Nie wierzę w teatr bez widowni

rozmowa z Krzysztofem Babickim

- "Po trzech latach dyrekcji artystycznej w Gdańsku obiecywałem sobie, że już nigdy więcej. Nie ma to, jak być wolnym reżyserem i chyba ten okres (1994-2000) w moim życiu był czasem największej wolności zawodowej. Do dzisiaj próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie: jak to się stało, że zdecydowałem się na objęcie tej funkcji Lublinie?" - opowiada Krzysztof Babicki.

Gdańszczanin czy lublinianin?

Gdańszczanin. Tam się urodziłem, byłem na etacie w Teatrze Wybrzeże ponad dwadzieścia lat, tam mieszka prawie cała moja rodzina. Mój ojciec skończył osiemdziesiątkę - i chcę być bliżej niego. Gdańszczanin - ale kawał życia zostawiłem w Lublinie i będę za nim bardzo tęsknił. Ze względu na kresowe pochodzenie moich rodziców (ze Lwowa i Wilna) wydawał mi się on miastem ciepłym, bardzo tajemniczym, ale i magicznym. Pamiętam, że w latach 80. starówka była jeszcze bardzo mocno zrujnowana. Lublin znałem już wcześniej, bo jeszcze jako student polonistyki w Gdańsku prowadziłem teatr "Jedynka" i przyjechałem na Konfrontacje Młodego Teatru w 1979 r. i 1980 r. Tu poznałem moją żonę Monikę i tu urodziła się moja najmłodsza córka. Stworzył się też krąg przyjaciół moich i teatru - to nie są ludzie zawodowo związani ze sztuką czy mediami. Do nich na pewno będę wracał i sam liczę na odwiedziny. Także z tych względów nie potrafię oderwać się od Lublina.

Oba miasta uczestniczą w konkursie o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 - któremu z nich pan kibicuje?

Według mnie Lublin ze swoim położeniem i duszą ma znacznie większą szansę na to, żeby zostać ESK i tego mu życzę. Gdańsk ma EURO i niech tym się zajmie, a Lublinowi należy się tytuł.

Czy Teatr im. J. Osterwy włączał się w lubelskie starania?

Teatr zaangażował się kilka lat temu: ze względu na starania o tytuł ESK zdecydowałem się wprowadzić wątki lubelskie do naszej działalności. Zaczęła to "Sarmacja", sztuka o Lublinie z czasów pierwszej Rzeczpospolitej. Druga pozycja to "Widnokrąg" Myśliwskiego, absolwenta KUL i wielkiego pisarza. Potem zamówiliśmy sztukę u lubelskiej autorki bajek dla dzieci ["O dwóch krasnoludkach i końcu świata" Grażyny Lutosławskiej], nawiązaliśmy współpracę z Teatrem NN, który mógł mieć tutaj swoją premierę. Zaprosiliśmy Leszka Mądzika, aby w "Makbecie" zderzyć jego osobną wizję teatru z warunkami teatru repertuarowego. Zamknięciem tego lubelskiego cyklu była sztuka Pawła Huelle o Kazimierzu i geniuszu tego miejsca ["Zamknęły się oczy ziemi"], gdzie na scenie pojawiła się postać wybitnego lubelskiego poety Józefa Czechowicza. Proszę natomiast spojrzeć na pierwszą wersję aplikacji Lublina, gdzie nie wspomniano o Teatrze Osterwy, nie ma nawet zdjęcia budynku. Chociażby się programowo negowało nasz repertuarowy "nudny" teatr, należałoby oddać słuszność jego siedzibie. Spuszczam zasłonę milczenia, na tych, których nie było na to stać.

Jak wspomina pan początki w Lublinie? Pytam o refleksje związane z zespołem Teatru im. Juliusza Osterwy, jak i samym miastem.


Po trzech latach dyrekcji artystycznej w Gdańsku obiecywałem sobie, że już nigdy więcej. Nie ma to, jak być wolnym reżyserem i chyba ten okres (1994-2000) w moim życiu był czasem największej wolności zawodowej. Reżyserowałem w różnych teatrach nie tylko w Polsce (pracowałem w Finlandii, Holandii czy Korei Południowej). Do dzisiaj próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie: jak to się stało, że zdecydowałem się na objęcie tej funkcji Lublinie? Podjąłem wyzwanie. W 1999 roku na zaproszenie Cezarego Karpińskiego, ówczesnego dyrektora Teatru, przygotowałem "Arkadię" Toma Stopparda. Poznałem zespół, który wydał mi się nobliwym - najmłodszy aktor miał czterdzieści lat. Jestem daleki od stanowiska "Młodzi mają rację", jednak teatr potrzebuje pokoleniowości, a tu brakowało najmłodszych. Angażowałem świeżo upieczonych absolwentów, a jednocześnie udało mi się ściągnąć aktorów z emerytury - m.in. Romana Kruczkowskiego. Pojawiła się ogromna rozpiętość wiekowa - od dwudziestolatków po osoby siedemdziesięcioletnie. Uważam za najwspanialszą rzecz w teatrze to, że mogą się w nim spotykać pokolenia i mówić o sprawach, które interesują wszystkich, ale każdy proponuje zupełnie inne mechanizmy analizy rzeczywistości czy postaci. Doświadczenia z prób, kiedy ci ludzie rozmawiali i spierali się były inspirujące.

W jednym wywiadów powiedział pan, że Lublin dał panu w kość - co to oznacza?

Być może za szybko chciałem osiągnąć pewne rzeczy. Byłem zdezorientowany: dwie prapremiery i nie ma cudu - publiczność nie ruszyła do teatru? Zaczęliśmy bowiem nonszalancko, tekstami jak "Diabelskie nasienie" Ivo Brešana i "Kąpielisko Ostrów" Paweła Huellego. Okazało się, że widownia lubelska chodzi niechętnie na literaturę współczesną. Kolejne: "Damy i huzary", "Poskromienie złośnicy" przyciągały powoli publiczność - przypomnę, że zaczynałem od frekwencji na poziomie 40 procent. Po pierwszym roku miałem dosyć. Pytałem siebie: po co mi to w ogóle potrzebne? Postanowiłem w tej kwestii nie ustępować: w ciągu jedenastu sezonów przygotowaliśmy jedenaście prapremier. Po trzech latach mogliśmy się już cieszyć 60-procentową frekwencją. "Arkadia" miała problemy ze zgromadzeniem widowni, a jeszcze niedawno spektakl wg tekstu tego samego autora - "Rock\'n\'roll" Stopparda zagraliśmy czterdzieści razy i gdyby nie skończyła się licencja, moglibyśmy kontynuować. Frekwencja obecnie oscyluje na poziomie 90 procent. Ta frekwencyjna statystyka jest jedną z najbardziej uczciwych w teatrze polskim. Teatry podając średnią widownię wliczają w to wszystkie sceny. Wygląda to następująco: na dużej scenie sześć razy jest grane przedstawienie festiwalowe, podczas gdy na małej scenie hula "Mayday", "Okno na parlament" itp. napędzając statystyki. My nie mamy takiej furtki. Te 90 procent wypracowała u nas duża scena. Jestem reżyserem, który nie wierzy w teatr repertuarowy bez widowni. Tak jest w całej Europie - każdy musi się z tego rozliczyć - (i mam nadzieję, że to będzie pierwsza oznaka normalizacji w naszym kraju). Mam nadzieję, że w przyszłości nastąpi wyraźny rozdział alternatywy od profesjonalnego teatru repertuarowego. Dziś mamy do czynienia z magmą: nie wiadomo, gdzie się kończy teatr amatorski czy poststudencki, a gdzie zaczyna zawodowstwo.

Czego będzie panu brakowało po wyjeździe z Lublina?


Będę żałował wspaniałej widowni. Nagrodą za naszą pracę jest powstanie ewenementu, którym nie może poszczycić się żaden z teatrów w Polsce - Akademickiego Koła Miłośników Teatru im. Juliusza Osterwy, które liczy ponad trzystu członków. Rozstanie z nim wzbudza mój żal i najchętniej zabrałbym ich wszystkich ze sobą. Zostają nawet po bardzo długich spektaklach i chce im się rozmawiać z reżyserem, aktorami. My twórcy mamy prawo realizować takie spektakle, jakie nam się podobają, państwo recenzenci macie prawo je schlastać albo wynieść pod niebiosa, ale rację przede wszystkim przyznaje widownia. Nie mówię oczywiście o schlebianiu publice, bo to są dwie różne sprawy. Nie przypuszczałem, że środowisko studenckie, które chce przychodzić do teatru, tak mocno rozwinie się w Lublinie. Często po zamknięciu szliśmy rozmawiać do miasta, bo zadawali te pytania, które nie padły na etapie prób.

Czy te komentarze bywały wskazówką w pracy?


Tak. Nawet jeśli jest dotyczą premiery innego reżysera, to ja siadam na drugim balkonie i słucham, bo dla mnie takie zderzenie z myśleniem ludzi dwudziestokilkuletnich stanowi przygodę. Premiery studenckie, w których szczególnie licznie uczestniczą członkowie Koła, wprowadziłem do Osterwy z własnego przyzwyczajenia, bo jako licealista i student chodziłem na takie. W tej chwili trudno się na nie dostać. Młodzi przychodzą na "Widnokrąg" i oglądają opowieść o życiu, które toczyło się w bardzo trudnym czasie, a jednocześnie ma wymiar metaforyczny. Ci ludzie zastanawiają się, jak w tej historii odbić swoje losy, które współcześnie kształtują się w innej rzeczywistości politycznej. Dla mnie to już jest więcej niż teatr - tu wkracza nie teatralny, czyli sztuczny świat, ale prawdziwe życie.

Od przedstawicielek tego Koła dowiedziałam się, że pojawił się pomysł na czytelnię dramatu w Teatrze im. J. Osterwy, który jednak ostatecznie nie został zrealizowany. Z jakich powodów?

Przyczyna tkwi w braku małej sceny. W naszej koncepcji miała być ona przeznaczona głównie dla młodego dramatu i reżyserów i funkcjonowała jako alternatywa dla dużej sceny. Dostałem mnóstwo obietnic jej powstania "za rok". To nie powinien być problem, bo do dyspozycji mamy piękną przestrzeń filharmonii - potrzeba jednak kilka milionów do jej przystosowania dla potrzeb teatru. Wierzę, że uda się to mojemu następcy i dyrektorowi Torończykowi w najbliższej przyszłości. Teatr mógłby odetchnąć drugim płucem.

Jakie są szansę na to, że tak się stanie?

Nie trzeba niczego budować od początku, to kwestia remontu. Pieniądze, które przeznaczono na odnowę głównego budynku, Bogdanka ofiarowała z myślą o dużej scenie. Brak małej sceny to wstyd, bo jesteśmy jedynym wojewódzkim miastem bez niej. Przez wszystkie lata z każdą kolejną władzą próbowałem rozmawiać na ten temat. Składałem kilka pism w tej sprawie - nie dostawałem odmów, ale obietnice na przyszłość. Teraz petycję wystosowało Akademickie Koło Miłośników Teatru, zobaczymy, jaki będzie odzew.

Co z w Lublinie zostawia pan bez żalu?

Irytowało mnie w Lublinie to, że ludzie urodzeni tutaj bardzo źle mówią o swoim mieście. Wielu rdzennych lublinian musiałem przekonywać, że to miasto z duszą, a takim budynkiem teatralnym może się poszczycić chyba tylko Kraków z gmachem Teatru im. J. Słowackiego. W Lublinie istnieje pewne kłamstwo teatralne: zatarły się granice pomiędzy tym, co jest teatrem alternatywnym, a teatrem profesjonalnym. Amatorzy nazwali się alternatywą i udają zawodowców - tak uważam. Miasto stać na to i daje im fundusze na kolejne festiwale. Współpracowaliśmy z Centrum Kultury, udostępniając nasz teatr przy tych okazjach. Zadawałem sobie pytanie, czy to naprawdę jest niezbędne Lublinowi. Darzę sentymentem ten rodzaj teatru (sam wyszedłem z ruchu studenckiego), jednak to niedopuszczalne, że w ten sam sposób traktuje się teatr, który z powodów finansowych musi zagrać minimum trzydzieści razy spektakl i zespoły, które grają w mieście trzy razy. Tutaj wkłada się nas do jednego worka z napisem "teatry lubelskie", co jest nieuczciwe. Miałem poczucie pewnego przekłamania w tej sprawie.

Czy nie jest jednak tak, że w skali kraju Lublin rozpoznawany jest dzięki zespołom tworzącym Teatr Centralny?

Być może tak, ale te grupy w Lublinie grają zaledwie kilka małoobsadowych przedstawień, dlatego łatwo je przewieźć do innego miejsca. W moim teatrze mam nałożony przez Urząd Marszałkowski obowiązek zagrania w sezonie 190 przedstawień. Bez małej sceny nie mam żadnej możliwości wysyłania przedstawień poza Lublin, mimo wielu zaproszeń. Tu nie chodzi o wyścigi pomiędzy nami, a teatrami zrzeszonymi w Centrum Kultury. Mówiąc tekstem Jacka Kaczmarskiego: "byle nie zatrzeć granic". Myślę, że zaciera się je często cynicznie i to mi bardzo przeszkadzało w Lublinie.

Czy nie brał pan pod uwagę wyprodukowania przedstawień małoobsadowych na dużą scenę?

Proszę sobie wyobrazić sytuację, że z zespołu prawie trzydziestoosobowego grają dwie osoby - za co mam płacić pozostałym? To bardzo dwuznaczne. Bywały takie próby - np. dwa lata temu gościliśmy "Singera" Teatru NN. Były też innego typu wydarzenia - promocje książek, spotkania z poetami. Nie mogę ułatwiać sobie pracy, obsadzając 2-3 osoby. Poza tym: byłoby to ostateczne pozbawienie nas możliwości posiadania małej sceny: "skoro dali sobie radę na dużej scenie, po co im mała?". Mimo mojego odejścia, życzę drugiej sceny temu Teatrowi. To moje wielkie, ale niezrealizowane marzenie.

Czyli znów przesądzają względy ekonomiczne?

Trudno mi to komentować. Skoro jednak są pieniądze na gigantyczny budynek tzw. Teatru w Budowie w moim odczuciu kompletnie niepotrzebny w tym rozmiarze. Jeżeli ktoś opowiada o stworzeniu opery w Lublinie, to sam nie ma pojęcia o jej utrzymaniu. O koszty wystarczy spytać dyrektora Torończyka, który był dyrektorem Opery Narodowej w Warszawie. Myślę, że pieniądze na małą scenę powinny się znaleźć przede wszystkim z tego względu, że przydałaby się miastu bardziej niż opera. To mój subiektywny punkt widzenia, być może bardzo egoistyczny.

W pana wypowiedziach często pojawiają się słowa widz, publiczność, frekwencja... Wzrost liczby widzów z 40 do 90 procent sugeruje, że znaczną część publiczności to pan podczas swojej dyrekcji przyciągnął i wychowywał...

Osobiście tak nie myślę, to byłaby uzurpacja. Wychowawcą nie jestem ja, ale autorzy, których tu wystawiamy. Nie miałem nigdy ciągotek dydaktycznych. Kiedy w zespole pojawili się młodzi aktorzy, odmłodziła się również widownia - ludzie mają swoich aktorów, których chcą oglądać. Myślę, że jest wiele kobiet i dziewczyn, które przychodzą oglądać Sędrowskiego, Olchawę, Roznerskiego. Według mnie nie ma w tym niczego złego. Nie rozumiem, czemu dziś tak wielu recenzentów krzywi się na teatr gwiazd. Dla mnie jako twórcy liczą się autor i aktor. Jestem temu wierny, sam pragnę zobaczyć na scenie tych, a nie innych wykonawców. Nasza publiczność przychodzi na konkretnych aktorów - zależnie od pokolenia odbiorców. To jedność w wielości, bo przecież profesjonalizm Jerzego Rogalskiego jest tak duży, jak Olchawy, ale to są różne adresy, jeśli chodzi o widza.

Istnieje jednak coś takiego, jak specyfika publiczności danego teatru. Zmierzam do tego by spytać, kim jest widz Osterwy?

Znajdujemy się na pozycji jedynego teatru dramatycznego w mieście - sytuacja wygląda więc inaczej, niż w Warszawie, gdzie widz ma wybór. Tutaj tylko u nas widz może zobaczyć sztuki Szekspira, czy Woody\'ego Allen w dwudziestoosobowej obsadzie. Teatr jest nieprzewidywalny - im dłużej pracuję w teatrze, tym lepiej wiem, że trudno być wróżką i przewidzieć, jaki tytuł przyciągnie widza.

Myśli pan o tym, kogo przyciągnie? Czy widz jest po prostu widzem bez klasyfikowania?

Często zastanawiam się, jaki jest adres danej sztuki. "Legoland" to propozycja dla innych osób, niż publiczność komedii szekspirowskich. Ci, którzy wybrali się na "Zbrodnię i karę", niekoniecznie obejrzą "Niewolnice z Pipidówki". Wymarzoną sytuacją jest, gdy publiczność chce oglądać wszystko, co wystawia teatr. Często przyglądam się z widowni i zauważam jej różnorodność, co wpływa też na inny odbiór tych samych spektakli. W ostatni weekend trzykrotnie graliśmy "Zamknęły się oczy ziemi" - gdyby zamknąć oczy i zaufać reakcjom widowni, mielibyśmy poczucie, że są to trzy zupełnie inne przedstawienia. Reakcje bywają zaskakujące i aktorom ciężko grać jest przy chichoczącej widowni, podczas gdy sami nie mają poczucia, że są to sceny komediowe.

Jak ocenia pan poziom zespołu, który zostawia Arturowi Tyszkiewiczowi?


Uważam, że to bardzo dobry, zdyscyplinowany i pracowity zespół. Miałem udział w tym dyscyplinowaniu, bo starałem się być przyjazny, a jednocześnie prowadzić go twardą ręką. Kilkoro aktorów zwolniłem za rzeczy, jakie nie powinny się pojawiać w teatrze. Nowy dyrektor przyjmie pięciu nowych aktorów, czyli wypełni lukę, która powstanie po odejściu Agaty Moszumańskiej, Moniki Babickiej, Szymona Sędrowskiego, Andrzeja Redosza i Mikołaja Roznerskiego. Przez pierwsze dwa miesiące będziemy współpracować, tak aby w jednym i drugim teatrze przejść przez okres zmian bez szkody dla repertuaru i jego obsady.

Udało się odmłodzić zespół, przygotowywana na przyszły rok premiera kolejnego tekstu Mateusza Pakuły jest dowodem wprowadzenia najnowszej dramaturgii na scenę Osterwy, ale brak przykładów współpracy z młodymi reżyserami.

Kempinsky jest młodym reżyserem. O ile cenię różnorodność pokoleniową wśród aktorów, to nie dzielę reżyserów na starych i młodych. Pewne role są przeznaczone dla wykonawców w określonym wieku. Oddać scenę debiutantom to ryzyko, które mógłbym podjąć, mając małą scenę. Do planowanej realizacji dramatu Pakuły zaangażowałem dwudziestosześcioletnią Eve Rysovą - w Teatrze Starym w Krakowie widziałem jej przedstawienie "12 stacji" wg poematu Różyckiego, które mnie zachwyciło. Często mój prywatny ranking jest zupełnie inny od obowiązującego i modnego. Bardzo sobie cenię wszystkich reżyserów, którzy się tu przewinęli - Tadeusza Bradeckiego, Annę Augustynowicz, Eugeniusza Korina, Grzegorza Kempinsky\'ego, Bogdana Toszę. Uważam za bardzo ważną sprawę, że Mateusz Pakuła ma teatr dla którego może tworzyć sztuki - mocno wierzę w tego autora, za parę lat będzie czołowym nazwiskiem współczesnego dramatu.

Może młody reżyser trafiłby do nowego odbiorcy?

Myślę, że tak. Z drugiej jednak strony: widzę, co tzw. "młodzi reżyserzy" robią w Teatrze Centralnym i wiem, że wszystko jest tam pokazywane tylko kilka razy. Nie słyszę o tłumach przy kasach.

Myślę, że wynika to z czego innego: mniejszej świadomości lublinian, co do istnienia tej instytucji, niż w przypadku Osterwy.

Mieszkańcy miasta, mając tego typu repertuar u nas w postaci "Legolandu", odwrócili się od niego. Nie jestem przeciwnikiem Teatru Centralnego: ich działalność jest tym, co mógłbym robić mając małą scenę. W teatrze nie wszystko musi być kasowe, ale w przypadku jednej sceny na 320 miejsc nie mówimy o ryzyku, tylko idiotyzmie dyrektora, który decyduje się na tego typu projekty, narażając teatr na straty.

Gdyby miał pan sam w skrócie podsumować swoje sukcesy i porażki, co by pan wymienił?

Właściwie robimy to w trakcie całej naszej rozmowy. Brak małej sceny to moja wielka porażka. Może powinienem na początku dać twardsze warunki, żeby osiągnąć ten cel. Jej posiadanie wpłynęłoby na repertuar i oblicze teatru byłoby pełniejsze. Jeśli chodzi o sukces, to życzyłbym wielu teatrom w Polsce posiadania takiej frekwencji. Nie zagraliśmy żadnej farsy - jeżeli były komedie, to Bałuckiego, Moliera, Szekspira, Allena. Mieliśmy także jedenaście prapremier. Jednocześnie udało nam się utrzymywać wysoką frekwencję i mam nadzieję, że to pozostanie bez zmian.

Pana plany związane z Gdynią?

Miałem poczucie, że już za długo jestem w Lublinie. Po dziesięciu latach tutaj myślałem: "Jeszcze rok i wrócę do zawodu wolnego reżysera, który odpowiada mi najbardziej". Po propozycji prezydenta Szczurka zmieniłem zdanie. Pokusę stanowił również projekt nowego teatru w Gdyni. Właśnie w takim budynku chciałbym zakończyć za dziesięć lat karierę dyrekcyjną: jest otwarty na morze, Skwer Kościuszki, przed nim rzeźba Mitoraja... Nim jednak to nastąpi, czeka mnie kilka lat pracy w obecnym budynku. Oglądając w sobotni wieczór przedstawienie pytałem siebie: co będzie o tej porze za rok? Będę w gdyńskim teatrze, budowa nowej siedziby dla niego dopiero się rozpoczyna i będzie gotowa za około cztery lata. Obecny gmach nadaje się jedynie do remontu. Wyzwanie jest większe niż tutaj, bo tam trzeba zająć się teatrem z 18-procentową frekwencją - podjąłem je, ale dopiero teraz to do mnie dochodzi. Będąc w Gdyni nie mogłem zobaczyć przedstawień, które chciałem - odwołano je, bo sprzedano tylko trzy bilety. To obrazuje sytuację w całym teatrze polskim: te spektakle w odbiorze festiwalowym czy prasowym były dobrze przyjmowane, ale widzowie zareagowali na nie inaczej. Nie moim zadaniem jest oceniać pracę poprzednika - to zamknięty okres. Dziennikarze pytali mnie, co zostawię z dotychczasowego repertuaru. Odpowiedziałem: to, co ma realne szanse na sprzedaż, nie zostawię przedstawień, na które kupowano kilka biletów. Sam natomiast zacznę od nowej wersji "Rock\'n\'rolla", w której więcej będzie polskich, także trójmiejskich, akcentów. Na razie skończyłem kompletować zespół - udało mi się pozyskać jednego z najlepszych moim zdaniem aktorów Teatru Wybrzeże: Dariusza Szymaniaka laureata wielu nagród. Pozyskałem dla Teatru Miejskiego w Gdyni młodych, znakomitych aktorów ze Śląska: Martę Kadłub i Macieja Wiznera i oczywiście wspomnianą czwórkę aktorów z Teatru Osterwy.

Czy zna pan plany Artura Tyszkiewicza?


Zaplanowałem premierę "Iwony, księżniczki Burgunda" , bo chciałem, aby ekipa twórców "Widnokręgu" przygotowała Gombrowicza - chociaż z tym autorem mamy akurat złe doświadczenia frekwencyjne. Dyrektor Tyszkiewicz popiera ten pomysł całkowicie, podobnie jak inscenizację sztuki napisaną przez Mateusza Pakułę specjalnie dla naszego teatru. Premiery planowane są na grudzień i luty.

Katarzyna Piwońska
ZOOM Lubelski informator kulturalny
1 lipca 2011

Książka tygodnia

Kwiatkowska. Żarty się skończyły
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marcin Wilk

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...