miejsca, ale podejmuje decyzję o pozostaniu w niemieckiej stolicy. Podobne przeżycia towarzyszą drugiej parze. Marzenia Fräulein Schneider i Herr Schulza (Rafał Dziwisz) o wspólnym życiu, małżeństwie i późnej, dojrzałej miłości rozbijają się o antysemickie frazy wylewające się z ust nazisty. Schulz przechodzi nad nimi do porządku dziennego zakładając, że takie nastawienie do narodu żydowskiego minie, ale uważając, że Fräulein Schneider będzie lepiej bez niego, godzi się na wyprowadzkę i życie osobno właśnie dla niej. Ona zaś zwyczajnie nie potrafi odnaleźć się w nowej, a zarazem wrogiej rzeczywistości. Ma wprawdzie silne poczucie straty, jednak nie umie i nie chce dla osobistego szczęścia i nieznanej przyszłości podjąć ryzyka i walki. W sumie jednak, niezależnie od tego, czy zgodzimy się z prezentowanymi przez bohaterów racjami, czy uznamy, że nasze decyzje byłyby odmienne, stwierdzić należy, że oni ciągle są ludźmi. Mają świadomość uwikłań w jakich się znaleźli, wiedzą też i potrafią uzasadnić swoje postępowanie i decyzje. Moje głębokie współczucie wzbudził natomiast Ernst Ludwig, którego rozchwianie emocjonalne, dobrze oddane przez grę Aleksandra Talkowskiego, z jednej strony wskazuje na niemożność wyjścia poza granice ideologii faszystowskiej, z drugiej zaś wskazuje na brak pełni człowieczeństwa. Ernst ani nie potrafi, ani nie chce zrozumieć racji innych niż narzucone mu przez faszystowski nacjonalizm. I właśnie ten brak empatii, zdolności spojrzenia na sytuację od strony adwersarza, dostrzeżenia jego racji i trzymanie się własnych za wszelką cenę, są największym złem jakie może spotkać człowieka.

Koniec widowiska, mimo iż w zasadzie domyka rozpoczęte wątki, pozostawia widza z całą gamą dylematów, pytań i rozterek, które odnieść można do świata, w którym żyjemy dziś. I jest to dobre zakończenie w tym sensie, że zmusza do przemyślenia problemów, które zwykle odsuwamy gdzieś poza codzienne troski, a one niepostrzeżenie zawłaszczają przestrzeń dotąd nam przyjazną, zmieniając świat wokół nas, a często też nasze postrzeganie otaczającej nas rzeczywistości. Okazuje się więc, że współczesną rolą kabaretu jest nie tyle uszczęśliwianie ludzi, ile stawianie ich przed problemami, które starają się w codziennej egzystencji pomijać.

Na koniec raz jeszcze szczere wyrazy uznania za kreację wspaniałej adaptacji musicalu pozornie znacznie przekraczającego możliwości kameralnej sceny Teatru STU. Przemyślaną, wprowadzającą znamienne dla kabaretu rysy scenografię (Marta Wieczorek, Maciej Czuchryta), która przeniosła nas w świat pierwszej połowy ubiegłego stulecia, połączoną z muzyką (Konrad Mastyło) i tańcem (Jarosław Staniek), które rzeczy poważne przekazały w sposób dowcipny, pełen wyważonego humoru, a zarazem energiczny i pełen ekspresji, splatając je z losami i przeżyciami bohaterów. Trafnym pomysłem było zaproszenie publiczności do współudziału w życiu kabaretu Kit-Kat i całego nocnego Berlina, a tym samym swoiste rozszerzenie sceny o widownię i przejścia pomiędzy poszczególnymi jej sektorami, którymi postacie sceniczne opuszczały teren kabaretu udając się w miasto.

Dla całego zespołu aktorów biorących udział w przedstawieniu wyrazy uznania i gratulacje za perfekcyjnie przygotowane i zagrane widowisko, za połączenie możliwości współczesnego sprzętu z orkiestrą i wokalem w sposób, w którym wszystkie te elementy stanowią zgraną, wyzwalającą w odbiorcy silne, emocjonalne przeżycie całość, eksponując jednocześnie, tam gdzie to potrzebne i konieczne, partie wokalne aktorów i dźwiękowe orkiestry.

Iwona Pięta
Dziennik Teatralny Kraków
22 grudnia 2018

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia