Nikomu nie patrzę w papiery

rozmowa z Emilianem Kamińskim

Szkoły teatralne są uczelniami wyższymi, więc muszą spełniać wymogi Ministerstwa Edukacji i odpowiednio dużo czasu poświęcić na zajęcia teoretyczne. A aktorskie rzemiosło? Na nie brakuje już miejsca. Kiedyś było więcej czasu na jego dopracowanie pod okiem majstrów - mówi EMILIAN KAMIŃSKI, dyrektor Teatru Kamienica w Warszawie.

Z Emilianem Kamińskim rozmawia Rafał Świątek

Rz: Ostatnio zastanawialiśmy się z żoną, jak spędzić wieczór. Ja chciałem iść do kina, ona wolała odwiedzić Kamienicę, bo tam sztuki są lekkie, łatwe i przyjemne. Trafnie oceniła repertuar pana teatru?

- Niezupełnie. Staram się, żeby Kamienica oferowała różne spektakle. Owszem, gramy rzeczy, które są lekkie, jak np. "I tak Cię kocham", "Botoks" czy "Piękne panie i panowie". Jest filozoficzna komedia "Testament cnotliwego rozpustnika" - umierający Don Juan spowiada się ze swojego życia.

Mamy dramaty: znakomity "Pamiętnik z Powstania Warszawskiego" czy monodram "Ta cisza to ja" o upadku artysty. Na 13 grudnia szykujemy premierę "Wrońca" na podstawie powieści Jacka Dukaja. To opowieść o stanie wojennym widziana oczami kilkuletniego chłopca.

Jednak medialny rozgłos zyskują głównie spektakle rozrywkowe z udziałem celebrytów. W "I tak Cię kocham" obsadził pan Krzysztofa Ibisza, a w "Testamencie cnotliwego rozpustnika" Katarzynę Cichopek...

- Muszę myśleć o widzu, który płaci za bilet. Mam taką generalną zasadę, że ludzie nie powinni wychodzić z Kamienicy przybici. Rzeczywistość jest wystarczająco smutna. Ale nawet komedia z pozytywnym przesłaniem musi być porządnie zrobiona. Widzowie nie kupią byle czego. Nikt ich siłą nie zagoni, jeśli nie zobaczą sprawnej reżyserii, efektownych kostiumów, wartkiej akcji i dobrego aktorstwa.

I dlatego zatrudnia pan celebrytów?

- Oczywiście, to część strategii marketingowej. Gwiazdy przyciągają publiczność. Jednak moja decyzja wynika również z sympatii do konkretnych osób. Lubię Kasię i Krzysztofa, a poza tym dużo potrafią jako aktorzy.

Krzysztof Ibisz sprawdza się na scenie?

- Żałowałem, że skończył z aktorstwem. Gdy wymyśliłem w "I tak Cię kocham" postać w typie przedwojennego amanta, przypomniałem sobie o nim. Zaprosiłem go na próbę czytaną. Popełniał błędy - przyznaję. Jednak miał kilka - jak to nazywam - strzałów, po których pomyślałem: będzie dobrze. I nie myliłem się. Sumiennie pracował nad głosem, gestami pozbywając się przyzwyczajeń prezentera. Był uparty i efekt jest znakomity.

A Katarzyna Cichopek?

- Znamy się z serialu "M jak miłość", gdzie razem gramy. To bardzo ciekawa osoba - skończyła psychologię. Nazywam ją porcelanową Japoneczką, bo jest krucha i drobniutka. Jednak gdy się z nią prywatnie rozmawia, okazuje się kobietą twardo stąpającą po ziemi. Zapytała mnie kiedyś: "Panie Emilianie, czy byłaby szansa, żebym pouczyła się u pana aktorstwa? Ze szkołą teatralną mi nie wyszło. Przez studia i pracę nie miałam na nią czasu". Chętnie udzieliłem jej lekcji. Spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu po dwie godziny. To był przyspieszony kurs dykcji i techniki gry.

Była pojętną uczennicą?

- W końcu zacząłem z nią próbować fragmenty z "Testamentu cnotliwego rozpustnika". Błyskawicznie weszła w rolę. Według mnie gra jak zawodowiec. Świetnie wygląda, a jak tańczy! Wszystkich, którzy kiedyś mówili o niej, że to "ciepła klucha", zapraszam do Kamienicy. Niech zobaczą, że potrafi być nie tylko łagodna, ale także uwodzicielska i drapieżna. Denerwuje mnie stereotypowe myślenie, jakby wyniesione z poprzedniej epoki, że ten kto nie ma dyplomu, niewiele potrafi. Kiedy przychodzą do mnie absolwenci szkół teatralnych, nie patrzę w papiery. Zapraszam na scenę i mówię: pokaż, co umiesz. Wielu nie wie, co ze sobą zrobić. Nie potrafią mówić ani się ruszać. Tymczasem Cichopek i Ibisz nie mają z tym problemów.

Czy to wina szkół, że młodzi aktorzy sobie nie radzą?

- Mam do systemu ich kształcenia wiele zastrzeżeń. Szkoły teatralne są uczelniami wyższymi, więc muszą spełniać wymogi Ministerstwa Edukacji i odpowiednio dużo czasu poświęcić na zajęcia teoretyczne. A aktorskie rzemiosło? Na nie brakuje już miejsca. Kiedyś było więcej czasu na jego dopracowanie pod okiem majstrów.

Czyli mistrzów?

- Uważam, że słowa "mistrz" czy "artysta" nie powinny być nadużywane. Tego nauczył mnie Tadeusz Łomnicki, którego kiedyś nazwałem mistrzem. Powiedział: "Emilian, ja jestem majstrem, a ty czeladnikiem i niech tak zostanie".

Obecnie chyba coraz trudniej o taką relację. Dominuje zasada podważania autorytetów...

- Dlatego młodzi ludzie wychodzą później na scenę i zamiast wypowiadanego przez nich tekstu słychać "ple, ple, ple". Tylko słowa na k i ch mówią wyraźnie. W takich przypadkach język - podstawowe narzędzie pracy aktora - przestaje być ważny. Ale skoro już go mamy, to do jasnej cholery... O widzi pan jaka ładna "cholera" mi wyszła?

Lubi pan przekląć?

- Tylko na próbach. W Kamienicy aktorzy nawet czasem pytają: "Kiedy próbujemy, bo stęskniliśmy się za twoim barwnym językiem?". Mocne słowa mogą pobudzić zespół do pracy, wyzwalają w nim energię. Tak pracowali: śp. Kazimierz Dejmek czy Kalina Jędrusik. To jest tzw. prawo sceny.

Ale we współczesnej polszczyźnie przekleństwa się zbanalizowały, często pełnią funkcję przecinków.


- Nie jestem jej admiratorem. Dzisiejszy język jest zbyt "techniczny", pełni przede wszystkim rolę informacyjną. Nie przekazuje emocji. Dlatego wolę przedwojenną polszczyznę, zwłaszcza dialekt lwowski. Miał niepowtarzalną melodię, rytm, zmiękczenia...

Dwudziestolecie międzywojenne jest dla pana ważne?

- Lata 20. i 30. były najpiękniejszym czasem dla Warszawy. W czasie wojny miasto zostało zmiecione z powierzchni. Kamienica, w której założyłem teatr, była w zgliszczach. Chcę jej przywrócić miniony klimat. Nie tylko poprzez dobór sztuk.

Jaki ma pan pomysł?

- Pracuję nad projektem "Nasza Warszawa" - zamierzamy wraz z Mostostalem Warszawa otworzyć niewielkie muzeum poświęcone międzywojniu. Będzie w nim wystawa starych instrumentów, przedmiotów i afiszów z epoki zapowiadających występy gwiazd, m.in. Mieczysława Fogga, Adolfa Dymszy. Artystycznym opiekunem przedsięwzięcia jest Staszek Wielanek. Będzie także miejsce na spotkania towarzyskie. A całość zostanie bezpośrednio połączona z teatrem. Chodzi o to, żeby widzowie spędzali w Kamienicy więcej czasu. To ma być teatr towarzyski, taki robiono przed wojną. Ludzie zostawali po spektaklach, bo czekały na nich atrakcje.

Tęskni pan za atmosferą Teatru Domowego z czasów stanu wojennego?

- Oczywiście. Grałem wtedy z kolegami w prywatnych mieszkaniach. To był nasz protest przeciw komunistycznym mediom i uniformizacji teatrów, których repertuar musiał być zgodny z linią partii. My byliśmy wolni. Występowaliśmy w najróżniejszych miejscach - zwłaszcza mieszkaniach, w których gromadziło się nieraz po kilkaset osób. Tę symbiozę aktorów z widzami próbuję dziś przenieść do Kamienicy. Gdy wychodzę do publiczności przed jakimś spektaklem, mówię: "Witam w domu". Bo Kamienica to mój dom, prawie z niej nie wychodzę.

A co na to rodzina?

- Jest najważniejsza. Staram się dzielić czas między teatr i dom w Józefowie, gdzie mieszkają moi bliscy, czyli przede wszystkim żona, synowie, a także drzewa i zwierzęta.

Czworonogi też są częścią rodziny?

- Jak najbardziej. Psom zawdzięczam życie. To było w Józefowie. Miałem dwa i pół roku, gdy w mroźną, sylwestrową noc wyszedłem z domu. Rodzice byli zajęci pracą i nie od razu zauważyli, że zniknąłem. Przypadkowo znalazło mnie małżeństwo, które szło akurat do Otwocka. Leżałem na jakimś polu otoczony przez bezpańskie psy. Grzały mnie brzuchami. Te burki zachowały się jak przyszywani rodzice. Rośliny to też moi bliscy...

Jak to?


- Bardzo lubię przyrodę. Czuję więź z naturą, a nie cywilizacją komputerów. Dlatego świerki, sosny, akację i wielką morwę, które rosną w moim ogrodzie, traktuję jak kolegów i koleżanki. Mówię do nich po prostu.

Pojawia się pan na scenie i w serialach. A co z kinem?

- Nie ciągnie mnie na duży ekran. Ważne jest moje podwórko. Tu najlepiej mi się pracuje.

***

Nawrócony gangster z komedii "U Pana Boga w ogródku" Jacka Bromskiego i Wojciech Marszałek, ojciec Magdy z serialu "M jak miłość". Z tych ról 58-letni Emilian Kamiński jest znany telewidzom. Ale jak sam przyznaje, najlepiej czuje się na scenie, gdzie nie tylko gra, ale i reżyseruje. Na scenie debiutował w 1975 roku jako d\'Artagnan w "Trzech muszkieterach" w Operetce Warszawskiej. Występował w Teatrze Na Woli prowadzonym przez Tadeusza Łomnickiego. Potem związał się z teatrami Ateneum i Narodowym. W latach 80. - na znak protestu przeciw polityce władz PRL - współtworzył podziemny Teatr Domowy. Za zaangażowanie w walkę o wolność słowa otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.

W 1993 roku zdobył nagrodę jury i publiczności za monodram "Kontrabasista" na Festiwalu Teatrów Jednego Aktora w Toruniu. W tym samym roku zagrał Janosika w spektaklu muzycznym "Na szkle malowane". W ubiegłym roku, po wielu latach starań, otworzył własną scenę - Teatr Kamienica. Jest mężem aktorki Justyny Sieńczyłło i ojcem trojga dzieci.

Rafał Świątek
Rzeczpospolita
27 listopada 2010

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...