Niepełnosprawni emocjonalnie

"Koszt życia" - reż. Małgorzata Bogajewska - Teatr Śląski w Katowicach

Zdrowie i sprawność ciała dają nam wolność, ale nie gwarantują, że dobrze je wykorzystamy. Nie stanowi również jedynej sprawności potrzebnej, aby korzystać z życia. Dyrektor krakowskiego Teatru Ludowego, Małgorzata Bogajewska, podejmując się reżyserii "Kosztu życia", wykorzystała temat niepełnosprawności, aby pokazać zupełnie inny problem dotykający nasze społeczeństwo.

Jest to druga polska adaptacja nagrodzonego Pulitzerem tekstu Martyny Majok. Wcześniej sztukę wyreżyserował w Gdyni Grzegorz Chrapkiewicz. W poruszanej problematyce oraz słodko-gorzkich, na wpół śmiesznych, na wpół smutnych historiach opowiadanych w dramacie, widoczna jest inspiracja bohaterki międzykulturowym środowiskiem, w którym dorastała.

Przedstawiono tu historię czterech osób. Ani i Eddiego, których postępowanie rozwodowe zostało przerwane przez wypadek Anki. Sparaliżowaną kobietą zaczyna opiekować się jej prawie były mąż. Kolejną parą postaci jest John i jego opiekunka Jess.

Bohaterów łączy samotność. Nie mają przy sobie rodziny, dzieci, przyjaciół, nikogo, na kogo mogą liczyć. W obliczu tak kalectwa, jak nędzy, czy samotności wynikającej ze straty bliskiej osoby, są bezradni, gdyż nikt ich nie wspiera. Problem ten uderza o wiele mocniej niż widok osób zmagających się na co dzień z kalectwem. Wszystkie postaci są również do bólu normalni i irytujący.
John ma doktorat, dużo pieniędzy i porażenie mózgowe. Jego choroba (choć częściowo zapewne również charakter) sprawiają, że każde słowo wypowiedziane nie po jego myśli sprawia, że dostaje niebezpiecznego dla jego zdrowia ataku. Wypowiadane przez niego słowa i autorytarność raczej nie przysparzają mu sympatii.
Jess, wręcz przeciwnie, jest bardzo sympatyczna i trudno jej nie lubić, choć irytuje kompletnym brakiem ambicji i zainteresowań, z czego wytłumaczona zostaje w ostatniej scenie. Niemniej jej nieporadność i kompletny brak nie tylko doświadczenia, ale też jakiegokolwiek rozeznania na temat pracy, do której próbuje się zatrudnić, może irytować.

Ani sama jest zirytowana i robi wszystko by wyprowadzić swojego niedoszłego eks-męża z równowagi. Jej postawę potęguje też świadomość, że nie chce litości. Nie uznanie jej za irytującą, byłoby mijaniem się z prawdą.

Natomiast Eddie, bezrobotny kierowca ciężarówki, jakkolwiek stara się być pomocny i serdeczny dla Anki (do której uczucie pod wpływem opiekowania się nią, budzi się w nim na nowo), tak każdy jego gest jest irytujący. Jego niestosowne żarty i koszmarny taniec drażnią szczególnie.

Docenić należy więc kreacje aktorskie, które zarówno ze względu na sposób ich wymyślenia, jak i odegrania postaci, sprawiają, że naprawdę odczuwamy ich emocje. Wręcz fizycznie można poczuć zawstydzenie, które odczuwa Jess, zagrana przez Aleksandrę Przybył, pod koniec spektaklu.
Wiarygodność gry Kamila Suszczyka (John) zasługuje na uwagę. Jeśli ktoś nie rozpoznawałby aktora, to mógłby uwierzyć, że w rolę wcielił się człowiek z porażeniem mózgowym.
Niemrawość i irytacja Anki (Karina Grabowska) oraz głupkowatość Eddiego (Mateusz Znaniecki) wydają się prawdziwe. W żadnym z aktorów nie ma cienia maniery.

Ważną rolę odgrywa w przedstawieniu muzyka, która buduje nie tylko napięcie, ale stanowi jakby podporę dla scenografii, która jest dosyć ascetyczna, jednak na scenie nie brakuje niczego. Znajdujemy tam wszystko, co musi znajdować się w mieszkaniu osoby, nie mogącej samodzielnie się przemieszczać. W każdym momencie dokładnie wiemy, gdzie jesteśmy. Zresztą całe przedstawienie odbywa się tylko w dwóch przestrzeniach – mieszkaniu Anki i mieszkaniu Johna.

Barierki, poręcze, wózek inwalidzki, dostosowany prysznic, wanna i łóżko, to właściwie wszystko, co znajduje się na scenie. Każdy z tych elementów zostaje wykorzystany, zarówno przy pokazywaniu codziennego życia bohaterów, jak i ogrywane są w inny sposób. Interesujące są na przykład te sceny, w których zarówno Jess, jak i Eddie trochę od niechcenia a trochę z ciekawości, siadają na wózku inwalidzkim.

Mówiącym elementem scenografii jest kolor. Wszystko co widzimy jest szaro-bure. Mąż Anki na początku spektaklu ubiera ją w szare, niedopasowane ubrania i okrywa wypłowiałym kocem, jak gdyby kolor był zarezerwowany dla tych, którzy żyją. A ci, którzy się nie ruszają tak jakby nie żyli. Atmosferę jak nad grobem przerywają niestosowne żarty i nieporadne słowa i gesty. Pełno ich jest zresztą w całym spektaklu, gdyż jednoznacznie widać, że postacie wcielające się w opiekunów radzą sobie z niepełnosprawnością znacznie gorzej niż osoby pozbawione czucia.

Eddie zauważa brak koloru i próbuje „coś z tym" zrobić. Generalnie próba „zrobienia czegoś", choćby bez sensu, jest naczelną postawą osób, które nagle, bez przygotowania wchodzą w role opiekunów. Nie potrafią traktować swoich partnerów normalnie. Nie mogą z nim rozmawiać. Czują się jakby winni z powodu własnej sprawności, nawet jeśli nie daje im ona wszystkiego.
To najlepiej pokazuje, że niepełnosprawność jest dla nas tematem tabu. Widać to nie tylko w postawach wyrażanych przez bohaterów tej opowieści. Widać to również na widowni, która cały czas tłumi śmiech, bez względu na to jak bardzo aktorzy starają się ją rozbawić.
Tak jakby nie wypadało się śmiać, skoro temat jest poważny. A temat musi być poważny, skoro bohaterami są osoby niepełnosprawne. Komedia, w której głównym bohaterem byłaby osoba pozbawiona czucia albo upośledzona wydaje nam się co najmniej niestosowna. Dopiero pod koniec spektaklu publiczność jakby się ośmiela i coraz częściej słychać jawny, nie zduszony śmiech.
Tak samo w każdym z bohaterów zachodzi przemiana w miarę jak oswajają się z kalectwem swojego towarzysza. Ciekawym zabiegiem jest pokazanie kompletnej bezradności pełnosprawnych bohaterów, Jess i Eddiego, w obliczu braku Anki i Johna.

Scena ta utwierdza nas w przekonaniu, że choć oś fabularna „Kosztu życia" nieprzerwanie krąży wokół radzenia sobie z niepełnosprawnością, to głównym problemem sztuki teatralnej Martyny Majok wcale nie jest niepełnosprawność, a raczej to co zazwyczaj się z nią wiąże – poczucie bezradności i samotność oraz lęk przed wykluczeniem. Jednak to nie pozbawieni sprawności fizycznej bohaterowie odczuwają je najbardziej. Zwłaszcza pod koniec spektaklu okazuje się, że Jess i Eddie kompletnie nie radzą sobie bez osób, którymi się opiekują. Potrzebują ich miłości i uwagi. Bohaterowie ci, chociaż są zdrowi, należą do kręgu wykluczonych, ze względu na złą sytuacją materialną oraz patologiczną nieufność do drugiego człowieka, którą zarażani jesteśmy od dzieciństwa.

Realizacja spektaklu pozwoliła wydobyć atuty tego świeżego i godnego uwagi tekstu. Należy do nich bez wątpienia ciekawe ujęcie problematyki niepełnosprawności, dobrze skonstruowani, wiarygodni bohaterowie i poczucie humoru.

W przedstawieniu brakuje natomiast pomysłu na ciekawsze przejścia między scenami, każda scena kończy się zaciemnieniem, po których następuje wymiana bohaterów i przestawienie scenografii. Nie brakuje w nim natomiast przekleństw. W pewnym momencie usłyszałam na widowni, jak jakaś pani stwierdziła, że słowo „kurwa" jest najpopularniejszym słowem w spektaklu. Niewykluczone, że miała rację. Nie wspominam o tym ze względu na puryzm językowy ani gorszenie starszych pań (których na widowni było sporo), ale dlatego, że nagromadzenie wulgaryzmów nie dodaje sztuce ani naturalności ani nie wzmacnia przekazu. Można nawet powiedzieć, że go osłabia.

Jednak emocjonalnie przedstawienie przeprowadzone zostało niezwykle wiarygodnie a i merytorycznie widać, że wykonano solidną pracę. Po skończeniu, spektakl nie pozostawia nas z jednoznacznymi wnioskami, zachęca natomiast do zadania sobie pytań na temat niepełnosprawności nie tyle fizycznej, co naszej ogólnospołecznej niepełnosprawności emocjonalnej.

Sylwia Kobuszewska
Dziennik Teatralny Katowice
2 października 2019

Książka tygodnia

Białość
Wydawnictwo ArtRage
Jon Fosse

Trailer tygodnia