Niekończący się „Dzień świra"

"Głupia mąka wariatów" - reż. Wiesław Hołdys - Stowarzyszenie Teatr Mumerus w Krakowie

Gdzieś na początku słabo oświetlonej ulicy Kanoniczej znajduje się Teatr Zależny. Kiedy wejdzie się do środka, a potem jeszcze niżej, w głąb – schodami w dół – dociera się do piwnicy. Tam jest scena Teatru Mumerus. Tam dzieją się rzeczy niezwykłe. Tam otwiera się inny świat.

Twórców Teatru Mumerus cechują nieskrępowana wyobraźnia i nieprzewidywalność. Oglądając ich spektakle nigdy do końca nie wiadomo co, komu, kiedy, gdzie i dlaczego. Surowa przestrzeń pod powierzchnią zjawisk codziennych, jaką jest scena w piwnicy to idealne miejsce na takie doświadczenie. Nie ma tu zbędnego efekciarstwa, za to wszystko dzieje się blisko, niemal „na wyciągnięcie ręki" widzów. Na początku aktorzy mają na głowach kolorowe, papierowe czapki. Mówią o ustępowaniu sobie miejsca. Tym samym zaczyna się fascynujące widowisko, za którym stara się podążyć widz.

Punktem wyjścia staje się Bruno Schulz i jego trudna, bardzo plastyczna proza. W tym spektaklu wszystko jest takie jak u Schulza: wyolbrzymiane, przerywane, powtarzane. Postaci są jakby nadwrażliwe na zjawiska codzienne, doświadczają wizji. Następujące po sobie sceny płynnie przechodzą jedna w drugą – z ulicy przenosimy się na teatralną widownię, a potem nagle robi się wieczór w labiryncie miasta, żeby nagle wylądować na peronie w oczekiwaniu na pociąg. Nieustanne przemiany i gra z wyobraźnią widza – wypróbowywanie jej. Motywy znane z opowiadań Schulza (zgubienie portfela, a potem niemożność odnalezienia drogi na oświetlonej reklamami ulicy) przeplatają się z cytatami z codzienności (jak przepychanie się przez publiczność). Są to trochę też obserwacje, czynione z perspektywy głównego bohatera „Dnia świra". Oczywiste, dobrze znane sytuacje nagle urastają do rangi kuriozum. Rzeczy, które każdy zna są celowo izolowane, tworzą kolejne sekwencje.

Nie sposób pominąć erotyki, tak bardzo obecnej w tej opowieści. Każdy kawałek kobiecej nogi, każde skinienie ręką odbierane jest przez mężczyzn bardzo silnie. Przypomina to rysunki z „Xięgi Bałwochwalczej" Bruno Schulza: mężczyźni najczęściej na kolanach, skradają się za kobietami, próbując je podejrzeć lub niezauważalnie, służalczo, zbliżyć się do nich. Kult kobiecego ciała i jednoczesne zezwierzęcenie – sprowadzenie wszystkiego do seksu, rządów cielesności. Gorzka diagnoza. Podana jednak w sposób lekki, zmuszający do śmiechu. Pojawiają się też elementy takie jak telefon komórkowy, aparat fotograficzny, które przybierają formę bezpośrednich metafor, dotyczących ludzkiej fizyczności i drzemiących w niej żądz.

Teatr Mumerus w swoim najnowszym spektaklu pokazuje, że jest taka granica szaleństwa, za którą już tylko śmiech. Wydawałoby się, że z tej „złej mąki, sypkiej mąki, głupiej mąki wariatów" chleba nie będzie. Okazuje się, iż jest zupełnie odwrotnie. Zgrany, aktorski zespół właśnie to pokazuje. „Głupią mąkę wariatów" cechuje inteligencja i komizm, obnażany w absurdzie i szczerości. Widzenie świata na sposób jego opisywania przez Schulza – wyolbrzymionego, w jaskrawych barwach. Ważne jest tu również zwrócenie uwagi na względność czasu i przestrzeni. Świetnie oddaje to jedna z najlepszych scen – oczekiwania na pociąg. Każdy z pasażerów wysnuwa z siebie jasny sznurek i sam ustala linię peronu. Te linie nie przecinają się, choć cały czas zmieniają miejsce. Każdy ma swoje pojęcie o świecie, swoją zdziczałą filozofię, mniej lub bardziej rozbuchaną wyobraźnię. To krótkie, bo trwające niecałą godzinę widowisko pokazuje, że nasza ludzka, metaforyczna ułomność i głupota jest mąką wciąż mieloną na nowo. Natomiast w nas samych jest więcej tajemnic i ślepych zaułków (które znamy tylko my sami), niż by się mogło wydawać.

 

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
10 listopada 2014

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia