Niech żyje bal, czyli bajadera

"Bal w Operze" - reż. Wojciech Kościelniak - Teatr Muzyczny w Gdyni

Spektakl w reżyserii Wojciecha Kościelniaka uświetnił otwarcie Nowej Sceny Teatru Muzycznego.

Każde spotkanie artystyczne z Wojciechem Kościelniakiem jest świętem dla miłośników teatru muzycznego w Gdyni. Daje nadzieję, że ten lekki na co dzień gatunek, od czasu do czasu przekroczy granicę, jaka dzieli rozrywkę od sztuki i powie coś więcej, wykorzystując do tego inne środki niż teatr dramatyczny. Kościelniakowi, jako jedynemu w tym kraju, udało się to wielokrotnie. Reżyser "Lalki" idzie konsekwentnie swoją, "trzecią", drogą i wyznacza poziomem realizacji standardy jakości. Wysoko zawiesza poprzeczkę i tak naprawdę w gatunku jest punktem odniesienia tylko dla samego siebie, jego najlepsze spektakle są rozpoznawalne nawet dla mniej wyrobionego widza, to po prostu "kościelniaki".

Wielkie były z pewnością oczekiwania przed gdyńskim "Balem", ale historia realizacji nie była łatwa. Reżyser "Hair" pracował od kilku miesięcy nad "Złym", gdy wybuchła bomba ze "Shrekiem" i zmieniono plany repertuarowe. Ostatecznie "Zły" będzie za półtora roku, a Kościelniak miał trzy miesiące na przygotowanie inauguracyjnego spektaklu na Nową Scenę. Siłą rzeczy nie miał wyboru - musiał sięgnąć po sprawdzony, zrealizowany już wcześniej tytuł, z gotowym tekstem i muzyką. To nie pierwsza tego typu sytuacja, gdy okoliczności rozchwytywanego, a przez to mającego napięty kalendarz reżysera, zmuszały go do nagłej zmiany planów. Poprzednim razem taka sytuacja zakończyła się porażką artystyczną - gliwicki "Hair", który powstał z castingu do "Grease", nie był "kościelniakiem".

Gdyński "Bal" jest zupełnie inny od dwóch poprzednich (tego z wrocławskiej Gali Przeglądu Piosenki Aktorskiej z 2003 i "wyciągu", który znamy z Gdyni z 2008). We wrocławskiej premierze najważniejsze było dla realizatorów wyzwolenie energii, ostrze satyry było wymierzone w cały świat, rzecz rozgrywała się na dużym poziomie ogólności. W 2012 roku jest już bliżej Polski. Na scenie pojawiają się postaci z biało-czerwonymi elementami: opaską, krawatem, kotylionem, obwódką na meloniku, taśmą na kobiecej piersi. Żebyśmy nie mieli cienia wątpliwości, pojawiają się pisane kredą napisy i symbole: HWDP (dla nie znających tego arcypopularnego znaku wyjaśnienie: pierwsza(z błędem ortograficznym) i trzecia litera to popularne wulgaryzmy, ostatnia to wyraz "Policji"), gwiazda Dawida, mapa Polski, 666.

"Bal w operze", poemat satyryczny Juliana Tuwima, uważany jest przez niektórych za jego czołowe osiągnięcie. Napisany w 1936 roku w całości został opublikowany dopiero w 1982 roku, a jeszcze dziś wersja widniejąca w internecie ma wykropkowane wulgaryzmy. Tuwim to chyba najbardziej "dwoisty" poeta polski. Dla jednych to przede wszystkim autor wierszy dla dzieci z nieśmiertelną "Lokomotywą" na czele, dla innych niezwykły gracz słowny, prowokator i zaangażowany, najodważniejszy obserwator procesów nadwiślańskich i dziejowych ( słynne wiersze: "Do prostego człowieka", "Wiosna" czy "Wiersz, w którym autor grzecznie, ale stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali", czyli popularny i ciągle na czasie "Całujcie mnie wszyscy w dupę"). "Bal w operze" to artystyczny atak na ówczesne, polskie elity. Nieskrywana "szydera" z kleru, polityków, urzędników i dziennikarzy, nie pozostawiająca cienia wątpliwości w ocenie kondycji moralnej sanacyjnej Polski. No właśnie - tylko sanacyjnej ?

Kościelniak w wypowiedzi przedpremierowej mówił: mam ochotę oddać energię towarzyszącą Tuwimowi, kiedy pisał swój tekst. Zmieniły się tylko czasy, nieco realia, ale źródło tryska czy bucha tak samo i czy uda mi się do niego dotrzeć, do tej emocji, która powodowała Tuwimem, kiedy pisał swój "Bal w operze" ? Jeśli tak to fajnie, to wygraliśmy (czytaj całość). To unik, ale zrozumiały: w dzisiejszej Polsce nie ma miejsca dla nowego Tuwima. Od razu byłaby mu przyklejona łatka "pisowca" lub "oszołoma", co właściwie znaczy to samo, bo każdy, kto chciałby publicznie bronić jakichś zasad w Polsce, chciałby coś naprawiać, wcześniej czy później zostanie zneutralizowany lub wyeliminowany. Tuwimowski bunt, drapieżność i bezpośredniość to dziś za mało, by opisać świat przedstawiony, ale w konwencji teatru muzycznego to i tak wiele. Spektakl gdyński jest energetyczny, bywa krzykiem, porusza w zakończeniu, ale od premierowej publiczności się odbił, bo odbić musiał. Przecież na widowni siedzieli adresaci protest songu, czyli same VIPy ! Tuwim chłoszcze niemiłosiernie, a Kościelniak ubiera to w kostium, polskie elity. Dzisiejsze, po siedemdziesięciu latach, są jeszcze niżej, bo na ich ocenę wpływają aspiracje i kompleksy europejskie. Chcemy być nowoczesnym państwem, a stajemy się republiką bananową, "elity" intelektualne oddały bez walki rząd dusz politykom, zastępując odwagę w przedstawianiu własnych sądów udziałem w z góry przegranym wyścigu ratalno-kredytowym. Dużo uwagi poświęcił Tuwim dziennikarzom, bo już wtedy wpływ mediów na rzeczywistość był decydujący. Dziś media karmią skretyniałych odbiorców żenującymi historiami, a już wiele lat temu lokalnie zrezygnowano z dziennikarstwa śledczego, bo naczelna dewiza brzmi: trzeba dobrze żyć z władzą. Misja mediów, obywatel, dobro wspólne już dawno się nie liczą, za to pieniądze jak najbardziej. Odwieczny, arcypolski podział na pany i chamy, przybrał nową formę, dominuje kultura tchórzowska, wycofana, tylko od czasu do czasu jacyś wariaci jak Demirscy czy Wrocław się odważą.

Zespół Teatru Muzycznego w Gdyni jest w tej chwili jednym z (dwóch, czasami trzech) najlepszych kolektywów aktorskich w polskim teatrze muzycznym. Potwierdziła to cała jedenastka (jak w drużynie piłki nożnej, a przed nami EURO - dygresja możliwa, ale niekonieczna) występująca w premierowej prezentacji. Nie było słabych punktów, wokalnie i choreograficznie wszyscy, bez wyjątku, na najwyższym poziomie - z takim zespołem można zagrać wszystko. Widać było ciężką pracę wykonaną na próbach, każdy gest, każdy detal były dograne przez każdego członka drużyny. Bez względu na ocenę ostateczną, należy się ekipie szacunek za dobrą robotę .

Indywidualnie cieszy wreszcie godne, pełne ujawnienie bardzo sugestywnego i dynamicznego Mateusza Deskiewicza, szybki powrót na scenę w świetnej formie Karoliny Trębacz, nie było widać cienia tremy u adeptki Pauliny Łaby, a największe wrażenie w bardzo wyrównanym kwartecie kobiecym zrobiła Katarzyna Kurdej. Ciekawy był Sebastian Munch, całość rozpoczął i scalał silny oraz potężny Rafał Ostrowski. Jedynie ci, którzy pamiętają legendarną interpretację Sambora Dudzińskiego, rozczarowali się trochę "manikirem".

Gdyńska inscenizacja to trochę taka bajadera Kościelniakowa. Autocytaty i nawiązania do poprzednich inscenizacji mieszają się z nowymi pomysłami. Motyw szkła powiększającego znamy z "Lalki", scenografia podłogowa nawiązuje trochę do "Brela", zakończenie do "Hair", pobielone twarze znamy także, nie tylko z berlińskich kabaretów sprzed wojny. W tle, bardzo dyskretnie i między częściami, wyświetlane są fragmenty obrazów Hieronima Boscha. Pomysły sceniczne pokazują polskie przywary i przyjemności : świetna scena "butelkowa" i prosta scena sedesowa, w której pewnie każdy z widzów się odnalazł (wszyscy lubimy przecież czytać).

Bardzo mylący jest plakat do przedstawienia. Szkoda też, że program nie zawiera całego tekstu Tuwima - spektakl wiernie prezentuje dzieło, z niewielkimi dopiskami. Warto zadbać o lepszą jakość wydawnictw towarzyszących kolejnym premierom, dziś standardem stają się powoli w całości publikowane libretta (tak robi np. Opera Narodowa) a nawet pełne teksty sztuk (np. "Tęczowa trybuna" w Teatrze Polskim we Wrocławiu).

Mimo drobnych uwag polecam "Bal w operze" każdemu, kto szuka czegoś więcej. Kiedy na widowni będą siedziały już NIPy*, jestem przekonany, że odbiór będzie gorący. Produkcja na najwyższym poziomie technicznym po raz kolejny udowadnia, że Gdynia dysponuje prawdziwą perłą, jaką jest zespół TM. To zobowiązuje, ale i czasami martwi, bo nie zawsze udaje się ten potencjał uruchomić.

W polskim teatrze od dłuższego czasu toczy się bardzo ważna dyskusja, w której jednym z wątków jest, mówiąc bardzo skrótowo, rozdział między teatrem artystycznym, a teatrem rozrywkowym. Konsekwencją stawiania w kulturze tylko na rozrywkę staje się prosty fakt: artyści przestają być artystami, a stają się wyrobnikami, ich powołanie i prestiż znikają, zrównując zawód aktora ze wszystkimi innymi. Wojciech Kościelniak, choć unika deklaracji, własnymi prezentacjami zabiera w tej dyskusji głos od wielu lat. "Trzecia droga Kościelniaka" to między innymi odnajdywanie artyzmu w gatunkach "rozrywkowych". Cieszy więc fakt, że choć dyrektor Korwin 27 marca bardzo spektakularnie zabrał głos w sprawie protestu i akcji "Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem", mówiąc z porozumiewawczym uśmiechem: a u nas żadnego protestu nie będzie, to z drugiej strony daje na swojej scenie miejsce teatrowi bardziej wymagającemu.

"Bal w operze" otworzył Nową Scenę. Przed spektaklem odbyła się uroczystość, wstęgę przecięli: marszałek Mieczysław Struk, prezydent Wojciech Szczurek, architekt Józef Chmiel i dyrektor Maciej Korwin. Nowa scena ujawni pełnię swych możliwości dopiero we współpracy z nową Sceną Dużą. Może wtedy uda się też zwiększyć odległości między rzędami i wydłużyć oparcia - na razie jest ciasno.

Zbliżamy się do trudnego momentu w historii Teatru Muzycznego. W kwietniu jeszcze jedna premiera na Nowej Scenie ("39 stopni" według Hitchcocka) i przez rok Muzyczny będzie zmuszony do grania poza siedzibą. Życzymy Teatrowi, by ten trudny czas przeszedł jak najlepiej, a od nowego otwarcia ( w planach m.in. "Chłopi" i "Zły" w reżyserii Kościelniaka, "Seksmisja" w reżyserii Korwina i "Rocky Horror Picture Show") dostarczał nam jak najbogatszej gatunkowo produkcji, także dla widza "nierozrywkowego".

*NIP - Not Important Person

Piotr Wyszomirski
www.portkultury.pl
17 kwietnia 2012

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia