Nieustraszona – Gosia Mielech w spektaklu solowym

"FearLess" - chor. Gosia Mielech - DanceLab

I must not fear fear is the mindkiller

22 października o godzinie 19.00 w poznańskim „Pawilonie" odbyła się polska premiera spektaklu solowego pt. „FearLess", którego autorką jest Gosia Mielech – tancerka, choreografka, pedagog tańca, nauczycielka Gaga, związana z autorskim projektem artystycznym DanceLab.

Tytuł jest angielskim neologizmem, połączeniem słów fear (ang. strach) oraz less (ang. mniej), co w tym zestawieniu może oznaczać „nieustraszenie" lub „brak strachu". Kieruje to odbiorcę w stronę pierwszych warstw znaczeniowych spektaklu. To właśnie fizyczne rozważania o lęku są wiodącą osią, wokół której zbudowana jest sceniczna rzeczywistość. Artystka nie poszła na skróty i nie podążyła w swoim projekcie za ukazaniem go jedynie w kontekście prymarnej emocji, którą niezaprzeczalnie jest. Zrobiła krok dalej. Poprzez pogłębioną analizę zjawiska oraz wywiady przeprowadzone na potrzeby spektaklu,

Gosia Mielech pokazała strach jako powszechny, społeczny konstrukt znaczeniowy, który może warunkować funkcjonowanie każdego z nas, ponieważ jest on, podobnie jak język ruchu, którym komunikuje się z nami artystka, uniwersalny kulturowo. Kolejnym uniwersalium obecnym w projekcie artystki jest archetyp herosa. Swoje rozważania twórczyni przekornie potraktowała jako pretekst do skorzystania z popkulturowych odwołań do superbohaterów, znanych szerszej widowni z produkcji filmowych uniwersów „Marvel" oraz „DC". Widać to chociażby w świetnie zaprojektowanym, przez Katę Kwiatkowską, kostiumie scenicznym, który może kojarzyć się z Wonder Woman (postacią graną przez Gal Gadot, w filmie z 2017 roku pod takim samym tytułem, w reżyserii Patty Jenkins). Choreografka stworzyła tym samym dramaturgiczny i znaczeniowy paradoks, bo przecież superbohaterowie raczej się nie boją. I to stanowi fundament dalszych rozważań.

Warto także wspomnieć o miejscu, w którym został zaprezentowany widowni spektakl „FearLess". Scena poznańskiego „Pawilonu" okazała się przestrzenią wyjątkowo kameralną i pozwoliła na bliski kontakt publiczności z artystką, która bardzo sprawnie z tego korzystała, wchodząc w interakcje z odbiorcami. Krzesła zostały ustawione z trzech stron, w kształt litery U. Przełamany więc został tradycyjny model sceny, na której artysta gra głównie frontem do widowni. Osobiście bardzo lubię taką perspektywę. Dzięki temu ma się wrażenie zintensyfikowanej trójwymiarowości performującego artysty, plus można dostrzegać detale, które w normalnych warunkach mogłyby umykać uwadze.

Po zajęciu miejsc uwaga widowni została skierowana na płachtę czarnego materiału, która leżała na środku sceny. Był to także główny rekwizyt wykorzystywany w całym spektaklu. Obecność dymu oraz precyzyjnie wyreżyserowane oświetlenie sprawiały wrażenie iluzji. Minimalistyczna scenografia pochłaniała kolory, była pomarszczona i już od samego początku wzbudzała niepokój. Kojarzyła się z lękiem, który symbolizowała. W tym miejscu należy nadmienić o znakomitym wykorzystaniu plastyki i operowaniu obrazem w „FearLess", co nie jest typowe dla spektakli tanecznych. Choć zastosowanie takiego materiału nie jest przecież w teatrze niczym zaskakującym, to w spektaklu Gosi Mielech stał się on nową formą, przywołującą filmowe sceny kojarzone z materializowaniem się zła przy wykorzystaniu efektów specjalnych. Pojawienie się muzyki – wybitnej i hipnotyzującej, elektronicznej ścieżki dźwiękowej autorstwa Anny Sudy, sprawiło, że obiekt zaczął ożywać. Pod nim cały czas leżała artystka, która, sądząc po reakcjach, rzeczywiście pozostała niezauważona przez większość widzów.

Pierwsza scena utrzymana została w konwencji fizycznej walki artystki z „czarną materią". Z jednej strony płachta przyklejała się do ciała artystki niczym pasożyt, z drugiej zaś były momenty, kiedy tancerka świadomie ją animowała. Uwagę zwracał wyraźny, dynamiczny, wręcz animalistyczny ruch utrzymany w kontraście do raczej delikatnej aparycji twórczyni spektaklu. Artystka precyzyjnie uderzała w materiał, który efektownie i wielokrotnie „eksplodował". Uwagę zwracało bardzo sprawne operowanie niełatwym rekwizytem, co można określić choreografią obiektu. Tancerka dynamicznie zmieniała położenie w przestrzeni scenicznej, cały czas utrzymując uwagę widowni, co zresztą jest kwestią wartą zauważenia w kontekście całego, znakomicie skomponowanego przedstawienia. Pomagało w tym dużo zmian w tempie poruszania się i w kinesferze artystki, co przekładało się z kolei na budowanie napięcia dramaturgicznego. W pewnym momencie artystka ubrała płachtę niczym szlafrok bokserski z kapturem, w którym zawodnicy zwyczajowo wychodzą na ring. Taniec odzwierciedlał przygotowanie do walki. Tancerka wykonywała szybkie uderzenia w powietrze. Zaskoczeniem było przymocowanie płachty do kostiumu artystki niczym peleryny, tak bardzo typowej dla kostiumów superbohaterów. Performerka od tego momentu wyraźnie artykułowała każdy ruch, co doprowadziło do przejęcia kontroli nad rekwizytem i jego separacji. Następnie, materiał niczym podarek został przekazany przypadkowej osobie z widowni i schowany pod krzesło. Ten gest można odczytać jako egzemplifikację faktu, że każdy z nas ma swoją własną „czarną płachtę", trzymaną w symbolicznym ukryciu. Strach, lęki i obawy, z którymi toczy wewnętrzną walkę. Walkę z samym sobą.

Słyszalna dla odbiorców była także warstwa tekstowa w języku angielskim. Wypowiedzi nie tworzyły logicznej linii narracyjnej. Męski głos powtarzał frazy:
„my biggest fear is myself" (ang. mój największy strach, to ja sam),
„nothing scares me more than me" (ang. nic nie przeraża mnie bardziej, niż ja sam siebie).
Uważam, że zastosowany w tym przypadku zabieg formalny jest rozwiązaniem trafnym i spójnym z koncepcją spektaklu. Niski głos narratora może być odczytany jako uniwersalny wewnętrzny głos każdego człowieka, „everymana", lub nasze ego. Może także kojarzyć się z monologiem wewnętrznym powtarzanym przez superbohatera, który nie może się bać.
Scena, w której artystka pozbywa się płachty, otwiera nowy rozdział kompozycji. Słyszymy słowa z off-u powtarzane w sposób mechaniczny. Wyrazy są celowo urywane, a sylaby uciekają naszej percepcji, co dalej ulega zmianie na rzecz w pełni słyszalnych wypowiedzi.
„I must not fear" (ang. nie mogę się bać),
„fear is a mindkiller" (ang. strach to zabójca duszy),
„fear is a little death that brings a total obliteration" (ang. strach to mała śmierć, która powoduje całkowite zatracenie),
„I will face my fear" (ang. zmierzę się ze swoim strachem).

Celowe repetycje stworzyły mantrę, którą niejako dławiła się postać na scenie. Ciekawym zabiegiem dramaturgicznym było wykorzystanie głosu. Wspomniane wyżej słowa i zdania, jakby mimochodem, wydostawały się/wyskakiwały z ust tancerki. Z tego organicznego impulsu zrodziła się dalsza choreografia utrzymana w mocnym stylu tańca fizycznego. Nie można nie zauważyć wyjątkowych, wręcz wirtuozerskich jakości wykonawczych Gosi Mielech, charakteryzujących się z jednej strony precyzją, a z drugiej animalizmem i wewnętrzną „explosive power", budzących skojarzenia ze spektaklami Ohada Naharina. Warto w tym miejscu wspomnieć, że artystka przez półtora roku mieszkała w Tel Awiwie, gdzie m.in. pod okiem Naharina oraz innych twórców, związanych z Batsheva Dance Comapany, realizowała „Gaga Teacher's Training Program". Szczególną uwagę zwracała praca z detalami, rozumianymi tutaj jako drobne, lecz znaczące elementy choreografii.

Chodzi m.in. o ułożenie dłoni i powtarzalne gesty, dodające choreograficznego sznytu. Bardzo ważną rolę w spektaklu odegrała także mimika twarzy tancerki, która podkreślała jej stany psychofizyczne. Szybkie, nieskorelowane mrugnięcia oczu i mimowolnie przydarzające się grymasy, dodawały autentyzmu postaci na scenie. Sugerowały, jak wiele wyczytać można z twarzy na podstawie niewypowiedzianych emocji. Dalej rozpoczął się taniec, poprzez który artystka zabrała nas w podróż przez meandry nieświadomych, fizycznych odczuć i wrażeń, oscylujących wokół głównego tematu projektu. Uwagę zwracała umiejętnie skomponowana choreografia. Zastosowanie kontrapunktów w postaci pauz oraz zaskakujących zmian temporytmu przedstawienia nie pozwoliło stracić uwagi odbiorców. Artystka stawała się superbohaterem, co podkreślała przez charakterystyczne gesty uniesienia rąk i postawę ciała, by za chwilę ponownie zmienić dynamikę ruchu i ukazać niepewność oraz lęk. Przedstawienie kończy się swoistą klamrą kompozycyjną. Artystka ponownie włożyła płachtę, lecz tym razem panowała już nad sytuacją. Nie walczyła z czarnym materiałem, ale w pełni go kontrolowała. Wszak strach jest naturalną emocją, której nie powinniśmy się wyzbywać. Warto jednak nauczyć się żyć z nią w zgodzie na zasadzie symbiozy, a nie relacji antagonistycznych.

„FearLess" jest spektaklem wyróżniającym się na polskiej scenie, który warto zobaczyć z kilku powodów. Na pewno dla wirtuozerskich jakości wykonawczych Gosi Mielech, która wyrosła na jedną z najciekawszych osobowości rodzimego tańca. Uwagę odbiorcy przykuwa także transowa, autorska muzyka Anny Sudy oraz znakomita oprawa plastyczna przedstawienia, na którą komplementarnie składa się kostium superbohaterki, zaprojektowany przez Katę Kwiatkowską, a także rewelacyjnie animowany rekwizyt i precyzyjna reżyseria świateł. Ponad wszystko, twórczyni „FearLess" mówi bardzo wyraźnie o czymś ważnym i skłania do refleksji nad naszym funkcjonowaniem.

Przecież stres, tak często wskazywany przez różne środowiska jako cywilizacyjny zabójca, jest bratem bliźniakiem strachu. Jest jego drugim, wręcz synonimicznym obliczem, jest reakcją na lęk. Z artystycznego punktu widzenia kluczowy jest fakt, że twórczyni udało się uniknąć pułapki nieznośnego, oświeconego, moralizatorskiego tonu, w stylu „pokażę Wam, jak żyć lepiej". Spektakl prowokuje do spojrzenia w głąb siebie i poszukiwania indywidualnych odpowiedzi na pytanie: czy mam odwagę podjąć walkę nie ze sobą, lecz o siebie?

Marek Zadłużny
Dziennik Teatralny Zielona Góra
4 grudnia 2019

Książka tygodnia

Cztery Dramaty
Wydawnictwo Ossolineum
Cyprian Norwid

Trailer tygodnia