Niektórzy chyba chcą zapomnieć

"J_d_ _ _ _e. Zapominanie" - reż. Paweł Passini - Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy - 2019-05-25

Jak o tym rozmawiać? Czy teraz jest dobry czas na tę rozmowę? Czy w ogóle powinniśmy o tym rozmawiać? Da się to opowiedzieć na teatralnej scenie? Tak właściwie to czy wypada nam o tym opowiadać na teatralnej scenie? Może sam reportaż jest wystarczający? – takie rozterki mają aktorzy w prologu legnickiego spektaklu o Jedwabnem zanim założą kostiumy i w pełni zanurzą się w swoich rolach. I aktorzy sobie tak dyskutują, dyskutują, trochę żartują... a w tle wymownie tli się stodoła.

Z charakteru prologu można odnieść wrażenie, że Artur Pałyga chciał napisać scenariusz polemiczny. Szybko jednak okazuje się, że polemiki nie będzie, bo już na samym początku krystalizuje się teza: jak najbardziej trzeba o Jedwabnem rozmawiać. Wraz z upływem czasu ta teza będzie rozwijana dalszymi wnioskami. Pałyga swoim tekstem zatem skutecznie zwodzi widzów, ukazując absurd prologowej dyskusji – sam fakt, że takie dyskusje mają miejsce, zdaje się sugerować, że ta straszna historia, w którą wszyscy pośrednio jesteśmy uwikłani (a może raczej – jesteśmy za jej pielęgnację odpowiedzialni), powoduje w nas dyskomfort, przez co chcemy się od tej odpowiedzialności wymigać.

Akcja przedstawienia po prologu obiera dwie drogi jednocześnie; pierwsza z nich podąża losami Sary (Zuza Motorniuk), współczesnej kobiety, która odkrywa, że jest żydówką i robi z tego swój coming out przed znajomymi. Sara następnie stara się lepiej poznać kulturę, gdyż w końcu do niej przynależy. Uczy się hebrajskiego, je koszernie, studiuje Torę, a także wprowadza w ten świat swoje dzieci. Sara jednakże na każdym kroku zmaga się z elementem pejoratywności, który zakodowany jest w naszej kulturze, bo każde określenie o jej żydostwie, o byciu żydówką, z trudem przechodzi całemu otoczeniu przez gardło. Poza tym, w Polsce oczywiście lepiej jest być po prostu Polakiem, nie wyróżniać się, bo odstępstwo od ogółu za bardzo nas definiuje. Druga droga z kolei prowadzi przez przeszłość, w której Zuza Motorniuk wciela się w Annę, autorkę „My z Jedwabnego", reportażu będącego punktem wyjścia dla tekstu Pałygi. Anna prowadzi swoje śledztwo, szpera w aktach komunistycznych śledztw, rozmawia z niedoszłymi ofiarami, świadkami, co dosłownie ożywia wspomnienia, a wówczas na scenie się robi szczególnie strasznie. Najbardziej wymowny jest fakt, że często te dwa światy (a właściwie trzy, jeśli liczyć wspomnienia) przeplatają się w subtelny, ledwo zauważalny sposób.

Przestrzeń Sceny na Nowym Świecie (mieszczącej się w dawnym żydowskim teatrze i domu kultury) pierwszorzędnie sprawdza się w spektaklu Passiniego. Na samym środku, gdzie dawniej – jak mniemam – musiała znajdować się widownia (swoją drogą, jeśli moje założenie jest trafne, to twórcy podeszli do sprawy dość poetycko, bo w miejscu widowni teatralnej oglądamy „widzów" tamtych zdarzeń), usytuowano sporą klatkę, w której „uwięziono" liczne menory, obrazy i inne pamiątki rodzinne. W tym odizolowanym, żydowskim świecie toczy się śledztwo Anny, tutaj też ożywają duchy ofiar i zbrodniarzy. Reporterka próbuje dotrzeć do genezy zaistniałej nienawiści, która zawsze leży gdzieś obok polskich mieszkańców Jedwabnego, a to w Niemcu, reżyserze-prowokatorze tej czystki, a to w enkawudzistach żydowskiego pochodzenia, co polskość chcieli zniszczyć od środka. Niestety ta nerwowa, ciasna atmosfera, zderzenie sprawców, ofiar i niedoszłych ofiar z czasem blednieje; twórcy chyba za dużo chcieli zmieścić w tej historii, co sprawia, że trochę temat zaczyna się przegadywać.

Passiniemu jednak udaje się ten trend odwrócić w drugiej części przedstawienia, gdzie mierzymy się z jak gdyby niekończącymi się następującymi jedna po drugiej konkluzjami. Nerwy ustępują gniewowi, Polacy chwytają za kije i kosy, po czym zaczynają krążyć po ogromnej sali Sceny na Nowym Świecie, rozlewając się po balkonach i prowadzących na nie specjalnych ścieżkach biegnących wzdłuż ścian. W scenie przypominającej niemalże rytualny, ekstatyczny mord doskonale wypada Joanna Gonschorek w roli Wyrzykowskiej, Polki chowającej w piwnicy małego Schmulka. W transowym tańcu ludowym, znosi ona krzyki, wrzaski, obelgi i spadające na nią ciosy pobratymczych kijów, z dumą sugerując, by bili tak, aby nie pobudzili dzieci, bo już późno. W tej samej scenie nie ustępuje jej znakomity Paweł Palcat w roli absolutnie ohydnego Kazimierza Ludańskiego, twarzy niechlubnego mordu. Na tę twarz, jak i na całe swoje półnagie ciało, wylewa z nabożnego kielicha krew, aby następnie w nienawistnej malignie, tanecznym krokiem, udać się do pomysłowo wykreowanej, palącej się szopy i zgwałcić to, co zostało z Płonącej Dziewczyny (Natalia Biegaj). Najbardziej w kreacji Palcata uderza kontrast między jego wyrachowaniem i opanowaniem z pierwszej, „śledczej" części przedstawienia a furią i nieludzkim opętaniem z części drugiej.

Po tej przerażającej, efektownej scenie, przychodzą następne, już bardziej stonowane, ale niemniej wstrząsające. Każda jedna sugeruje inną konkluzję śledztwa. Przychodzi kolejna konkluzja i kolejna, i kolejna... Twórcy zatem zdają się sugerować, że sprawa jest mimo wszystko złożona. Jednakże finalna myśl, którą udaje im się skrystalizować, jest wnioskiem bardzo mrocznym i dość niespodziewanym. Anna w swojej analizie pogromów żydów na ziemiach polskich zauważa, że mordy stały się nieodłącznym elementem naszej historii. Wydarzały się w pomniejszych wsiach, większych ośrodkach miejskich (jak na przykład studencki i świetlany Kraków). „Przydarzały się" nam cyklicznie, co parę lat, jak gdyby była to nieodłączna część naszej tożsamości. I zawsze są one przydarzeniem, sumą dziwnych, zewnętrznych przypadkowych, na które nigdy nie mamy wpływu. Szczęśliwie od lat takie rzeczy się nam nie przydarzyły... chociaż, bądź co bądź, ktoś przecież spalił kukłę żyda na wrocławskim rynku, ktoś inny przecież spałował pejsatego Judasza w Pruchniku. Kto? Tamci, ci bardziej radykalni. No przecież, że nie my.

Dlatego właśnie o Jedwabnem pamiętać trzeba. Bo jeszcze nie jest za późno, chociaż, jak sugeruje tytuł, z tej nazwy pamiętamy już jedynie trzy literki. I to jest bardzo ważne, że legnicki Teatr nie pozwala nam o tych strasznych wydarzeniach zapomnieć, bo przypominając o tym narodowi, wypełnia on swoją misję.

Strach zatem pomyśleć, jaką wizję misji teatru mają władze Legnicy, które w lipcu tego roku zdecydowały się zrezygnować ze współprowadzenia Teatru, odcinając przy tym instytucję od znacznych pieniędzy.

Jan Gruca
Dziennik Teatralny Legnica
7 września 2022
Portrety
Paweł Passini

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia