Nieszczęśliwa miłość w szpitalu

rozmowa z Borisem Kudličką

rozmowa z Borisem Kudličką

Anna Pawłowska: Akcję opery "Rusałka" Antonina Dworzaka z wodno-leśnych ostępów przenosicie z reżyserem Tomaszem Cyzem do szpitala psychiatrycznego. Dlaczego? 

Boris Kudlička: Operę "Rusałka" znam od dzieciństwa, na niej się wychowałem. Była mocnym elementem w kulturze czechosłowackiej. Pamiętam, jak nauczycielka w podstawówce puszczała nam fragmenty tej opery. Dlatego jestem z nią silnie zrośnięty emocjonalnie i kulturowo. Zainteresowałem się operą, kiedy zobaczyłem, że ona może być atrakcyjna, ciekawa, może opowiadać historię, która nie jest płaską bajką. "Rusałka" jest historią kobiety, którą możemy spotkać dzisiaj na ulicy. Historia o nieszczęśliwym zakochaniu jest jak najbardziej aktualna.

Od baśniowej przyrody do zimnego, szpitalnego wnętrza jest jednak dosyć duże przejście...

- Reprezentuję taki sposób myślenia, który wymaga wiele od tekstu. Nie chcę odtwarzać lasu, łąki, mgły, świata podwodnego, bo one w teatrze zawsze są jakimś skrótem, zawsze będą straszną kliszą. Razem z Tomkiem Cyzem doszliśmy do wniosku, że to jest historia, którą można przepięknie opowiedzieć współczesnym językiem. To też szerokie pojęcie może oznaczać coś efekciarskiego, coś wzruszającego i coś bardzo klarownego, czystego. Do takiej formy zmierzamy. Szpital psychiatryczny nie jest tu najważniejszy. Przestrzeń szpitala jest metaforą pustki. Nikt z nas nie chce się tam znaleźć. Ta pustka jest miejscem, w którym się znajduje Rusałka.

Szpital musi być psychiatryczny?

- Niekoniecznie. Nawet nie precyzowaliśmy z reżyserem, jaki to szpital. Równie dobrze może to być opuszczona fabryka, gdzie sufit przecieka, zbiera się woda... Rusałka jest osobą dotkniętą fizyczną niemocą, a przy tym bardzo wrażliwą.


W surowej, białej przestrzeni bardzo wielką rolę odgrywa światło. Wiem, że ma Pan swojego specjalistę od światła - to Holender Marc Heinz. Na czym polega specyfika Panów współpracy?

- Dekoracje są stałe. Przez ten bezruch, bezwładność przestrzeni, uwypuklamy tragedię wewnętrzną głównej bohaterki. Na scenie zjawiają się pewne miejsca, przez które ona przechodzi: pokój hotelowy, gabinet kosmetyczny, ale przez to, że cały czas pozostajemy w jednej przestrzeni, światło musi opowiadać pewne historie. Też jest rodzajem narracji. Światło, cień, kształt, rekwizyt, jakim jest lampa, zapalająca się w pewnym momencie - wszystko ma swoje znaczenie. Tu nie ma przypadków, jeżeli używamy koloru - niebieskiego, zielonego czy fioletowego - to coś oznacza. Pracuję z Markiem Heinzem od kilku lat. Znalazłem w nim artystę, który potrafi integrować przestrzeń z historią i światłem nadać im interesujący charakter. To w teatrze współczesnym jest nie bez znaczenia.

Wkrótce będzie Pan robił scenografię do kolejnej opery w łódzkim Teatrze Wielkim, do "Damy pikowej" Piotra Czajkowskiego w reżyserii Mariusza Trelińskiego. W tym duecie zrobili już Panowie "Damę pikową" dla Teatru Wielkiego w Warszawie. Czym łódzka realizacja będzie różniła się od warszawskiej?

- Historia "Damy pikowej" w reżyserii Mariusza Trelińskiego z moją scenografią będzie miała w Łodzi swoją trzecią odsłonę. Pierwszą

"Damę pikową" zrobiliśmy w Staatsoper w Berlinie w 2003 roku, z Placido Domingo w roli Hermana, Danielem Barenboimem za pulpitem dyrygenckim. Z Mariuszem śmiejmy się, że to była realizacja, która się nam najmniej udała. Mieliśmy straszną potrzebę, wracając do Warszawy, żeby ją zmienić. Tak powstały dwie zupełnie inne "Damy pikowe" - berlińska i warszawska. Teraz będzie łódzko-telawiwska, ponieważ po ostatnich spektaklach w Łodzi cała scenografia zostanie przewieziona do Tel Avivu. Obie sceny, łódzka i telawiwska, mają bardzo podobne parametry. Dyrektorzy obu oper, Marek Szyjko i Hanna Munitz, doszli do wniosku, żeby połączyć siły. Tak powstała trzecia realizacja, w dużej mierze oparta o warszawską. Akt pierwszy i trzeci są prawie identyczne. Zmieniliśmy akt drugi. Nie tylko z powodów technicznych, bo technicznie akt drugi warszawski jest niemożliwy do zrealizowania na tych dwóch scenach, ale także uwypukliliśmy dominantę tematyczną kasyna. Prawdopodobnie cała historia będzie się odbywała w jakichś odsłonach w przestrzeniach kasyna.

Czemu aktu drugiego warszawskiego nie da się przenieść na warunki łódzkie? Czego naszemu budynkowi opery brakuje?

- Brakuje dużej "obrotówki", która byłaby w stanie przewieźć całą podłogę pełną lamp i ciężkiej technologii oświetleniowej - elementów takich, jak gigantyczne świecące słupy, które się poruszają w lewo i prawo. Trzeba by było zrobić to wszystko na nowo, co wiązałoby się z bardzo dużymi kosztami. Scena łódzka ma dużą kieszeń z tyłu, ale inaczej wygląda scena w Tel Avivie. Musiałem znaleźć takie rozwiązanie, aby jedna realizacja funkcjonowała w obu przestrzeniach. Z tego co wiem, to obsady i dyrygenci będą zupełnie różni, natomiast dekoracje i kostiumy będą identyczne.

A dokładnie co się zmieni w scenografii drugiego aktu "Damy pikowej"?

- W sypialni hrabiny i w sali balowej znajdą się automaty do gier, które swoim oświetleniem stwarzają wrażenie piekła. Pulsujące światełka black jacków wywołują silny nacisk na głównego bohatera - mamy wrażenie, że on jest dosłownie przygnieciony przez zmieniające się cyfry. To oddaje jego uzależnienie od gry i od nieustannego obcowania z hazardem.

Teraz ta opera może wywołać skojarzenia z aferą hazardową...

- Tak, tak, może być to realizacja absolutnie na ten właśnie temat. Dlatego chcemy podbić wątek wspomnianych automatów. W drugim akcie chcemy się pokusić o zbudowanie obsesji kasyna, obecnego non stop w głowie głównego bohatera.

Jest Pan Słowakiem, mówi Pan po polsku, jakie są Pana polskie powiązania?

- Mieszkam w Polsce, w Warszawie mam swoją rodzinę. W pewnym momencie musiałem zdecydować, gdzie jest dom. To, że zamieszkałem w Polsce, to efekt kilku przypadków - spotkania z Andrzejem Kreutzem-Majewskim, kiedyś głównym scenografem warszawskiego Teatru Wielkiego, spotkanie z Mariuszem Trelińskim, mój staż asystencki w Teatrze Wielkim w Warszawie, poznanie tej sceny, emocjonalne związanie się z nią, potem poznanie mojej żony. Dziś w Warszawie jest mój dom. Pracuję jednak bardzo dużo za granicą. Bardzo się cieszę, że udało mi się zbudować taki namiot, do którego mogę wracać. W Polsce.

Anna Pawłowska
Polska Dziennik Łodzki
5 marca 2010

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia