(Nie)Umarli Poeci

"Stowarzyszenie Umarłych Poetów" - reż. Piotr Ratajczak - Och-Teatr w Warszawie

Gdy jako młoda nastolatka poznałam historię uczniów Akademii Weltona, coś we mnie zadrżało. To było uczucie, którego nie sposób opisać słowami. Można by je porównać do synestezyjnego ciepła na duszy. Zastanawiałam się, czy po latach, jako dorosła już osoba, znowu to poczuję.

Twórcy, decydując się na adaptację filmu z 1989 roku, napotykają wiele przeszkód. Scena poza ograniczeniem przestrzennym dla aktorów, nie daje nieskończonych możliwości pod względem scenografii. A na nią składały się dwie rampy, biurko nauczyciela oraz szkolne ławki. Dzięki takiej architekturze sceny spektakl pełen jest dynamiki i młodzieńczej lekkości. Bohaterowie przemierzają scenę wzdłuż i wszerz, maksymalnie wykorzystując rekwizyty.

Wraz z rozwojem akcji na scenie i w umysłach bohaterów panuje coraz większy nieład. Stoliki i krzesła symbolicznie przemieniały się raz w grotę, innym razem scenę albo szkołę. Ale na tym nie kończą się metafory w sztuce. Kiedy uczniowie odkrywają indiańską grotę Umarłych Poetów, światło nabiera ognistego odcienia, a chłopcy z energią podskakują do rytmicznej muzyki. Podczas nauki, nawiązując do angielskiego idiomu „be in blue" na powtarzające się ruchy uczniów padają błękitne promienie. Światło w „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów" to nadzieja, która jak świeca otacza ciepłych blaskiem, ale każda świeca kiedyś się wypala i musi zgasnąć. Nad spójnością między scenografią i światłem oraz choreografią czuwali Marcin Chlanda z Arkadiuszem Buszko.

Niekwestionowaną gwiazdą filmu „Stowarzyszenie Umarłych Poetów" jest Robin Williams, wcielający się w rolę wykładowcy języka angielskiego - Johna Keatinga. Dorównanie znakomitej kreacji Williamsa, było wielkim wyzwaniem dla reżysera i odtwórcy bohatera. Wojciech Malajkat nie popełnił błędu, którego się obawiałam - teatralny John Keating nie stał się kopią filmowego. Aktor wykreował postać jedynie wzorując się na oryginale z zachowaniem charakterystycznej charyzmy Amerykanina. W wielu scenach Malajkat przedstawia nam wiarygodną wersję Keatinga. Niestety zdarzają się momenty, w których ten obraz się rozpada, a z całości powstaje lekko niespójny i czasem zbyt infantylny człowiek, który w prawdziwym świecie byłby dla ucznia raczej obiektem żartów, niż wzorem do naśladowania.

Todd Anderson, jakiego znam to zamknięty w sobie, ale wyraźny chłopiec. W adaptacji Piotra Ratajczaka Todd grany przez Adriana Brząkałę znika w tłumie. Jego nieśmiałość jest znacznie przerysowana i odbiera prawdziwość postaci. Pod koniec widowiska Todd przełamuje swoje wewnętrzne blokady i zaczyna zachowywać się bardziej naturalnie, ludzko. Jest to dobry krok w kierunku urealnienia Andersona, lecz postawiony zbyt późno i z poślizgnięciem.

Spośród kandydatów Stowarzyszenia najbardziej spodobała mi się gra aktorska Macieja Musiałowskiego (Neil Perry) oraz Jędrzeja Wieleckiego (Richard Cameron). Aktorzy niezwykle trafnie zinterpretowali postacie przyszłego studenta medycyny i klasowego pupila. Musiałowski zaczarował publiczność przede wszystkim rolą Puka w szkolnym przedstawieniu oraz sceną samobójstwa. Wielicki niejednokrotnie rozbawił wnioskami pilnego Camerona. Aleksander Sosiński, wcielający się w Stevena Meeksa, pomimo drobnego incydentu na scenie świetnie wybronił się uśmiechem i pomysłową improwizacją. Radomir Rospondek, grający zakochanego po uszy w Chris (Weronika Łukaszewska) Knoxa pomimo, że nie miał okazji pojawić się w tak wielu scenach, jak jego filmowy odpowiednik, świetnie przedstawił widzom Overstreeta, a nawet dodał mu dojrzałości.

„Stowarzyszenie Umarłych Poetów", by zyskać na aktualności, zostało wzbogacone pierwiastkiem slangu oraz uwspółcześnieniem strojów z jednoczesnym zachowaniem wierności oryginałowi. Kostiumy postaci były żywe i naturalne, a oglądając spektakl można odnieść wrażenie, że aktorzy naprawdę są w wieku licealnym.

Teatralna wersja filmu Petera Weira co prawda nie zachwyciła mnie tak, jak oryginał, jednak zawiera elementy, które sprawiają, że „coś w sobie ma". Przewagą sztuki są symbole, które mogą zaistnieć tylko na deskach teatru. Chociażby dla nich warto zobaczyć „Stowarzyszenie Umarłych Poetów" w reżyserii Piotra Ratajczaka.

Beata Zwierzyńska
Dziennik Teatralny
19 października 2020

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia