Niebezpieczeństwa fideizmu. Jak żyć bez złudzeń w świecie bez złudzeń? - relacji z Dialogu część 1

9. Międzynarodowy Festiwal Teatralny DIALOG-WROCŁAW

Tegoroczny Dialog łapie w bolesnym klinczu obecną sytuację polskiego teatru, sztuki czy społeczeństwa w ogóle. Stał się centrum wrzenia i ścierania się pomysłów na to, dokąd idziemy i dokąd idzie każdy z nas z osobna. Czy maszerowanie w grupie w konkretnym celu nie jest tylko oszukiwaniem się? Czym różnią się przód pochodu i niewidzialny koniec?

A ten, kto został w domu, może ma ku temu powody i nie chce przynależeć do żadnego marszu? Każdy ma do tej autonomii prawo. Jeśli przyjąć, że "Klątwa" (jako spektakl i zjawisko społeczne) zmieniła oblicze polskiego teatru po 1989 roku, to gest otwarcia Dialogu produkcjami grupy Alaina Platela les ballets C de la B -"En avant, marche!" (na zdjęciu) i "nicht schlafen" - odbieram jako skuteczne, choć nieintencjonalne przywrócenie czwartej ściany i powrót do tego "co wolno".

Pierwsze przedstawienie to metafora orkiestry dętej, pomieszania języków i przeglądanie się sytuacji jednostki na tle grupy. W trakcie występów gościnnych twórcy z Ghent zawsze zapraszają do udziału lokalnych muzyków, w tym przypadku byli oni nie do odróżnienia od belgijskich. Główny bohater grany przez Wima Opbroucka, trębacz (postać z "Człowieka z kwiatem w ustach" Luigi Pirandella), któremu zostało już tylko uderzanie w talerze orkiestrowe przy akompaniamencie z magnetofonu, jest chory, żegna się ze wspólnotą - kaszle, ryczy, sapie, próbuje przygotować się na śmierć. Gra starczą, ale wciąż lubieżną cielesnością, w dużym brzuchu kiełkuje masa frustracji pokrywających pulsującą żywotność. Obok dwie wspaniałe, świadome swego starzejącego się ciała aktorki - Chris Thys i Griet Debacker - wciśnięte w kuse sukienki ze złotych cekinów. Wytrwale próbują trzymać wyblakły sztandar godności, odgrywając z przyklejonym uśmiechem żywotne marżoretki między szlochami i miłosnymi upokorzeniami. Dużo chwytliwych, prostych, dobrodusznych zabiegów i żywiołowej muzyki, na przemian funeralnej i dętej. To bardzo prywatny i metaforyczny zapis próby przezwyciężenia braku wiary w sens życia i strojenia min do lustra na powitanie śmierci.

"Nicht schlafen" koncentruje się na grupie tancerzy, którzy zbierają się w jednym miejscu i czasie. Trwa to dosyć długo, dlatego po początkowej scenie przemocy, szarpania się, wyładowywania gniewu na innych i wzajemnego darcia na sobie ubrań, zbiorowość podejmuje wysiłki by wyjść poza swoje ego w stronę porozumienia. Muzyce Gustava Mahlera towarzyszy postapokaliptyczna aura, nie padają żadne słowa, wszystko odbywa się w ciele. Bardzo szybko tancerze znajdują obiekt kultu, zezwierzęcają się, walczą o jego uwagę - każdy z osobna i na swój sposób. Grupa typuje kozła ofiarnego i składa z niego ofiarę, co na nowo cementuje wspólnotę. Dzięki temu pojawia się iskierka nadziei na rekonstrukcję świata. Nie należy jednak bezkrytycznie przyjmować tej propozycji, o czym przypominała na spotkaniu po spektaklu Joanna Tokarska-Bakir. Podobnie jak u Franza Kafki, w świecie po katastrofie, nie ma miejsca na pokrzepiające narracje ani na mesjasza, rodzi się ryzyko utopii. A perspektywa pójścia na kompromis i tworzenia wspólnoty wymaga wyrzeczeń, na których najbardziej tracą osoby i tak wykluczane z głównych narracji. Zamiast mieć prawo do ekspresji odrębności, uginają się pod presją "dobra" ogółu.

Jeśli pierwszy spektakl w swojej prostocie (poprzez ukazanie ciała wymykającego się z opresyjnych kanonów wiecznej młodości i za sprawą czułych rozważań egzystencjalnych) zawierał coś więcej, to drugi niestety niczym do mnie nie trafił i znudził. Zaproszenie Platela było ciekawe jako próba ukazania sposobu na pracę kolektywną, czerpiącą z improwizacji, prywatnych biografii i tworzenia choreografii, w której każdy z tancerzy zachowuje autonomię stylu. Przedstawienia choć bezpretensjonalne, jednak mocno konserwatywne i zachowawcze, spotkały się z frenetyczną reakcją Dialogowej publiczności - nie tylko owacje na stojąco, ale i zachwyt okazywany na spotkaniach z reżyserem. Sztuka, która rodzi się z głębokiej niewiary w sens życia, możliwość dialogu i stara się szukać ożywczych dróg wyjścia z kryzysu po utraconej bezpowrotnie narracji, prowokuje pytania: czy jest się bardziej optymistycznym niż kiedyś, czy się po prostu poddało takiemu trybowi, czy optymizm w zaklinaniu rzeczywistości nie staje się tyranią?

Zaczęło mnie to uwierać. Jednym z powodów był na pewno niedosyt stęsknionej za teatrem publiczności wrocławskiej. Trzeba upomnieć się po tak emocjonalnej reakcji o przywrócenie proporcji pomiędzy dziełem a reakcją na nie i uświadomienie sobie sygnałów, które domagają się w tej sytuacji nazwania. Widzowie na spotkaniach z artystami w większości wyciągali kwestie dotyczące "głębi" apolitycznej sztuki, "uniwersalnych wartości", "lekcji człowieczeństwa", "metafizyki" i optymistycznego poczucia, że w gruncie rzeczy wszyscy jako ludzie, niezależnie od kultury, jesteśmy tacy sami. Otóż nie, nie jesteśmy. Jesteśmy oczywiście w epoce antropocenu równi (ze zwierzętami, naturą), ale zupełnie inni, każdy ma prawo do niedefiniowalnej odrębności. Jeśli krążymy wobec słów, które przemycają definicje, czym niejasna "istota" człowieczeństwa ma być (okazuje się, że dla każdego czymś innym, zatem nie ma jej wcale) i jednocześnie robi się z niej kryterium wartościujące, to jest to bardzo niebezpieczne. Wtłacza nas na utarty szlak rekonstrukcji poczucia, że panuje chaos, a my zjednoczeni przeciwko okrutnemu wrogowi, doświadczamy ukrytej "prawdy". Słowa profesor Tokarskiej-Bakir o stawaniu-się-zwierzęciem w świecie Kafki, gdzie zwierzęta nie chcą być ludźmi ze wstydu za nas (w tym sensie są bardziej ludzkie od ludzi) i propozycja zapadania się w świat organiczny a nie metafizyczny, przekonują mnie o wiele bardziej.

Wydarzenia wokół premiery warszawskiego Teatru Powszechnego pokazały, że zwracanie uwagi jedynie na produkt teatralny, bez krytycznego podejścia do uwarunkowań neoliberalnego świata, to skuteczne odwracanie głowy od problemu. W czerwcu Malta, w październiku Dialog dostają od ministerstwa kultury cios, który jest rykoszetem zemsty za 18 lutego 2017 roku, czyli premierę "Klątwy". Zjawisko "zły Oliver Frljić" wciąż dopomina się rozliczenia i nie daje spokojnie usiąść w fotelach i udawać, że nie wiemy, co dzieje się wokół. Nie będzie można powiedzieć za kilka lat, że nie było się tego świadomym. Nawet jeśli wypiera się fakt, że otwarcie Dialogu odbywa się w miejscu, gdzie kolejne gnioty produkuje Cezary Morawski przy wsparciu aroganckich polityków, urzędników i części zespołu. Można udawać, że wynajmowanie Teatru Polskiego we Wrocławiu kilka razy w roku jest okej, można zasilać doraźnie takie teatralne pustynie jak Wrocław, czy już niedługo Kraków (nie mówiąc już o masie niedomagających teatrów repertuarowych czy impresaryjnych w Polsce), ale to nie zmieni stanu rzeczy.

Odsłonięty w ostatnim dwudziestoleciu mechanizm władzy i rysowana przez władzę linia, za którą wyjść artystom nie wolno, spychały środowisko na pozycje defensywy. Nie można zapominać, że były to tylko re-akcje na próby cenzurowania, szybko organizowane strategie mające koślawo sprostać doraźnym palącym problemom. Rzucano się z małym wiaderkiem wody na wielki pożar. W drugim tomie "Cenzury w sztuce polskiej po 1989 roku" Jakub Dąbrowski po aferze wokół "Pasji" Doroty Nieznalskiej (2002) pokazuje, jak łatwo środowisko artystyczne, mając jak najlepsze intencje, próbuje bronić "obrazoburczej" sztuki, zakładając sobie na powrót smycz na szyję. Pierwszą jest strategia kanoniczna, która wplata dzieło w historię sztuki i "głaskając" je zwraca uwagę na mistrzostwo formy, wartość artystyczną - to właśnie wtedy warstwa krytyczna ugina się pod estetyczną. Kolejną strategią jest używanie argumentu wynikającego z intencji, że nikt nie chciał nikogo urazić (co to zatem za krytyka). Powoływano się także na zaściankowość polskich polityków i wynikającą z tego sytuację, że ciemnogród wstydzi się światłej Europy, oraz na najważniejszą z artystycznego punktu widzenia kwestię alienacyjną, że sztuka ma prawo szokować. Nie akcentowano jednak dostatecznie awangardowego potencjału dzieła, które może być jednostkowe i nie należeć do żadnej z szufladek. Ostatnią kategorią był immunitet sztuki, jej oddzielenie od życia, który utwierdza podziały społeczne, wskazując na hierarchiczny charakter świata sztuki i jej nieużyteczność w kontekście zmiany mentalności.

Te same argumenty pobrzmiewają w świecie po "Klątwie". Jej sprawa odbija się czkawką i skłania do przeformułowania wymienionych kategorii i argumentów, którymi szafuje się w kontrze do nieoświeconego społeczeństwa i polityków, a ministerstwo kultury funkcjonuje jako jedyna przeszkoda. To ostatni moment, w którym jest szansa na przepracowanie koniecznej lekcji z rewizji. Nie można odbudowywać szaleńczej wiary w sztukę po prezentacji les ballets C de la B na Dialogu. To jest niebezpieczne, nadzieja na porozumienie zakrawa na konformizm.

Fiasko takiej strategii pokazała taktyka Jana Klaty (konserwatywnego przecież reżysera) w negocjacjach z aroganckim ministerstwem kultury w sprawie przedłużenia kadencji na fotelu dyrektorskim Starego Teatru. Jedyną drogą wydaje się być strategia autonomii. Przywołując tezy Quentina Meillassoux z "Po skończoności", który pisze o niebezpieczeństwach fideizmu (przedkładania wiary nad rozum i naukę), można mieć poczucie, że jest się (lub można nim się stać) uprzywilejowanym powiernikiem niejasnego objawienia "prawdy". Świat jest logiczny w swojej przypadkowości, a każdy ideologiczny dogmatyzm i fanatyzm jest tylko kolejną narracją wiary, nieważne czy w sztukę, czy w jej zwalczanie.

Powrót do status quo jest niemożliwy. Popieram stanowisko akcentowane w debacie "Dialogu nie będzie?" przez Agatę Adamiecką-Sitek i Dariusza Kosińskiego. Format snobistycznego paradowania publiczności po festiwalach skończył się bezpowrotnie. Potrzeba długofalowych działań, spokojnych strategii artykułowania nowych dróg, które zreorganizują systemowe myślenie o sztuce i polityczności. W przeciwnym razie czeka nas kolejne niebezpieczeństwo, które skoncentruje się na doraźnym ratowaniu sypiącego się systemu i poklepywaniu się po plecach, wysyłaniu listów wsparcia, selfie z hasztagami, pławieniu się w dobrotliwych gestach, zapominając, że nie ma się w rękach nic, co pozwoli znaleźć wyjście z sytuacji. Chyba że chodzi jedynie o doraźną solidarność dającą środowiskowej wspólnocie uniesienie, które niczym nie różni się od odśpiewania na łapczywie zaklinającej rzeczywistość demonstracji piosenki Chłopców z Placu Broni "Wolność kocham i rozumiem" i pasywnego rozejścia się z łezką w oku. Chyba nie tego chcemy? A jeśli chodzi tylko o to, to niech nie będą wyciągane wielkie słowa, które wypadają blado w realizacji, zwłaszcza gdy się uderza w minorowe tony. Parafrazując przytoczoną na wspomnianej debacie przez Tomasza Platę kwestię z "Mefista" Agnieszki Błońskiej i Joanny Wichowskiej: jeśli chce się być Strzępką/Demirskim robiącym "Triumf woli", to trzeba powiedzieć to głośno a nie udawać, że jest się Pawłem Pawleńskim.

Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog - Wrocław, 14-21 października 2017

les ballets C de la B z Ghent, Belgia

"En avant, marche!"

reżyseria: Frank Van Laecke, Alain Platel

muzyka i kierownictwo muzyczne: Steven Prengels

premiera: 22 kwietnia 2015

występują: Chris Thys, Griet Debacker, Hendrik Lebon, Wim Opbrouck, Gregory Van Seghbroeck (tuba), Jan D'Haene (trąbka), Jonas Van Hoeydonck (trąbka), Lies Vandeburie (bugle), Niels Van Heertum (eufonium), Simon Hueting (róg), Witse Lemmens (perkusja), Steven Prengels (dyrygent) i lokalna grupa muzyczna

"nich schlafen"

reżyseria: Alain Platel

premiera: 1 września 2016

występują: Ido Batash, Bérengre Bodin, David Le Borgne, Romain Guion, Samir M'Kirech, Boule Mpanya, Dario Rigaglia, , Elie Tass, Russell Tshiebua

Kinga Kurysia
e-teatr.pl
24 października 2017

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia