Nietypowe konsekwencje pewnego ziewnięcia

„Wielkie mi coś" - reż. Marta Guśniowska – Teatr Lalki i Aktora w Opolu - foto Grzegorz Gajos

Do czego doprowadzić może przypadkowe ziewnięcie w wiosenną, księżycową noc? Jak się okazuje zupełnie nieopatrznie można połknąć księżyc. Przekonał się o tym słoń Pistacjusz, a razem z nim widzowie podczas sobotniej premiery spektaklu dla małych i dużych „Wielkie mi coś".

Marta Guśniowska po raz kolejny uraczyła widzów opolskiego Teatru Lalki i Aktora pełną ciepła i humoru historią, która cieszy tak dzieci, jak i dorosłych. W swojej nowej sztuce „Wielkie mi coś" ceniona autorka sztuk dla dzieci i młodzieży w charakterystyczny dla siebie sposób, lekko i z humorem opowiada o rzeczach ważnych. Bajka w prostych słowach przekazuje wartkie treści, a przy tym daleka jest od moralizatorskiego tonu. Autorka tekstu i reżyserka w jednej osobie postanawia przypomnieć nam o tym, jak ważny jest każdy człowiek, posługując się historią słonia Pistacjusza, wilka Esse oraz bodaj najmniejszego ziarenka piasku Edgara.

Jest noc 19-go kwietnia, godzina 23:20. Słoń Pistacjusz zupełnie niechcący, w wyniku nieuwagi, przecież nie specjalnie – połyka księżyc. Ot, zwykłe, choć może nieco przeciągłe ziewnięcie, a w efekcie księżyc wylądował w słonim brzuchu. Rzecz nie do pomyślenia – zakochani nie będą mogli więcej oddawać się romantycznym spacerom w księżycowym świetle. Próżno będzie czekać na przypływy i odpływy mórz i oceanów albo nasłuchiwać wilczego wycia, bo i do czego tu teraz wyć? Ten ostatni problem szczególnie zafrapował wilka Esse, który nieszczęśliwie, akurat tej nocy, po wielotygodniowych przygotowaniach miał prawdziwie zawyć po raz pierwszy. Cóż więc zrobić, nie pozostaje nic innego, jak rozwiązać sprawę tajemniczego zniknięcia. Jednak nie tylko on postanawia odzyskać księżyc, taki sam plan ma zaniepokojona rada wilków. Dowiedziawszy się, kim jest sprawca całego zamieszania, nieco nierozgarnięci przedstawiciele rady postanawiają wytropić słonia-winowajcę.

Tymczasem Pistacjusz, targany poczuciem winy, wpada na pomysł, aby połknięty księżyc spróbować wykichać. Żeby to zrobić, słoń udaje się tam, gdzie pieprz rośnie, spotykając po drodze wilka Esse. Tak rozpoczyna się fantastyczna podróż, pełna irracjonalnych przygód okraszonych przyjemną dla ucha zabawą słowem. Bohaterowie próbują „wykichać" księżyc, a kiedy to się nie udaje, postanawiają, że trzeba słonia „pęknąć". Jeśli pęknąć, to może ze śmiechu? Wtem pojawia się rada wilków, która ma inny pomysł na to, jak wydostać księżyc ze słoniego brzucha – najlepiej zjadając Pistacjusza na podwieczorek.

Ta błyskotliwa baśń to znakomity przykład teatru fantazji i absurdu, w którym świat przedstawiony porywa tak dzieci, jak i dorosłych. Historia przesycona cudownościami i fantastycznymi motywami opowiedziana jest w sposób naturalny i bez wysiłku. Jednak sztuka „Wielkie mi coś" to nie tylko popis niezwykłej wyobraźni, ale i finezyjnego poczucia humoru autorki. Marta Guśniowska wybornie bawi się słowem i to właśnie gry językowe w dużej mierze stanowią o warstwie humorystycznej spektaklu. Przy tym język, którym posługuje się autorka, jest zrozumiały i klarowny, a zabawy językiem są czytelne także dla młodszych widzów.

Pełen humoru, ale i inteligentny tekst sztuki opatrzony został czarującą scenografią, opracowaną przez Pavla Hubickę. Stałym i niezmiennym elementem scenicznym jest wypełniony magicznymi przedmiotami gabinet bajarza opowiadającego baśń. Stoi tam leciwe biurko pokryte pergaminowymi stosami, na ścianie zawieszono wielki klucz, a wkoło rozmieszczono wskazujące najróżniejsze pory dnia i nocy zegary oraz ich mechanizmy. Spektakl łączy w sobie różne techniki teatralne, wykorzystując zarówno animowane lalki, jak i „żywy plan". Spora wprawa i kunszt opolskiego zespołu ożywia lalki i z ich pomocą tworzy przed publicznością jedyny w swoim rodzaju, bardzo sugestywny świat. Aktorzy doskonale wykorzystują plastykę ruchu lalek, przez co całe przedstawienie ujmuje niezwykłą lekkością.

W tym pięknie opowiedzianym, baśniowym świecie nie zabrakło niczego. Dziwić może jedynie finał spektaklu, w którym wykorzystana została projekcja. Wprowadzenie techniki filmowej zdaje się zakłócać nieco doskonale zakomponowany obraz sceniczny. Równocześnie jednak, przy pomocy nagranego materiału reżyserce udaje się czytelnie domknąć całą fantastyczną historię, spajając ze sobą wątki i uwypuklając myśl przewodnią sztuki.

Teatr, który pisze dla nas Marta Guśniowska, to przyjemność zarówno estetyczna, jak i intelektualna. Budzący sympatię bohaterowie, barwny świat fantazji, a przy tym proste, acz jak ważne kwestie poruszane w sztuce w sposób pełen inteligentnego humoru – wszystko to sprawia, że przedstawienie najzwyczajniej porywa publiczność. Uniwersalna prawda mówiąca o tym, jak ważny jest każdy człowiek, warta jest przypomnienia widzowi w każdym wieku. Wielka szkoda, że ta zaczarowana kraina otwiera się przed nami zaledwie na godzinę.

Jednak z całą pewnością wyraźny, plastyczny obraz - ślad teatru - z pewnością pozostanie w pamięci na długi czas.

Wiola Imiolczyk
Dziennik Teatralny Opole
17 lutego 2020

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia