Nonszalanckie stanie na niemożliwie długiej

"Śluby panieńskie " - reż. Krzysztof Pluskota - Krakowski Teatr Scena STU

apety w wiejskim domostwie Pani Dobrójskiej gdzieś na wschodzie Polski całe są w podobiznach niepokojących flamingów karmazynowych. Tak te ściany zobaczyła Katarzyna Wojtowicz, autorka scenografii do wyreżyserowanych przez Krzysztofa Pluskotę w Teatrze Scena STU "Ślubów panieńskich" Aleksandra Fredry.

I jeszcze jeden niepokój, jeden, lecz w istocie w szóstej potędze, przemyciła. Drzwi w tylnej ścianie, po lewej i prawej stronie, drzwi, przez które wciąż ktoś wchodzi lub wychodzi, to w istocie nie są drzwi, lecz, na podobieństwo słynnych matrioszek, jest to troje drzwi różnej wielkości w jednych drzwiach, od małych, po duże. Po lewej i prawej stronie więc troje drzwi w jednych drzwiach, czyli klamek w sumie sześć. Sześć powodów do niepokoju, bo którą klamkę nacisnąć, by znaleźć się w korytarzu, co nie prowadzi do miłosnej katastrofy, lecz do miłosnego spełnienia? Albo do świętego spokoju, a nie do potwornie szarpiących nerwy kłopotów? Na razie zostawmy klamki na boku, wróćmy do stada zamarłych karmazynowych flamingów.

Czwartek

W arcydziele Fredry - dni i noce w okolicach roku 1831, może trochę wcześniej, może odrobinę później. Jedno wszakże niewątpliwe: to czas dla Polski kłopotliwy wysoce, powiedzmy łagodnie - to czas bycia incognito nie z własnej woli, czas bolesny i ciemny. I oto - bo tak chce Fredro - w środku takich dni i nocy, w polskim wiejskim dworku na wschodzie Ojczyzny nie dość, że, jak by to ujął Witkacy, bardzo przyjemny panuje nastrój tak po podwieczorkach wszystkich, jak i przed wszystkimi podwieczorkami, to - gdyż tak zdecydowała Wojtowicz - na domiar złego smaku stado flamingów karmazynowych nęci ze ścian swymi niepokojąco falującymi szyjami, nonszalancki staniem na jednej, niemożliwie cienkiej i długiej nodze, zwłaszcza zaś dziobem intrygująco wygiętym i palce ludzkie przyciągającym jak magnes opiłki żelaza...! Rzecz jasna, nie są to moje pretensje. To jest streszczenie pretensji, jakie panowie Seweryn Goszczyński, Wincenty Pol, Leszek Dunin-Borkowski i inni, pomniejsi, lecz porównywalnie nawiedzeni, mieli do pisarstwa Fredry za życia jego i jakie by z pewnością mieli, gdyby naszych czasów dożyli, do pana Pluskoty, a zwłaszcza do pani Wojtowicz. No bo jakże to, droga pani! Oto Polska w potrzebie, Polska w wielkiej, morderczej, krańcowej potrzebie - a pani lekką łapką umieszcza na ścianach erotycznie powyginane ptaki, te pierzaste, sztucznie omdlałe modelki z półwyspu Jukatan, z Antyli Holenderskich albo z wysp Galapagos, żywiące się odsysaną krzywymi dziobami spod powierzchni bagien cienką papką chudego planktonu! O, zgrozo! W chwili dla Ojczyzny kluczowej jakieś karmazynowe flamingi pani serwuje na ścianach, a nie nasze polskie, piastowskie, pochłaniające dziennie kilogramy krwistego mięsa, krzepkie i do boju zagrzewające Orły Białe w koronach ze złota!

Piątek

Tak, dokładnie za to Fredro był za życia biczowany polemicznie. Ojczyzna w potrzebie, a on nie ma w pisarstwie swoim nic do powiedzenia Polakom. Nic, co jest istotne w wielkich chwilach potrzeby wielkiej, a chwila, w której trzeba ducha krzepić i o wolności nie pozwalać zapomnieć, to jest naprawdę wielka chwila potrzeb naprawdę wielkich. A Fredro - co? Nic, jeno komedyjki kleci, komedyjki być może finezyjne, ale o czym właściwie? Hę? O jakiej ważkiej dla Polski sprawie? Hę, hę? Jakich palących problemów dotykające? Hę, hę, hę? O co walczące? Czego nauczające? Przeciw czemu wojujące? Co zepsutego w Ojczyźnie próbujące zreperować? Jakie demony chcące z duszy Narodu wypędzić? Angażujące się po której stronie? Hę, hę, hę, hę, hę? "Wszystko to bardzo liche jest" - szczekali. Szydzili zupełnie bez sensu: "Jego wiersz gładki jest, to wymanierowanie języka trybem francuskim, bez oryginalności, bez indywidualnej barwy, bez odcienia charakterów. Płynny jak woda, ma też smak wody". I jeszcze, że komedyjki te "niesłusznie są zachwalane, bo ani w nich wyższej idei, ani głębszego pojęcia charakterów, ani dowcipu nie ma, są to tylko wierszowane obrazki ckliwego życia wielkiego świata, bez krytyki na jego słabe strony".

Słowem, opowiastki Fredry są nienarodowe, nie da się wyłuskać z nich ani cnót Narodu, godnych wywyższenia, ani wad Narodu, godnych wyplenienia. Amen.

Niedziela

Brak wyższej idei. Tak, to było dla nawiedzonych patriotów najgorsze u Fredry. Czyli fakt, iż fundamentalnym powodem jego pisania zawsze okazywało się odwieczne istnienie tej banalnej i zarazem cudnie migotliwej jakości, zwanej naturą ludzką, objawiającą się w nieskończonej liczbie odmian, na przykład jako pokrętnie śmieszna natura ludzkiej miłości. Nic więcej. Brak wyższej idei - to jest też ułomność, która w dzisiejszych czasach teatru histerycznie zaangażowanego społecznie być może doprowadzi Śluby panieńskie Pluskoty do zguby, do recenzenckiego ostracyzmu milczącego. Dla Pluskoty fundamentalnym i jedynym powodem wystawienia Ślubów panieńskich Fredry nie były bolączki Polski współczesnej, były .nim Śluby panieńskie Fredry, ich ażurowa doskonałość, cudowna prawda ich puchowej sztuczności. Czy muszę wyjaśniać, że na tym, dokładnie na tym, polega smakowitość seansu w STU?

Wtorek

Przez dwie godziny wije się więc na tle pokrętnych karmazynowych flamingów pokrętnie śmieszna natura ludzkiej miłości. Radost (Grzegorz Mielczarek), Pani Dobrójska (Maria Seweryn), Aniela (Paulina Konrak), Klara (Joanna Pocica), Gustaw (Aleksander Falkowski), Albin (Jan Romanowski) i sługa Jan (Marek Litewka) - przez dwie godziny, jedną z sześciu klamek wciąż od nowa otwierając kolejny uczuciowy korytarz, wić się będą w tym przez Fredrę finezyjnie skonstruowanym labiryncie miłosnych gierek, udawania, igrania fałszywymi śladami, a nade wszystko - labiryncie niepowtarzalnie tańczącego języka i sztuczności zachwycająco gęstej.

Środa

Gęstość i taniec. To w "Ślubach panieńskich" Pluskoty zdaje się być najistotniejsze. I nawet jeśli nie wszystko jest nieomylne, a przecież tak właśnie jest, to kiedy patrzy się na duet, powiedzmy sobie, starszych, gdy patrzy się na Marię Seweryn i Grzegorza Mielczarka, jak lekko zmieniają emocje w małe teatrzyki gestów lub małe operetki tików twarzy, i kiedy słucha się ich gadanych arii, tego wyciskania z fraz Fredry wszystkich błysków tych fraz - to wcześniejsze momenty omylne, choćby słabsze, jakby senne, zbyt oczywiste, zbyt jednoznaczne momenty figur młodszych, przestają uwierać. A na końcu okazuje się znienacka, że, jakby za dotknięciem palca Witolda Gombrowicza, ten strasznie niepolski seans jest w istocie strasznie polski, gdyż nie jest polski interesownie, instrumentalnie, ze z góry założoną, nieuchronnie szlachetną tezą. Po prostu nie jest polski po coś, a jest polski po nic

Czwartek

Pluskota być może zostanie zabity milczeniem, ale nie sądzę, by przejął się akurat takim swoim trupem. Umie czytać ze zrozumieniem i zdaje się, że będzie tego się trzymał. Przestudiował "Śluby panieńskie" i znalazł w nich teatr czysty, w nic nieuwikłany. Po czym zapewne sięgnął po "Nowego Don Kiszota" - wierszowany utwór Fredry, utwór, który paszkwilantów Fredry doprowadzał do bydlęcej wściekłości - i odczytał sobie na głos tę mądrą frazę:

"Trzeba być wariatem,

Aby chcieć świat przerobić,

walczyć z całym światem!".

Już wiedział, co należy zrobić. Myślę, że uśmiechnął się lekko.

Paweł Głowacki
Miesięcznik Kraków
8 grudnia 2017

Książka tygodnia

Gilliamesque
Wydawnictwo Planeta
Terry Gilliam

Trailer tygodnia