Nie wszędzie tak jest

"Pacjent" - 11. Letni Ogród Teatralny Katowice

Rok przed śmiercią Jacek Kaczmarski mówił: "Były (...) sytuacje humorystyczne, które pomagały mi uzyskać dystans do własnej choroby, czyli kontakt z polską służbą zdrowia (...). To wszystko spisuję i myślę o (...) książce. Jeden z moich ulubionych pisarzy - Joseph Heller (...) - gdy był ciężko chory, napisał "Nie ma się z czego śmiać". Jego dotknęła szalenie rzadka choroba, której nazwy nie pamiętam.

Opisał to z typowo żydowskim humorem i dystansem, ale jednak bardzo realistycznie. Zobaczę, czy z moich doświadczeń coś takiego może powstać. Ponieważ długo mieszkałem na Zachodzie, denerwują mnie rzeczy, których polski pacjent nawet nie zauważa, a nawet jak zauważa, to macha ręką dla świętego spokoju. Na przykład że nieosłonięta strzykawka położona jest na brudnym blacie, że jakiś papier się nie zgadza, itp., itd.”.  

W „Moich przypadkach z medycyną” – szkicu powieści satyrycznej – poeta pisał o tym, jak przed pobraniem wycinka z gardła w jednym z gdańskich szpitali zażądano od niego podpisania oświadczenia, że nie zgłasza pretensji za ewentualne wyłamanie zębów podczas zabiegu. Mimo, iż lekarze wiedzieli, że nie może jeść, codziennie przynoszono mu suchy chleb, zmarznięte masło, ziemniaki, a jako najważniejsze lekarstwo zapisywano mu… duże pigułki do łykania. Prawa do książki, zatytułowanej „Rak”, zostały wykupione przez jedno z polskich wydawnictw jeszcze w trakcie jej powstawania, ale powieść do tej pory się nie ukazała.  

 „Spotkania z nożem” Mirona Białoszewskiego nie miały wprawdzie cech horroru rodem z wierszy Gottfrieda Benna, ale było równie brutalnym i bezlitosnym opisem. Poeta wspominał o siedzącym na korytarzu i jęczącym z bólu „piżamowcu” (brak zastrzyków przeciwbólowych), zgonie Pułkownika wskutek komplikacji po usunięciu pęcherza, niepewności, czy da się jeszcze normalnie oddawać mocz i spacerach „ze zwojami rurek aż pod biodro piżamy”. Pielęgniarka w izbie przyjęć mówiła „łóżko się suszy / przecież całe na koniec zlał”, inna dodawała, że urok prostaty polega na tym, że boli, a Miron – oddający przed operacją portfel i zegarek – kojarzy mi się z Hłaską, który w „Pięknych dwudziestoletnich” opisywał swoją „wizytę” w Pałacu Mostowskich.  

Autor „Pacjenta” w rozmowie z Izą Nataszą Czapską wspominał: „(…) opiera się na moich dramatycznych wspomnieniach ze Szpitala Praskiego, w którym przeleżałem nieruchomo dwa tygodnie. Podnosiłem się tylko na widok kaczki. To, co się działo, opisywałem w zeszyciku skrupulatnie dzień po dniu. Każdy przynajmniej raz odwiedzał kogoś w szpitalu albo sam w nim leżał, więc mniej więcej może sobie wyobrazić, jak wygląda doba w takim miejscu. Sposób, w jaki personel zwraca się do pacjentów, warunki, w jakich się dochodzi do zdrowia. (…) Zraniłem się w łydkę kawałkiem rozbitej antyramy. Na ostrym dyżurze zaszyto mi ranę, nie usuwając szkła. (…) Kiedy wreszcie lekarze zorientowali się w czym rzecz, groziła mi już amputacja nogi”.

Właśnie - każdy przynajmniej raz przebywał w szpitalu. W związku z tym każdy z oglądających sobotni monodram mógłby napisać podobny tekst. 10 lat temu leżałem w szpitalu w Rabce pod kroplówką, mając świadomość, że jeśli to nie poskutkuje, trafię na stół operacyjny. Z oddziału reumatologii w Klimontowie pamiętam pobudki o szóstej rano, by zmierzyć temperaturę, potwornie słodką herbatę do śniadania, badanie densytometryczne i całkiem sympatyczne towarzystwo rówieśników płci obojga. Koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o pobycie na rehabilitacji (w celu podreperowania kręgosłupa) i bezcennych doświadczeniach, zdobytych w poczekalniach poradni alergologicznych (w oczekiwaniu na spirometrię). W tekście Sajnuka bohatera otacza złośliwy personel i sympatyczni towarzysze niedoli – w moim przypadku było odwrotnie. Lekarze i pielęgniarki serdeczni, a dużo starsi ode mnie pacjenci nocą inhalujący mnie nikotyną.  

15 sierpnia Arkadiusz Wrzesień musiał walczyć z klaksonami samochodów, płatającym figle mikroportem, dzwoniącym na widowni telefonem komórkowym, upadającą na beton butelką i nierównym tekstem. Z potyczki wyszedł zwycięsko, potwierdzając tym samym, że jest świetnym aktorem. Znakomicie umiał zaakcentować pojawiające się między jednym a drugim śmieszkiem momenty refleksyjne – opowieść o śnie, babci i kiwi na kaloryferze czy rozmowę z 84-letnim, chorym na cukrzycę panem Franciszkiem, który – mimo, iż chodzi do kościoła – jest zwolennikiem eutanazji („zastrzyk w dupę i na śmietnik”). Autor monodramu bardzo mile zaskoczył mnie cytatami z „Kuracjusza” Hessego. Nie zmienia to faktu, że wspomniane momenty są w „Pacjencie” rzadkością. Większość tekstu wypełnia przerysowana wizja szpitala, w którym ochroniarz z wózkiem inwalidzkim zmierza w stronę rannego Adama spacerkiem, pielęgniarki to bekające babochłopy, które nawet nie podadzą choremu szklanki wody, a każdy jak mantrę powtarza: szpital to nie więzienie, nikt tu pana siłą nie trzyma. I po co to wszystko tak gęsto przetykane „kurwami”? W pewnym momencie nagromadzenie wulgaryzmów zaczyna po prostu śmieszyć (monolog przedstawiciela praskiego marginesu), ale przez większość spektaklu zwyczajnie nudzi. Warto jednak zaznaczyć, że w przedstawieniu nie widzimy zestawienia: upiorny Szpital Praski – cudowny świat zewnętrzny. Zapełniający korytarze molocha „poczciwi ludzie” (których jednak Adam jakoś nie polubił) niczym nie różnią się od portiera w teatrze, który na widok fontanny krwi, tryskającej z nogi bohatera stwierdza „Pan Adaś się skaleczył” albo Agaty, która po odwiedzinach u swojego chłopaka idzie ze znajomymi na piwo.  

Tak więc naprawdę zabawne fragmenty (Adam, obudzony przez księdza) sąsiadują z chwytami, które bywalcy Korezu znają od dawna (bohater przemieszcza się między rzędami, ktoś z publiczności zostaje wprowadzony w przestrzeń sceny). Zbyt dużo w tekście groteski – przykładem opowieść o oknie z 30-procentową widocznością lub prześwietleniu zdrowej nogi. Nawet jeśli „poczciwi ludzie” z Praskiego Szpitala – „młody Judym”, „retro – bródka” i inni – okazali się tak kiepskim personelem, to zapewniam autora – który miał zamiar stworzyć uniwersalną opowieść – że nie wszędzie tak jest. Niesmak po przyjęciu ze sceny zbyt dużej dawki sarkazmu łagodzi finał, podczas którego zapalają się otaczające bohatera żarówki, on sam w końcu je upragnione kiwi, a z głośników słuchać śpiew Oli Bilińskiej, która w niezwykle przebojowej piosence zapewnia nas po niemiecku (piękny akcent), że obejrzany przed chwilą spektakl wcale nie był kabaretowy.

Tomasz Klauza
Dziennik Teatralny Katowice
19 sierpnia 2009

Książka tygodnia

Zero zahamowań
Wydawnictwo: Agora
Michał Rusinek

Trailer tygodnia

8. Festiwal Teatru Ukr...
Nadiia Moroz-Olshanska
Sztuka jest niezbędną częścią życia...