Nie ulegam tej iluzji

"Iluzje" - reż. Agnieszka Glińska - Teatr Na Woli im. Tadeusza Łomnickiego w Warszawie

„Iluzje" Agnieszki Glińskiej pojawiły się w Teatrze Studio wraz z objęciem przez nią dyrektorskiego stanowiska. Wcześniej były grane w Teatrze Na Woli im. Tadeusza Łomnickiego. Premiera w 2011 roku przyniosła falę dobrych recenzji, być może wywołanych modą na Wyrypajewa, a może tęsknotą za świeżością. Jak ten spektakl wypada dzisiaj, po krakowskich „Iluzjach" w reżyserii samego autora? Czy wciąż ulegamy tej iluzji?

Danny na łożu śmierci wzywa żonę i dziękuje jej za miłość, którą go obdarzała przez całe ich wspólne życie. Dzięki temu doznaniustał się człowiekiem wartościowym i zdolnym do uczuć wyższych. Żona Danny'ego, Sandra, umierając, wzywa Alberta, najlepszego przyjaciela Danny'ego i wyznaje mu, że przez całe życie go kochała. Że wyszła za mąż, żeby być blisko niego, bo wiedziała, że jest żonaty i szczęśliwy w małżeństwie. Że ten ukryty, nieodwzajemniony afekt nauczył ją odpowiedzialności za własne uczucia. Albert wraca do domu i oświadcza żonie, Margaret, że wyznanie Sandry uświadomiło mu, że przez całe życie kochał właśnie ją, Sandrę. Że dobrze mu się żyje z Margaret, wygodnie, przyjemnie – ale prawdziwa miłość łączy go z żoną przyjaciela. W zamian Margaret mówi mu, że przez wiele lat miała romans z Danny'm i że bardzo się kochali, ale nie chcieli burzyć miłej homeostazy przyjacielskiego czworokąta.

Powyższe historie opowiada czwórka aktorów, siedząca na fotelach przed publicznością. Aktorzy nie wcielają się w role, wypowiadają jedynie tekst. Stwarza to dystans, który jest czasem świadomie skracany, a czasem podkreślany przez metatekstowe komunikaty. Kolejne opowieści odsłaniają piramidę iluzji, którym przez całe życie ulegali ich bohaterowie. Iluzję stwarza również prywatność aktorów na scenie, ich programowy brak gry: picie wody z plastikowych butelek, szepty, ciche śmiechy. To iluzja spotkania, w którym widz uczestniczy na równych prawach i może coś skomentować, zadać pytanie lub opowiedzieć własną historię. Jednak wyraźna granica pomiędzy sceną a widownią burzy zamysł tej iluzji. To pierwsza reżyserska niekonsekwencja. Będzie ich więcej.

Autorem „Iluzji" jest Iwan Wyrypajew, który wyznaje ideę teatru nieteatralnego, metatekstowego, obnażającego mechanizmy, bawiącego się konwencjami, w którym aktor podaje tekst, zamiast go odgrywać. Teatru, który nie potrzebuje ani scenografii, ani kostiumu, który jest w samym tekście przypominającym partyturę, i aktorze, jako instrumencie do wyrażenia go. Taki był „Lipiec", w którym Karolina Gruszka bawiła się słowem, kadencją, akcentem, tempem, tonem głosu. To odrealnienie spowiedzi mordercy i kanibala robiło wstrząsające wrażenie. Opowiadanie historii ze skupieniem się na melodii tekstu, jak gdyby to był koncert z elementami psychodramy, a nie spektakl teatralny, to znak rozpoznawczy Wyrypajewa.

Ale „Iluzje" nie są „Lipcem"; są tylko powtórzeniem raz zastosowanego schematu. Taka forma ma sens, gdy aktorzy szukają melodii wypowiedzi bohaterów, gdy eksperymentują ze sposobem wyrazu, ale również, gdy sam tekst jest wybitny. „Iluzje" nie są tekstem wybitnym. Są chwytliwe, chwilami zabawne, ale w gruncie rzeczy sentymentalne i banalne. Co to w końcu za odkrycie, że wszyscy ulegamy złudzeniom? Tak naprawdę przecież nie to nas konstytuuje, czy karmimy się iluzjami, czy jesteśmy apostołami prawdy, ale to, jak się wobec owych przekonań określamy.

Jednak dyskusyjna wartość artystyczna, jak i narzucające się pytanie, czy ma sens branie na warsztat tekstu o emocjach i jego programowe wychładzanie, są sprawami drugorzędnymi. Najważniejszą sprawą pozostaje to, że w „Iluzjach" Glińskiej nie ma żadnej eksperymentalnej formy, niczego odkrywczego, żadnej zabawy konwencją. Nie ma właściwie nic. Jeśli przyjmiemy, że teatr dzieje się między ludźmi – albo między bohaterami, albo pomiędzy aktorami a widzami, albo (najlepiej!) obie te rzeczy jednocześnie – to „Iluzje" Glińskiej w ogóle nie są teatrem, bo nic się w nich nie dzieje; nie ma żadnych emocjonalnych napięć. Jaki sens ma zastosowanie przez reżyserkę zabiegów - czy raczej programowe ich niezastosowanie? Jeśli celem jest wyłącznie zapoznanie widzów z tekstem, to równie dobrze można byłoby sobie go przeczytać we własnym fotelu. Jeśli opowiedzenie go – to z całym szacunkiem dla świetnych aktorów – takie banalne historyjki opowiadają nam każdego dnia znajomi z podobnym zaangażowaniem. Jeśli nowatorska forma, to niestety czegoś tuzabrakło.

W spektaklach Wyrypajewa na podstawie jego własnych tekstów jest konsekwentnie realizowana koncepcja, ale jeśli inny reżyser podaje ten tekst, niczego nie dodając od siebie, to już jest brak koncepcji. Jeśli Glińska zaangażowała świetnych aktorów: Lewandowskiego, Landowską, Ostałowską, Stroińskiego, to dlaczego nie chciała, żeby grali? Jeśli planowała podać nagi tekst, to po co ograła go muzyką na żywo? Niekonsekwencje się mnożą i budzą podejrzenie, że reżyserce zabrakło pomysłu.

Jedynie scena, w której Albert opowiada o tym, jak zażył narkotyk i pod jego wpływem poczuł miękkość świata, daje przedsmak przedstawienia, które mogłoby zaistnieć, ale nie zaistniało. A właśnie spektakl o owej miękkości świata bardzo chciałabym obejrzeć.

 

Maja Margasińska
Dziennik Teatralny Warszawa
4 lutego 2015

Książka tygodnia

Bauhaus - nauczanie/nowy człowiek
Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego
red. Małgorzata Leyko

Trailer tygodnia