Nowe szaty króla.

Teatr Mesebolt na festiwalu w Kecskemét.

Jest w Szombathely (Węgry) Teatr Lalek Mesebolt. Kieruje nim od kilku już dobrych lat Géza Kovács. Géza Kovács to legenda węgierskiego lalkarstwa, z pewnością jedna z legend. Będąc twórcą w średnim wieku ma za sobą niezwykłą karierę. Był ulicznym performerem, występował jako aktor i lalkarz w wielu przedstawieniach, reżyserował dziesiątki spektakli, kierował kilkoma instytucjonalnymi teatrami, organizował festiwale, wychował plejadę twórców należących do młodego i najmłodszego pokolenia węgierskich lalkarzy.

Jego nazwisko otwiera rozmaite drzwi. On sam utorował drogę do kariery niejednemu artyście. I wciąż tworzy, ale też kieruje teatrem, który bez wątpienia należy do najciekawszych scen na Węgrzech. Kovács prowadzi swoisty teatr-laboratorium, nie boi się eksperymentowania, po raz kolejny przebudował zespół, zaprosił do współpracy wielu aktorów, których wcześniej w Mesebolt nie widziałem. I poszukuje: nowych tematów, nowych środków teatralnych, nowych artystów. W dzisiejszych czasach, silnie skomercjalizowanych, niewielu teatrom udaje się zachować równowagę między powinnościami wobec widzów i służbą wobec sztuki. W Mesebolt to się udaje.

Właśnie obejrzałem na XIV Spotkaniach Węgierskich Teatrów Lalek w Kecskemét najnowszy spektakl Teatru Mesebolt – Nowe szaty króla. Reżyserował go młody twórca Tamás Somogyi. Podstawą inscenizacji jest znana baśń Andersena, ale napisana na nowo przez pisarza Lajosa Parti-Nagy. Podobno już w sferze literackiej ta wersja Nowych szat króla jest zajmująca, współczesna, ale inscenizacja z pewnością tę współczesność uwydatnia, silnie akcentuje. Nie rozumiejąc języka nie mogę oceniać warstwy słownej przedstawienia. Z tym większą radością chłonę teatr, bo nie tak często się zdarza oglądać przedstawienie, adresowane w zasadzie do widza dziecięcego, które może nawet w większym stopniu angażuje i skupia uwagę dorosłych. Powstał bowiem spektakl całkowicie współczesny, choć nie stracił swojej baśniowej wykładni.

Na pustej scenie, po jej obu stronach, znajdują się dwa prostopadłościany zasłonięte ruchomymi białymi roletami. Prawy kubik jest jakby garderobą aktorską. Po odsłonięciu rolet widzimy dwoje aktorów zastanawiających się nad przyszłymi zadaniami. Właśnie ogłoszono rodzaj konkursu na nowe królewskie szaty. To może być przecież zadanie aktorskie. W ten sposób twórcy od samego początku uruchamiają oryginalną perspektywę interpretacyjną. Jesteśmy w świecie teatru. W świecie nowoczesnego, performatywnego teatru.

Autorami znakomitej, skrótowej i uniwersalnej zarazem scenografii są György Árvai i Edit Szűcs. Pomiędzy kubikami, pojawiają się ministrowie i zarazem dworacy panującego władcy. To aktorzy. Mają oryginalne kostiumy. Minister skarbu nosi na głowie mały hotelowy sejf, a jego kostium mieni się węgierskimi banknotami. Są krawcy, jeden z naparstkiem na głowie, w sfastrygowanym tylko kostiumie, jest i minister bezpieczeństwa, tu w roli szefa ochrony osobistej króla. Tylko król jest lalką: o plastykowym obliczu, z fryzurą mogącą kogoś przypominać, a może nie, w kostiumie staroświecko-ekstrawaganckim, no ale przecież sens jego panowania to dbałość o własny image. Aktorzy rozciągają pomiędzy kubikami białe grube linki, wyznaczające odtąd przestrzeń gry. Powstaje rodzaj pajęczej sieci utkanej z poziomych linii. Można się poruszać tylko w tej przestrzeni. To niezwykła metafora ograniczenia wolności, swobody, indywidualnego myślenia i działania. Struktura tak symbolicznie nakreślonego państwa określa panujące w nim zasady. Bezwzględne i jednoznaczne. Wkraczamy w przestrzeń polityczną, choć to tylko interpretacje, indywidualne lektury przedstawienia. Aktorzy-dworacy też poruszają się schematycznie, hierarchia ich funkcji jest dokładnie określona. Pewien dysonans wprowadzają szukający zajęcia aktorzy z prawego kubika. Otrzymują zlecenie – mają uszyć nowy królewski kostium. Te czynności odbywają się w lewym kubiku. Czasem oglądamy podświetlone na roletach sylwetki szyjących, widzimy pusty wiszący wieszak na ubrania, czasem rolety się odsłaniają, królewscy dworacy dokonują wizytacji i oceniają postępy prac. Kiedy dochodzimy wreszcie do oficjalnej przymiarki królewskiego stroju, oglądamy lalkę króla z plastykową głową, drewnianymi rękoma i nogami, i przezroczystym okrągłym korpusem. Jakieś dziecko na widowni krzyczy, że król jest nagi. Zaczyna się krótkotrwała pogoń za krnąbrnym widzem, który znika w kulisach sceny. To element przedstawienia. Ale prawdy zasłonić się już nie uda. Dwór ucieka w popłochu, dwoje aktorów opuszcza scenę, odsłaniając po drodze horyzont i ujawniając teatralne zaplecze. To gra, to teatr.

I wychodzimy z przedstawienia ze świadomością uczestniczenia w czymś wyjątkowym. Widzieliśmy klasyczną baśń. Prostą. Pięknie pomyślaną. Doskonale zagraną przez aktorów Teatru Mesebolt. Ale przez godzinę snuliśmy się w rzeczywistości metafory, rozpoznawaliśmy zupełnie inny świat niż ten z Andersenowskiej baśni. Świat, w którym żyjemy na co dzień. I tu nad Dunajem, i tu nad Wisłą. Teatr znów splótł się z rzeczywistością. I dlatego jest tak atrakcyjny.

Marek Waszkiel
Blog Marka Waszkiela
6 października 2018

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia