Nieznośna nijakość tych czasów

"Balladyna" - reż: Artur Tyszkiewicz - Teatr Narodowy w Warszawie

Artur Tyszkiewicz zrobił z "Balladyny" spektakl ekologiczno-społeczny. Niestety, ironię Słowackiego wyparły tu telenowelowe żarty.

Przed premierą "Balladyny" w Teatrze Narodowym Tyszkiewicz zapowiadał, że w jego spektaklu będzie ona dzieckiem naszych czasów. Jak zapowiedział, tak zrobił. W efekcie nie wiadomo: śmiać się czy płakać. 

Dziewczęta z PGR-u 

Teatr, jak wiadomo, służy ostatnio do różnych celów, niekoniecznie teatralnych. Narodowy posłużył reżyserowi i scenografowi "Balladyny" Janowi Kozikowskiemu do szczytnego celu wtórnego wykorzystania plastikowych butelek, którymi w jego wizji doszczętnie zasłane jest jezioro Gopło. Oto, jak kończą nieszczęsne wodne istoty w zanieczyszczonym środowisku - zdaje się mówić Tyszkiewicz, każąc Goplanie wynurzającej się spośród butelek dusić się jak usypiająca ryba. Goplana co prawda nie ma już później problemów z funkcjonowaniem na lądzie, ale nic to - problem współczesny został w spektaklu poruszony. 

Temat degradacji środowiska zdaje się zresztą dominować w pierwszych scenach tego przedstawienia. Pustelnik nie mieszka w chatce, tylko w szafie wyrzuconej niechybnie przez niefrasobliwych rolników do lasu, koronę przechowuje w starej beczce. Skierka i Chochlik zamieszkują wielkie kontenery na śmieci i bawią się w zużytych oponach. 

Potem będziemy mieli jeszcze problem społeczny. Oto Balladyna i Alina, według zapowiedzi reżysera, dziewczęta z dawnych PGR-ów. Ich zachowanie i wygląd niespecjalnie różnią się od rozmaitych wielkomiejskich "galerianek", ale załóżmy, że to akurat fakt pochodzenia powoduje przeraźliwe dziewczęce piski, kiedy pojawia się Kirkor jeżdżący tu na złotej kanapie. 

Na środowisko dawnego PGR-u wskazuje raczej postać Grabca, który nie dorównuje wprawdzie ilością wypitego alkoholu bohaterom "Domu złego", ale bardzo się stara. 

W pogoni za serialem 

Wydawałoby się, że tych pomysłów na zastąpienie ironii Słowackiego żartami spod znaku polskich seriali wystarczy już na cały spektakl. Ale nic z tego. Sceny w zamku to przede wszystkim reklama złotych mebli dla nowobogackich. 

Tyszkiewicz zaserwuje jeszcze służących pod wodzą zdradzieckiego von Kostryna, którzy naturalnie będą przypominać faszystowskie bojówki. Wyrapuje ustami żołnierzy bitwę między Kirkorem a Kostrynem, choć teksty wykonywane w tej scenie pozostaną słodką tajemnicą dla ucha. A finałowy sąd nad Balladyną nagle monumentalnie rozegra w konwencji operowej. Chyba tylko po to, żeby Wiktoria Gorodeckaja po arii wykonanej w spektaklu Mai Kleczewskiej "Marat/Sade" miała jeszcze okazję pośpiewać i efektownie zarzęzić. 

Dzieje się w tej "Balladynie" wiele, a jakoby nic się nie dzieje. O jakiej zabawie konwencją mówimy, jeśli bohaterka grana przez Gorodeckają nie ma w sobie za grosz demonizmu prowincjonalnej, ale jednak, lady Makbet? O jakiej ironii, jeśli żarty grubą nicią szyte są gorsze niż w "Kiepskich"? Co ma wynikać z upartego pchania sztuki we współczesność? Jeśli ta "Balladyna" jest dzieckiem naszych czasów, to nie są one już nawet ciekawe, tylko zwyczajnie nijakie.

Agnieszka Rataj
Zycie Warszawy
15 grudnia 2009

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia