Nieudolność i buta

"Bydło" - reż. Jacek Poniedziałek - Teatr Studio w Warszawie

Tytuł najnowszej premiery w warszawskim Teatrze Studio "Bydło" mógł wzbudzić u publiczności specjalne oczekiwania kojarzące się z pamiętną wypowiedzią nieżyjącego już Władysława Bartoszewskiego, określającego Polaków bydłem. Ale to przedstawienie nie ma nic wspólnego z tamtą wypowiedzią (przynajmniej tak mi się wydaje), choć tytułowe bydło też jest tu określeniem ludzi. Być może panowie, autor sztuki i reżyser spektaklu w zakresie tytułu zainspirowali się ową skandaliczną wypowiedzią sprzed kilku lat.

Od razu trzeba powiedzieć, że w całym przedstawieniu jedynie tytuł jest wyrazisty. I adekwatne do tegoż tytułu są prezentowane zdjęcia filmowe puszczane w telewizorze zainstalowanym w tyle sceny, ukazujące zbliżenia czyjejś ręki krojącej tasakiem ociekające krwią świeże mięso. Aż do znudzenia. To jeden z lejtmotywów spektaklu. A potem nagle, ni stąd, ni zowąd, najazd kamery na pralkę. Rzeczywiście, wielkie odkrycie artystyczne, filmowanie pralki. Cierpliwość publiczności ma swoje granice. Trudno się dziwić, że co najmniej połowa widowni przysnęła. Siedzący obok mnie znany krytyk teatralny też nie odmówił sobie tej przyjemności i gdybym go nie szturchnęła, pewnie obudziłby się dopiero przy ukłonach.

Tym bardziej że całość przedstawienia pogrążona jest w chaosie. Począwszy od litery jakże miernego tekstu, po reżyserię będącą szczytem nieudolności, czego efektem są jacyś otępiali, zdegenerowani osobnicy błąkający się po scenie w niewiadomym celu. Brudni, wysmarowani jakimś mazidłem, chwilami przypominają zombi. Dziwi mnie, że tak dobra aktorka jak Monika Krzywkowska zechciała wziąć udział w tym bełkotliwym dziwadle, do którego jak do śmietnika nawrzucano odpady nikomu już niepotrzebne. Nie ma tu żadnej myśli logicznie przeprowadzonej. A w zakresie kompozycji spektakl stanowi szereg rozrzuconych, luźnych scen niełączących się ze sobą.

Bo czegóż tutaj nie ma (prócz m.in. akcentów kazirodczych i transseksualnych). Jest na przykład namiot, tyle że nic z tego nie wynika. Tak jak i z zabójstwa rodziców dokonanego przez bliźniaków, które podobno odbyło się jedynie w myślach bohaterów. Zresztą nie ma żadnego znaczenia to, czy rzecz odbywa się w myślach, czy też w rzeczywistości. Bo i tak nie prowadzi do niczego, a przypisywanie tej scenie specjalnego znaczenia, jakoby symbolizowała - w znaczeniu szerszym - konflikt pokoleń, chęć odcięcia się od pępowiny, a tym samym od tzw. starego świata konserwatywnego (co jakoby należy czytać jako zryw rewolucyjny prowadzący do budowy nowego świata) - jest nadużyciem interpretacyjnym. Na scenie bowiem tego nie widać. A skąd o tym ma wiedzieć publiczność? Z publikacji napuszonych wypowiedzi autorów spektaklu, szeroko prezentowanych i reklamowanych w mediach jeszcze przed premierą. No i z usłużnych recenzji. Dopisywanie ex post treści niemal filozoficznych, rzekomo obecnych w przedstawieniu, uważam za działalność wysoce nieetyczną.

Dialogi odsłaniają niemoc wyrażenia myśli. To kompromitacja. Miernotę na poziomie tekstu prześcignęła miernota reżyserska. Jeśli nie posiada się odpowiednich narzędzi, profesjonalnego warsztatu i nie ma się nic do powiedzenia ponad banał, nie powinno się chwytać za reżyserię . To już kolejny niewypał reżyserski Jacka Poniedziałka. I kolejny nieudany spektakl Teatru Studio.

I jeszcze jedno. W programie do spektaklu autor tekstu Szczepan Orłowski dyskredytuje współczesną rodzinę jako komórkę społeczną, twierdząc, że jest ona "depozytorem naszych lęków, nierozerwalnie związanych z żądzą posiadania, stymulowaną przez kapitalistyczną propagandę." Według Orłowskiego, rodzina nie służy miłości, ale reprodukcji, płodzeniu nowych niewolników. W tym kontekście motyw zabójstwa rodziców (prócz wcześniej wspomnianej rewolucyjnej zmiany porządku rzeczywistości) ma być też niejako wyzwoleniem od współczesnej rodziny, która - według lewackiego postrzegania świata, a w nim człowieka - jest zjawiskiem niszczącym człowieka, a nie budującym.

Doprawdy ten kuriozalny wywód lewicowej ideologii zakrawa już na jakąś chorobę schizofreniczną. Tylko że promocja tej dewiacji odbywa się w teatrze za nasze, podatników, pieniądze. I na to godzić się nie można.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
30 stycznia 2017

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia