Niewidomy... na-brukko!

mało brakowało, żeby Nabucco zmieniło się w na Na-brukko

Student teatrologii, a nie daj Boże - pasjonat - zrobi wszystko, żeby dostać się na spektakl. Są różne sposoby. Trzeba sobie radzić w tych trudnych czasach kapitalizmu. Czasami nie wystarczają bilety za złotówkę, wejściówki, ani zaproszenia z Dziennika Teatralnego. Dlatego tym razem sponsorował mnie Polski Związek Niewidomych. Poszłam jako osoba towarzysząca osoby niewidomej, a mniej formalnie: po prostu jako koleżanka.

To było Nabucco Verdiego. Gościnny występ Opery Śląskiej w Bytomiu na Dużej Scenie Teatru Śląskiego w Katowicach. Zaczęło się od tego, że pani bileterka (jak zawsze przesympatyczna, bo z tego słynie Teatr Śląski) kazała osobie niewidomej znaleźć sobie krzesło i ustawić je gdzieś, gdzie będzie wolne miejsce. Nie mam nic przeciwko tzw. "dostawkom", ale w tym momencie obie poczułyśmy się jak te "dostawki". Kiedy już znalazłam krzesła, zaproponowano nam siódmy rząd. Racja, przecież niewidomy nie musi siedzieć w pierwszym rzędzie - jak mogłam na to nie wpaść? Wtarabaniłam się, więc z tymi krzesłami do siódmego rzędu. Ale nie było łatwo. Bo pan siedzący tuż obok, był zbulwersowany. Jak można tak sobie przychodzić do teatru na dostawkę podczas, gdy On, ubogi emeryt górniczy musi płacić za cały abonament. I wtedy jakiś inny staruszek uznał mnie za kogoś z obsługi. Najpierw wyrwał mi jedno z krzeseł, a potem truchtem rzucił się do ucieczki. Tak, to był wieczór z atrakcjami. Rozumiem, że w dzisiejszych czasach osoby starsze muszą walczyć o swoje "przywileje", ale czy muszą to robić w sensie dosłownym? Wreszcie trzeci dzwonek. Następna runda. Odetchnęłam z ulgą, bo tej pory było jak na ringu. Przez pierwsze dziesięć minut kurtyna w ogóle się nie podnosiła. Słychać było tylko muzykę. Poczułam się..."niewidoma". Wreszcie moim oczom ukazał się upragniony obraz, piękne kostiumy, wirujące kolory. Dźwięk przestał dla mnie istnieć. Jak to dobrze, że opera sponsorowana była przez PKO Bank Polski. Takie kostiumy musiały kosztować majątek i chyba trochę przytłoczyły muzykę. Ja nie narzekałam. Taka forma sztuki i mecenatu, jak najbardziej mi odpowiada (a`propos: chyba zamienię Bank Śląski na "lepszy model"). Naprawdę, imponujący przepych - nie do pomyślenia w Teatrze Śląskim, który zwykle poddaje elementy scenografii procesowi utylizacji. Taka sztuka odzysku do zysku na lokalną skalę. Tym większe ukłony dla scenografa opery - Jana Bernasia. Zwłaszcza za wspaniałe, czerwono - krwiste suknie Abigail (złej siostry, z którą niemal zaczęłam się utożsamiać i która niestety "umarła". Książę Izmael oczywiście wybrał potulną Fenenę. Typowy facet - boi się walecznej kobiety, dla której: władza jest ważniejsza od ojca). Wszystkie kostiumy Abigail tak cudownie szeleściły złem. Równie doskonałe były szaty Nabucca. Olśniewały złotem i fioletem - kolorem szaleństwa, które ostatecznie doprowadziło króla do...rozumu. Widocznie i tak można. Puentą były dwa rodzaje kostiumów dla chóru. Pierwsze dosyć powłóczyste w kolorach pustyni. Drugie, dużo bardziej lśniące z kapturami i w barwach krwi. Nabucco to naprawdę "dobrze skrojona" sztuka. Ale jak opowiedzieć to wszystko niewidomej? Bo w programie opery tego nie uwzględniono. A przyznaję, że w tej sytuacji brakuje mi metafor. Najlepszy okazał się piorun. Nagle scena zajaśniała tak silnym światłem i na tak długo, że oczy zaczęły mi łzawić (można powiedzieć, że to był pierwszy raz, kiedy "wzruszyłam" się w teatrze). Obie poczułyśmy na twarzach ciepło. Pierwszy raz ucieszyłyśmy się z naszego siódmego rzędu. To był udany wieczór. Chociaż mało brakowało, żeby Nabucco zmieniło się w na Na-brukko.

Aleksandra Skiba
Dziennik Teatralny Katowice
5 grudnia 2007

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia