Niezależny od nikogo

Jerzy Gruza

Wyreżyserował blisko 60 spektakli Teatru Telewizji. Pięć jego przedstawień, m.in.: "Rewizor" Mikołaja Gogola i "Mieszczanin szlachcicem" Moliera, znalazło się na liście stu najlepszych dzieł w historii tego teatru. Zrealizował wiele filmów, seriali, programów rozrywkowych, spektakli muzycznych, festiwali. Jerzy Gruza, twórca "Wojny domowej" i "Czterdziestolatka". Przez blisko dziesięć lat był dyrektorem Teatru Muzycznego w Gdyni. Popularny, lubiany, człowiek sukcesu. Dziś, mimo iż ukończył już 80 lat, wciąż aktywny, pisze książki i ceni swoją niezależność.

Mieszka w Warszawie, ale spotykamy się w Konstancinie-Jeziornie. Od kilkunastu dni przebywa bowiem w Domu Pracy Twórczej Stowarzyszenia Autorów ZAiKS. Sporo zieleni, cisza i spokój. - Dość często tu przyjeżdżam. Wcześniej jednak na krótkie pobyty. Teraz po raz pierwszy na dłużej. Lubię to miejsce. I nie do końca wypoczywam. Ciągle coś robię, piszę, szarpię się. W tej chwili powstają dwie książki.

W kwietniu skończył 80 lat. Ale znakomicie wygląda, wciąż nie brakuje mu sił twórczych. Mówi, że zastanawiał się, miał takie poczucie, czy dotrwa, czy wytrzyma taki rodzaj strachu. - Ale jakoś łatwo przyszło. Stowarzyszenie Filmowców Polskich przygotowało specjalne spotkanie, uroczystą kolację. Jacek Bromski, prezes SFP, przypomniał jakieś stare moje historie, o których już zdążyłem zapomnieć. Miła impreza z lekko sentymentalnym akcentem.

Przed naszym spotkaniem grał w tenisa. Stara się być aktywny. Widać, że jest w doskonałej kondycji zarówno fizycznej, jak i psychicznej. - W Teatrze Żydowskim w Warszawie wystawiam spektakl "Żona Króla Lira". To przedstawienie było przeznaczone dla Szymona Szurmieja, aby zagrał, ale niestety, nie był w formie. Ale ma wejść w ten spektakl. Jutro jadę na próbę wznowieniową.

Dodaje, że przygotował trzecią część "Czterdziestolatka". - Bohaterowie są studentami Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Nakręciłem próbny odcinek. Niestety, telewizja publiczna nie jest tym zainteresowana. Udała się natomiast powieść radiowa. W Teatrze Polskiego Radia, w odcinkach. Wystąpili wszyscy aktorzy z filmu.

Niezależny od nikogo

Urodził się w Warszawie. I mieszkał w stolicy do wybuchu powstania. - Potem znalazłem się na wsi, pod Tomaszowem, a później w Łodzi. Tam chodziłem do szkoły. W Łodzi studiował reżyserię w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej. Jak wspomina, był to zupełny przypadek.

- Na studia na tej uczelni namówili mnie Julian Dziedzina i Jerzy Wójcik. Znaliśmy się z nart. Spotkałem ich kiedyś na ulicy w Łodzi. Wcześniej myślałem o studiach w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Sopocie i tam chciałem zdawać. Podobnie jak mój kolega. Sopot już wtedy miał swoją magię. Ale uległem namowie i zostałem w Łodzi.

Opowiada, że na studiach w Filmówce wcale nie było łatwo. - Co tydzień mnie wyrzucali.

Jednak mało skutecznie. Wiele osób mnie broniło. Przede wszystkim prof. Jerzy Toeplitz, rektor uczelni. I Kazimierz Kutz, który też studiował, ale i działał w organizacji ZSP i bronił mnie na zebraniach.

Dlaczego chcieli go wyrzucić? Bo uważali za bikiniarza. - Pisano, że zmieniam codziennie skarpetki. A rektor Toeplitz na to, że widocznie jestem taki higieniczny. Mimo trudności, studia ukończył w terminie. Ale bez tytułu magistra, dyplomu nie obronił. - Uczyniłem to dopiero znacznie później, już jako dojrzały człowiek. Miało to związek z pracą w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Kiedy bowiem zostałem dyrektorem, personalna bez przerwy prosiła mnie o podanie numeru mojego dyplomu. Odpowiadałem wtedy: - Co też pani mówi. Magistrem to ja jestem już od czterdziestu lat. Wszak magister znaczy nauczyciel. A moje seriale, sztuki uczyły wielu Polaków, jak żyć ciekawie i uczciwie. Stwierdzała wówczas: - Dobrze, ale numer dyplomu musi pan podać.

W istocie, jak dodaje, pracę magisterską pisał od dawna. - Czyniłem to przy stoliku w SPATiF-ie w Warszawie. Zmieniałem tylko tematy i promotorów na uczelni. W końcu się jednak zawziąłem i napisałem pracę o serialach telewizyjnych w Ameryce Południowej.

Podkreśla, że nigdy nie przypuszczał, że w Polsce będzie tak samo.

- Że prosty człowiek już nie będzie rozumiał, że to jest tylko film. Zaczynał zachowywać się tak samo, to samo mówić, podobnie odczuwać. Świat seriali stawał się dla niego światem realnym. A to już prawdziwy dramat. Niestety, u nas stało się tak samo. Życie realne miesza się z wirtualnym, filmowym. Wielki mętlik, którego nie przewidziałem. Wiadomości o ślubie, urodzinach dziecka czy śmierci celebrytów stają się w świadomości ludzi realnymi faktami.

Po ukończeniu studiów w Łodzi nie miał najlepszej opinii. - Byłem trochę niepokorny, złośliwy. Wybrałem zatem i poszedłem w miejsce, gdzie mnie izolowano. Terra ignorantia, czyli do Telewizji Polskiej. Tam bowiem nikt się nie znał na tym, co robił.

Opowiada, że pracowali tam ludzie wyrzuceni z teatrów, z kin, z kabaretów i wystawiali sztuki. - To było dla mnie zbawienie. Miałem do czynienia z różnymi dziedzinami życia i z różnymi ludźmi. A to bardzo rozwijało. I dawało wielką różnorodność i wartość.

Pierwsze programy robił "na żywca" . - Prowadziłem wszystkie kamery jednocześnie. A były ich trzy. Wtedy operator widział obraz do góry nogami. Musiał sobie wiele wyobrażać. Ja zresztą także. Wszystko na początku popieprzyłem. Ale potem się wyuczyłem.

Wspomina magazyn, który składał się z różnych części. - Prowadził go nieznany wtedy jeszcze nikomu dziennikarz. Ja - debiutant reżyserski. Zaproszono hipnotyzera. Starszy pan ze wschodnim akcentem. Miał asystentkę o imieniu Genia. Była sexy. Postawił trzy krzesła i położył ją na oparciach. Mówił, że wyciągnie krzesło spod jej pupy i na nią wejdzie. I tak zrobił, twierdząc, że będzie jeszcze po niej skakał. Wszyscy zbaranieli. Ja obserwuję to wszystko w planie ogólnym, a on pyta redaktora prowadzącego, czy może także poskakałby po Geni. Zapamiętałem to na zawsze.

Stary facet skaczący po pięknej kobiecie, zapraszający innych do skakania.

Potem, jak mówi, już poszło - Teatr Telewizji, Tele-Echo, różne programy. Wyreżyserował wiele spektakli, m.in.: "Romea i Julię" z Bożeną Adamek i Krzysztofem Kolbergerem, "Rewizora" z Tadeuszem Łomnickim i Piotrem Fronczewskim, "Antygonę" z Markiem Walczewskim i Justyną KuIczycką, I choć uznawano go za wybitnego reżysera teatralnego, to -jak zauważa - postrzegany byt bardziej jako realizator imprez rozrywkowych. Przy produkcji programu "Poznajmy się", "Małżeństwo doskonałe1, "Kariera1, "Runda" współpracował z Bogumiłem Ko-bielą i Jackiem Fedorowiczem. - Zrealizowałem wiele różnych programów na dobrym poziomie. Nie banalnych, z jakimś pomysłem.

W 1965 roku nakręcił "Wojnę domową". To było jego pierwsze spotkanie z filmem. Piętnaście odcinków znakomitej komedii. Potem były kolejne. W latach 70. zrealizował "Czterdziestolatka", który stał się bezsprzecznie telewizyjnym hitem.

Przyznaje, że chałturzył. W różnych miejscach. Zarówno w telewizji, jak i w teatrach. A także za granicą. - Telewizja była jednak najcenniejszą inwestycją. Tam zdobywało się najlepsze kontakty, uczyło różnorodności, dawała wielki kapitał. Byłem z nią związany do początku lat 80.

Cały czas pracował na etacie. Zrezygnował na krótko przed stanem wojennym. - Kręciliśmy akurat "Alicję" w Londynie. A jako pracownik etatowy ciągle musiałem dostawać zgodę na wyjazd z biura paszportowego. Postanowiłem zatem odejść z etatu, miałem wolną rękę.

W 1983 roku trafił do Gdyni. Do Teatru Muzycznego. - Namawiali mnie na to od dawna. Nawet Danuta Baduszkowa miała to sugerować. W końcu pojawiła się konkretna oferta, abym został kierownikiem artystycznym.

Jak napisano na stronie internetowej Teatru Muzycznego, reżyser po przyjeździe do Gdyni w styczniu 1983 roku był wulkanem energii; Najpierw zrobił przegląd kadr i możliwości zespołu w "Madame Sans-Gene" Marianowicza i Kisielewskiego. Wykorzystał kunszt aktorski Urszuli Polanowskiej\', Józefa Korze-niowskiego i Kuby Zaklukiewicza, a młody, brawurowo grający zespól prowadzony jego ręką kipiał entuzjazmem. Później zmierzył się z "Pericholą" Offenbacha, a więc klasyczną operetką, którą obejrzało 35 tys. widzów. Deklarował zdrowy eklektyzm gatunkowy i kontynuację formuły teatru poszukiwań. W lutym 1984 r, teatr wystawił "Widma" wg "Dziadów" Mickiewicza z muzyką Moniuszki, w reżyserii Ryszarda Peryta, które obsypane zostały nagrodami na Konfrontacjach Klasyki Polskiej w Opolu. Po raz pierwszy teatr muzyczny stanął tam w szranki na równi z teatrami dramatycznymi i osiągnął wielki sukces. To był dopiero początek. Mimo powszechnej biedy czuło się, że nadchodzą dla teatru lepsze artystycznie lata. Kilka tygodni później Gruza zaskoczył wszystkich "Drugim wejściem Smoka" - rodzimym musicalem - kabaretem napisanym przez Andrzeja Korzyńskiego, Stefana Friedmanna i Pawła Binkego (czyli J, Gruzę). "Franek Kimono Story" okazał się najlepszą rewią, jak pisał Tomasz Raczek, jaką można było w 1984 r. zobaczyć na polskich scenach.

Sukces sprawił, że reżyser przeprowadził się na stałe do Gdyni. Zajął się przygotowywaniem słynnego "Skrzypka na dachu" granego w tym teatrze prawie pięćset razy. Kolejne spektakle to: "Jesus Christ Superstar", "Les Miserables" i "Człowiek z La Manczy" pokazywany z wielkim sukcesem w Meksyku.

- Przez blisko dziesięć lat na deskach Teatru Muzycznego przygotowałem prawie dwadzieścia premier. Ale tam była specyficzna atmosfera. Szczególna młodzież, uzdolniona, z ambicjami. Mądra. To był kapitał. Chciałem ich ustawić od dobrej strony, wszak sam jestem dobrym aktorem.

Należy pamiętać, że przez 25 lat był reżyserem Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie. Niestety, okres transformacji i różne trudności sprawiły, że chociaż zamierzał w Gdyni osiąść na stałe, wrócił do Warszawy. Na początku lat 90. - Byłem już trochę sfrustrowany. Dziesięć lat to dużo. Liczyłem, że tam zostanę, ale zmęczenie było silniejsze.

Opowiada, że po powrocie do stolicy miał koncepcję, aby w Warszawie znaleźć miejsce, które byłoby przedłużeniem gdyńskiego Teatru Muzycznego. I znalazł, razem z Tatianą Sosną-Sarną, w dawnym kinie, które teraz było w gestii UW. - Chcieliśmy, aby na tej scenie znalazły się spektakle grane w Teatrze Muzycznym. Taką musicalową scenę. Niestety, władze gdyńskiego teatru nie były zainteresowane. A w Warszawie w tym czasie był zły okres. Ludzie nie chodzili do teatrów, kina. I zrezygnowaliśmy. Tylko raz zrobiliśmy koncert Kory.

Wynajęty budynek jednak kosztował. Wynajęli go zatem redakcji "Życia". - Oni redagowali gazetę, a ja zagospodarowałem salę ze sceną. I osiem lat była tam dyskoteka, Nazywała się "Scena". Potem przejęli ją inni ludzie i próbowali kontynuować tę działalność.

W tym czasie zrealizował "Czterdziestolatka. 20 lat później", a po kilku latach "Tygrysy Europy".

-"Tygrysy" zostały skrytykowane, bo dotyczyły pewnych warstw społecznych, którym bardzo nie podobał się opis polskiego kapitalizmu, to, jak dorabiają się pieniędzy. Uznano, że nie należy wyśmiewać młodego polskiego kapitalizmu.

W 2001 roku wyreżyserował "Gulczas, a jak myślisz", a rok później ostatni swój film "Yyyreek!!! Kosmiczna nominacja". - "Gulczas" został zrealizowany za prywatne pieniądze. I dobrze się sprzedał. Wcale nie uważam tego filmu za knota. W necie odnotowano 140 tys. wejść tylko na moją rolę. Należało ten film oglądać z przymrużeniem oka.

U mnie zawsze występował rodzaj cudzysłowu.

Potem, jak mówi, już nie wychodziło. - To, co chciałem zrealizować, nie interesowało Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i nie dał pieniędzy. Odpuściłem, Zaczął pisać. I ciągle się przebranżawia. - Mam pewne fazy w życiu, które mnie interesują, fascynują. Nie było sensu szarpać się z filmem. Rok tyrania przy zdjęciach, a potem w kinie zaledwie kilka dni. W teatrach też nastała nowa fala. Golizna. Nie interesowało mnie robienie sztuk amerykańskich, fars angielskich. Zająłem się pisaniem, co, niestety, nie przynosi specjalnych apanaży. Brak publicity. Cienka sprawa, bo nie traktuje się mnie poważnie jako literata.

Pierwsza książka to "40 lat minęło jak jeden dzień". - O życiu, telewizji, festiwalach w Sopocie. Kolejna składała się z felietonów publikowanych w "Gazecie Wyborczej". Potem były "Człowiek z wieszakiem - życie zawodowe i towarzyskie", "Stolik" - o stoliku w "Czytelniku" i "Rok osła". Teraz chcę wydać powieść "Salida".

Wspomina, że kiedy był w Teatrze Muzycznym, chciał napisać musical o Lechu Wałęsie. - Miał się zaczynać od sceny, gdy młody Wałęsa czeka na Danuśkę, spogląda na zegarek, ta się spóźnia z końcem pracy w budce z kwiatami. I wtedy podchodzi do niego Cyganka i mówi: - Daj Cygance parę groszy, prezydentem zostaniesz, za granicę będziesz jeździł, dużo dzieci będziesz miał, no daj starej... A on: - Spieprzaj, Cyganko, nie mam drobnych. - Z grubych też wydam. Prezydentem zostaniesz... za granicę będziesz wyjeżdżał...

Niestety, nie wyszło. Nie wszystko można napisać.

Zawsze widział drugą stronę medalu. - dobrze mi z tym było, choć nie traktowano mnie na serio. Dziś już nie chcę robić filmów. Nie chce mi się przebijać, szarpać. Rola literata bardzo mi się spodobała. Jestem niezależny od nikogo. Żadne wyścigi mnie nie interesują.

Ostatnio otrzymał list, że z powodu braku pieniędzy w telewizji jego trzy projekty nie mają szans. Może w przyszłości. - W niebie?

Tomasz Gawiński
Tygodnik Angora nr 24
14 czerwca 2012
Portrety
Jerzy Gruza

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia