Nora w Norze

albo lokalizacja norweskiego fin-de sièclu w polskich wczesnych latach-90-tych

Gruby mąż, chuda żona, troje dzieci, służąca, brodaty doktor, staruszkowie po przejściach nagle odnajdują się w środku matrymonialnego cyklonu, małżeńskiej apokalipsy z której tylko służąca wyjdzie bez uszczerbku na zdrowiu.

Pierwsza telewizyjna adaptacja dramatu Henrika Ibsena z po przemianie ustrojowej, kolejna, druga już po próbie Englerta z 1975, doskonale wpasująca się w czas w którym powstała, gdy wraz z otwarciem wolnego rynku, pojawiać zaczęła się klasa średnia będąca odpowiednikiem warstwy społecznej do której należało małżeństwo Helmerów. Ibsena, mam wrażenie, nie muszę przedstawiać, bo wszyscy wtajemniczeni w arkana, mieszkający między Caroline Island(najbardziej wysunięty na wschód punkt na naszej planecie) a wyspą Attu na Alasce(najbardziej zachodni punkt na naszej planecie, w obu wypadkach pomijając południk 180 stopni) mniej więcej wiedzą kim był, czym się zajmował, czy hodował norweskie koty, czy miał wpływ na George'a Bernarda Shawa i tym podobne. Nora zwana też Domem Lalki, zadebiutowała 21 grudnia 1879 w Det Kongelige Teater w Kopenhadze, uważana jest za prekursorską, ponieważ była pierwszym utworem dramatycznym poruszającym wątki praw kobiet i z czasem została wpisana w kanon mitologii feminizmu, stając się jednym z najczęściej wystawianych przedstawień na całym świecie.

Ale wróćmy do Polski, zimy 1994 i do Teatru Telewizji. Właściwie prawie całość utworu Ibsena w tłumaczeniu Jerzego Frühliga została wiernie przeniesiona na ekran telewizyjny, mamy dzień nocy wiligijnej albo jesteśmy tuż tuż przed ową nocą, w mieszkaniu na piętrze w stolicy Norwegii Oslo, zajmowanym przez mieszczańskie małżeństwo Helmerów, Ona - Nora (Danuta Stenka), rozhukana, roześmiana właśnie wróciła z zakupów, On – Torwald (Janusz R. Nowicki) stateczny i poważny, właśnie został dyrektorem Banku Aukcyjnego, po niezbyt owocnej karierze adwokackiej, tymczasem w progi wstępują równocześnie doktor Rank (Janusz Michałowski) przyjaciel Helmera od małości oraz Krystyna Linde (Teresa Budzisz- Krzyżanowska) przyjaciółka Helmerowej od małości, do których dołącza później tajemnicza postać Krogstada(Henryk Bista). Dowiadujemy się z rozmowy między Krystyną a Norą, że ta druga nie jest taka lekkomyślna i niedojrzała jak mogłoby się wydawać, ale ukrywa przed mężem pewną tajemnicę związaną z pożyczką pieniężną na wyjazd na kurację do Włoch. Rozwiąznie i wyjaśnienie tej tajemnicy zajmuje dalszą część dramatu, okazuję się że wszyscy bohaterowie mają jakieś przejścia, traumy i namiętności ukryte za fasadą szacowności, które tłumione w końcu wychodzą na światło dzienne niczym zbutwiałe szkielety (i mole) z szafy. Stawiają czoła przeznaczeniu, praktycznie wszyscy nawet z - dosyć miałkim jako czlowiekiem - doktorem Rankiem, oprócz Torwalda, któremu rzeczywistość burzy schematy z gracją detonacji bomby atomowej nad Hiroszimą.

Większość akcji dzieje się właściwie w dwóch pomieszczeniach- pokoju dziecinnym i salonie- plus na klatce schodowej, która w żadnym razie nie należy do klasy pomieszczeń, pozostając mimo to strefą zamkniętą. Dekoracja jest zgodna z epoką, pod tym względem nie nic do zarzucenia, nawet rewers z fałszywym podpisem ojca Nory przyniesiony przez Krogstada , wygląda autentycznie. Ujęcia kamery podkreślały grę świateł na twarzach, płomienie odbijające się w źrenicach i soczewkach oczu kontrastujące z ponuruścią tła. Panująca wszędzie ciemność nadawała dosyć ponury i dołujący wydźwięk całości, co wyraźnie odróżnia ją od wizji samego Ibsena, zgodnie z którą w pierwszym akcie światła choinki rozświetlały szczęścia ogniska rodzinnego by zmienić się w ciemności nocy na samym tragicznym końcu, tymczasem od samego początku adaptacji Teatru Telewizji towarzyszy nam duszna atmosfera zaciemniona ciężkimi kotarami, podkreślając tym samym sztuczność, słusznie, panującą u Państwa Helmerów ale mimo wszystko po jakimś czasie traciła ona swoją siłę rażenia, na rzecz pytania dlaczego jest u nich tak ciemno? Czy nie słyszeli nigdy o odsłanianiu zasłon i firanek?

Ścieżka dźwiękowa jest dosyć archaiczna nawet jak na standardy pierwszej połowy lat 90-tych ubiegłego wieku, dominującą rolę odgrywa syntezator z jednej strony strony pogrywając radosny, dziecinny główny motyw towarzyszący nam od pierwszej do ostatniej sceny, w bardziej ponurych momentach przeciągając jeden dźwięk w nieskończność. Muzyka współgra z uczuciami głównej bohaterki, ale ogólnie nie pasuje do grobowej atmosfery dekoracji adaptacji.

Wszyscy aktorzy doskonale zagrali powierzone im role, miałbym jedynie pretensje co do doboru, wyobrażałem sobie cały główny czworokąt Krogstad- Krystyna- Torwald-Nora jako odrobinę młodszy, szczególnie biorąc pod uwagę fakt że Krogstad wierzył jeszcze że jest w stanie zrobić karierę w banku, tymczasem mamy starca który znajduję się bliżej grobu niż doktor Rank, będąc w takim wieku raczej nikt nie marzyłby o dalszej pracy. Torwald nadawałby się z kolei, bardziej na dziadka niż ojca swoich dzieci.

Izabella Cywińska przedstawiła nam tak naprawdę nieznaną Norę, inną od tej którą znamy z dzieła Ibsena, Nora ta przeżywa wszystko dużo bardziej niż jej książkowy orginał, nawet jej sztuczność jest podszyta ukrytymi emocjami, jej dziecinność jest głośna, jak gdyby chciała ogłościć ją całemu światu prosto w oczy, w momencie gdy Torwald decyduje się w końcu przeczytać listy, wydaje z siebie niemy krzyk rozpaczy. Podczas ostatecznej rozmowy załamuje się, nie widać w niej zimnego skandynawskiego wyrachowania, jest to spolszczona Nora, Nora ekstrowertyczka ale z uciętymi pazurami, krzyk do stu tysięcy diabłów brzmi zdecydowanie za cicho jak na osobę znajdującą się w jej sytuacji. Problemem jest również pominięcie pewnych scen jak np. tej w którj Krogstad grozi Norze zepchnięciem w wodę, gdzie jej ciało ulegnie rozkładowi i po wydobyciu nikt jej nie rozpozna, co trochę zmieniło jego postać z groźnego pomyleńca głęboko skrzywdzonego przez Torwalda, do sympatycznej ofiary, nad którą litujemy się od pierwszego pojawienia się w naszym polu widzenia. Odniosłem wrażenie że reżyserka nie wiedziała czy chce przedstawić Dom Lalki jako tragikomedię, komedię pomyłek czy jako coś głęboko tragicznego, jak by bała się przekroczyć próg dzięki któremu Nora zmieniłaby się komedię (patrz np. zmiane ostatecznej rozmowy między Norą a Torwaldem podczas której ona zaprasza go by usiadł na krzesło by nareszcie poważnie wymienić zdania, w adaptacji Cywińskiej Torwald zostaje poniżony, ośmieszony i nagi niczym cesarz w baśni Andersena) użycie muzyki podkreślało komiczność sytuacji cała reszta nadawała, standardowy tragiczny wymiar zamyślony przez autora.

Michał Grossman
Dziennik Teatralny Warszawa
15 stycznia 2022

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia

700. Krakowski Salon P...
Anna Dymna
W najbliższą niedzielę 23 stycznia, j...