Nie znoszę rywalizacji

rozmowa z aktorką Renatą Dancewicz

Rozmowa z aktorką Renatą Dancewicz

MAREK PALKA: Utrzymujesz, że nie jesteś aktorką z powołania. Dlaczego?

RENATA DANCEWICZ: Jak do tej pory nie jestem pewna, czy powinnam nią zostać. Nie należę do osób, które bardzo chcą występować i czerpią ogromną przyjemność z tego, że się na nie patrzy... Trochę się wstydzę i nie zawsze się z tym dobrze czuję. Aktorką zostałam trochę na przekór, kiedy po trzecim semestrze zostałam relegowana z łódzkiej szkoły teatralnej przez ówczesnego dziekana Jana Machulskiego. Stwierdziłam, że nie on będzie decydował o moim życiu i o tym, czy się do tego zawodu nadaję. Pojechałam więc do teatru w Wałbrzychu, prowadzonego wówczas przez Wowo Bielickiego, gdzie spędziłam urocze dwa lata, grając główne role m.in. w "Dwojgu na huśtawce" i w "Smaku miodu". A następnie zdałam egzamin eksternistyczny przed komisją, której przewodniczył Kazimierz Kaczor.

MP: A kiedy narodził się pomysł, żeby wybrać ten, a nie inny zawód?

RD: W liceum, kiedy to pod okiem naszej polonistki wystąpiłam jako Klara w "Ślubach panieńskich", a nawet ten spektakl wyreżyserowałam. Mieliśmy prawdziwe kostiumy, wypożyczone z teatru w Legnicy. Wtedy postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej. Moja ukochana babcia Franciszka była przeciwna temu wyborowi, główną przeszkodę upatrując w tym, że trzeba się całować z obcymi facetami. Zresztą kiedyś po jednej z moich rozbieranych ról poszła do spowiedzi i zapytała księdza, czy to, co ja robię w filmie, to jest grzech. Usłyszała, że tak. Na to babcia, która była szalenie religijna osobą, miała odpowiedzieć: "Ale proszę księdza, to jest praca, a nie rozpusta!" Babcia była jedną z najważniejszych osób w moim życiu.

MP: Jest coś wzruszającego w tym, kiedy mówisz o swoich aktorskich fascynacjach. Na przykład o Kalinie Jędrusik...

RD: Kalina Jędrusik zostawiła po sobie pewien niedosyt. Była to niewątpliwie aktorka niedoceniona za życia. Polska kinematografia nie potrafiła wykorzystać wszystkich jej talentów i predyspozycji. Wydaje mi się, że tym bardziej jest w naszej pamięci im - paradoksalnie - mniej się w zawodzie aktorskim zrealizowała. Towarzyszy jej osobie pewien motyw niedokończenia, niedosytu. Kalina znana była między innymi z braku pokory i z... zamiłowania do przekleństw, a słyszałam, że robiła to z nieporównywalnym wdziękiem.

MP: A inne wzorce aktorstwa?

RD: Jak wiesz, ja jestem w ogóle dosyć staromodna. Najmilej kojarzą mi się lata 60. Wydaje mi się, że najchętniej żyłabym w tamtych czasach. A więc i aktorki oraz filmy z tamtych lat bliskie są memu sercu: Monica Vitti, Sofia Loren, Julie Christie. Bardzo lubię filmy Carlosa Saury, które realizował w latach 60. i 70. razem ze swoją ówczesną żoną Geraldin Chaplin. Z filmu "Nakarmić kruki" pochodzi zresztą moja ulubiona piosenka.

MP: Rozgłos, a co za tym idzie następne propozycje filmowe, przyniosła ci główna rola w "Diabelskiej edukacji" Janusza Majewskiego. Film z cyklu "Opowieści erotycznych"...

RD: Chcesz powiedzieć, że ten rozgłos wiązał się przede wszystkim z faktem, że te opowieści były erotyczne? Moja praca w filmie zaczęła się wprawdzie od epizodu w "Samowolce" Feliksa Falka, ale to rzeczywiście udział w filmie Janusza Majewskiego spowodował zainteresowanie moją osobą. To była produkcja międzynarodowa. Najpierw obsadę musiał zatwierdzić producent polski, potem niemiecki, a jeszcze potem amerykański. Ja w tym czasie biłam się z myślami, czy zagrać. Miałam dużo oporów przed wystąpieniem w scenach rozbieranych. Wątpliwości rozwiała moja mama, wysuwając słuszne argumenty: że przecież występują w tym filmie wybitni aktorzy, a reżyseruje sam Janusz Majewski. Zagrałam postać Małgorzaty, uświadamianej przez uroczego diabła, granego przez Marka Kondrata. Do tej pory lubię ten film, jest to dla piękna malarska impresja.

MP: A potem w ciągu kilku lat zagrałaś znaczące role w filmie i telewizji. Zostałaś uhonorowana na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za najlepszą drugoplanową rolę w filmie "Tato", z uwzględnieniem ról w filmach "Deborah" i "Pułkownik Kwiatkowski". Jak wspominasz pracę przy wymienionych produkcjach?

RD: Jak najlepiej. Praca z Kazimierzem Kutzem jest chyba marzeniem każdego aktora. On, oprócz bezdyskusyjnego talentu i niezwykłego poczucia humoru, posiada jeszcze zdrowy rozsądek. Umie pracować z aktorem, wie jak do niego dotrzeć. W jego rękach aktorzy czują się bezpiecznie. Z kolei tytułowa rola Żydówki w filmie Ryszarda Brylskiego "Deborah" była dramatyczna. Mam do tego trochę niedocenionego filmu wielki sentyment. Jak i do aktorów, z którymi w tym filmie pracowałam: Olgierda Łukaszewicza, Marysi Pakulnis, pani Hanny Stankówny, Marka Barbasiewicza. Natomiast film Ślesickiego "Tato" odniósł jak wiadomo duży sukces komercyjny.

MP: Wielką popularność przyniósł ci serial "Ekstradycja". Po raz trzeci spotkałaś się wówczas w pracy z Markiem Kondratem.

RD: . co było źródłem wielu plotek i nieprzyjemności, jakich doświadczyła moja mama. Plotki głosiły oczywiście, że mam z Markiem romans. A ja nawet nie byłam z nim nigdy prywatnie na kawie.

MP: W pewnym momencie ciekawych propozycji filmowych zaczęłaś dostawać coraz mniej...

RD: Kobiety w polskim filmie są "odpoczynkiem wojownika". Najczęściej scenariusze piszą mężczyźni, więc piszą o tym, na czym się znają. W związku z tym bohaterami są mężczyźni, a kobiety traktowane są trochę po macoszemu. Są zatem "elementami ozdobnymi": kochankami, żonami, a w starszym wieku matkami. Ja strasznie się nudzę na filmach, w których nie ma kobiet. A jest trochę takich filmów. Uważam, że tam, gdzie nie ma kobiet - nie ma życia!

MP: Przyjęłaś kilka lat temu główną rolę w serialu "Na Wspólnej" i chyba nie żałujesz?

RD: Nie, bo nie ma co się zarzekać, że nie będzie się grało w telenowelach. Telenowele też są dla ludzi i są jak widać potrzebne. Nie mam złudzeń, wiem, że nie są to bardzo ambitne przedsięwzięcia, ale nie o to przecież w nich chodzi. Jestem aktorką, wykonuje swój zawód dla publiczności i nie uważam, żeby występowanie w serialach było czymś uwłaczającym. Osobiście bardzo cieszę się, że mam pracę.

MP: Jesteś aktorką Teatru "Kwadrat", który ma swój specyficzny repertuar: są to przede wszystkim komedie i farsy. Jak się w nich odnajdujesz?

RD: Farsa wymaga wielkiej precyzji. Niektórzy złośliwi mówią, że aby wyreżyserować farsę, trzeba precyzyjnie zgrać zamykanie i otwieranie drzwi. W farsie nie ma miejsca na rozgrywanie emocji. Ważne jest tempo.

MP: A jakie masz pozazawodowe pasje? Wiem, że dużo czytasz.

RD: Bez książek nie wyobrażam sobie życia. Czytam rzeczywiście dużo. Nie przepadam jedynie za literaturą fantastyczno-naukową. Czytanie jest poniekąd formą ucieczki od otaczającej nas rzeczywistości, takim "zatapianiem się" w inne światy. Druga moja pozazawodowa pasja, czyli brydż, wzięła się również z książek. A mianowicie z jednego z kryminałów Agathy Christie, w którym Herkules Poirot rozwiązał zagadkę morderstwa, analizując sposób gry w brydża. Do tego stopnia mnie to zafascynowało, że postanowiłam się brydża sama nauczyć. Rzecz jasna z podręcznika. Wcześniej dużo grałam w karty i bardzo to lubiłam. Teraz dosyć często wyjeżdżam na turnieje brydżowe.

MP: Czy właśnie chęć rywalizacji skłoniła cię do udziału w programie "Taniec z gwiazdami"?

RD: Nie znoszę rywalizacji. Idąc do "Tańca z gwiazdami", nie miałam złudzeń i wiedziałam, że jestem skazana na porażkę. Ale wzięłam w tym programie udział, bo miałam już dosyć tej mojej "małej stabilizacji", gdzie wszystko jest przewidywalne. To było bardzo męczące przedsięwzięcie, ale bardzo się cieszę, że się przełamałam. Wspominam to jako ciekawe i w gruncie rzeczy fajne doświadczenie.

Marek Palka
Dziennik Zachodni
27 czerwca 2007

Książka tygodnia

Czas zdrajców
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marek Krajewski

Trailer tygodnia