Nowe wcielenie Frankensteina

"Młody Frankenstein" - reż. Jacek Bończyk - Teatr Rozrywki w Chorzowie

Frankenstein powrócił! Reżyserski geniusz objawił się na chorzowskiej scenie Teatru Rozrywki w postaci Jacka Bończyka, który wziął na warsztat „Młodego Frankensteina" i stworzył coś, na co od dawna czekała śląska publiczność – spektakl, który docenią najwięksi malkontenci. Polska prapremiera musicalu opowiadającego o losach zdolnego naukowca zachwyca w każdym calu. Ostatnią porównywalną produkcją była „Rodzina Adamsów" w reż. Jacka Mikołajczyka, wystawiona w Gliwickim Teatrze Muzycznym.

Spektakl nawiązuje zarówno do kinowej wersji „Młodego Frankensteina" z 1974 roku, czyli amerykańskiej komedii grozy Mela Brooksa, jak i do powstałego w 2007 roku musicalu, wyreżyserowanego przez wspomnianego producenta specjalizującego się właśnie w parodiach znanych dzieł. W przypadku opowieści o potomku Frankensteina twórczo przetworzono powieść angielskiej pisarki Mary Shelly. Formuła komedii parodiującej horrory sprawdziła się w USA, a film uzyskał osiem nagród i sześć nominacji, w tym dwie do Złotych Globów i Oskara! Teraz czas na podbój serc polskiej publiczności.

„Młody Frankenstein" jest już drugim, po „Producentach", kasowym musicalem Mela Brooksa i Thomasa Meehana, który wystawiono w Teatrze Rozrywki. To opowieść o transformacji, wewnętrznej przemianie i o tym, że nic nie jest takie, jakie zwykło się wydawać. Jak w dobrej amerykańskiej komedii slapstickowej, pełno tu zabawnych gagów, które śmieszą i potrafią wyrwać nawet największego smutasa z zimowego letargu. Dominuje abstrakcyjny humor rodem z Monty Pythona oraz komizm sytuacyjny i postaci.

Ten straszno-śmieszny musical stanowiący pastisz tradycyjnego horroru, zapewnia trzy godziny dobrej zabawy i terapii śmiechem. Jak wiadomo śmiech wydłuża życie, więc twórcy musicalu zadbali nie tylko o wrażenia artystyczne i estetyczne doznania, ale i o kondycję widzów. Spektakl jest miły, lekki i przyjemny. Rozczaruje się ten, kto liczył na skomplikowaną akcję, aluzje, podwójne dno, czy ukryte sensy. Nic podobnego nie ma tu miejsca. Fabuła jest prosta, przejrzysta i dobrze zbudowana. Jednakże w warstwie konstrukcyjnej widać wyraźny dysonans pomiędzy pierwszą i drugą częścią. W pierwszej akcja jest żywiołowa, a zżarty sypią się jak z rękawa, natomiast druga - bardziej stonowana, akcja zwalnia, występują przydługie sceny tańca rewiowego. Jednakże i z tego realizatorzy wybrnęli obronną ręką, serwując publiczności soczyste żarty oraz potężną dawkę dobrej muzyki okraszonej doskonałym tańcem.

Akcja musicalu toczy się w owianej złą sławą Transylwanii, kojarzonej głównie z hrabim Draculą. Właściciel gotyckiego zamczyska i ojciec chrzestny budzącego postrach monstrum, Wiktor Frankenstein zmarł, jednakże pozostawił po sobie potomka – swego wnuka. Teraz to on ma przejąć schedę po przodkach. Umarł król, niech żyje król - chciałoby się rzec. Wbrew oczekiwaniom dziada, młody Frankenstein nie skory jest do pozostawienia ciepłej posady na nowojorskiej uczelni oraz porzucenia ponętnej narzeczonej (Wioletta Białk) i powrotu do rodzinnych stron. Jednakże pchany ciekawością i chęcią spieniężenia majątku wyrusza w podróż do Transylwanii, gdzie poznaje Igora (Dariusz Niebudek) i żywiołową Ingę (Anna Surma). Po lekturze księgi zapisanej przez swego dziada, dowiaduje się, że nie był li tylko szaleńcem, ale naukowcem, podobnie jak on i.... nieoczekiwanie zmienia swoje poglądy. Odkrywając sekrety rumuńskiego zamczyska, rozbudza w sobie nowe pasje i ducha Frankensteinów.

To tyle, jeżeli chodzi o historię. Jednakże cały kunszt łączy się nie z narracją, a ze sposobem realizacji. Prawdziwym czarodziejem przenoszącym widzów do wyimaginowanego świata Frankensteina jest Grzegorz Policiński, scenograf, który słynie z tworzenia scenografii do telewizyjnych produkcji filmowych (m.in. Los Chłopakos w reż. Gerwazego Reguły, Metanoja w reż. Radosława Markiewicza oraz Hi Way w reż. Jacka Borusińskiego). Ma na swoim koncie także scenograficzną oprawę koncertów, widowisk i programów muzycznych jak chociażby dla Krzysztofa Pendereckiego, Wojciecha Kilara, czy Jerzego Maksymiuka. Mając na uwadze powyższe nie dziwi fakt, że na deskach chorzowskiego teatru Policiński wyczarował kilkumetrowy transatlantyk przypominający Titanica, gotyckie laboratorium, czy zamczysko – wszystko wygląda równie wyśmienicie. Niektórzy mogą uznać, że pewne elementy wyglądają kiczowato, ale to subiektywne wrażenie. Paleta rozwiązań scenograficznych jest olbrzymia. Zastosowano tu m.in. fortel typowy dla kina niemego, kiedy miejsca akcji sygnalizowano za pomocą tabliczki. Genialnym rozwiązaniem jest scena jazdy na wozie, w której ekran wykorzystano do projekcji drogi wiodącej do zamczyska. Dziś coraz częściej w teatrze stosuje się ekrany, jednakże nie zawsze z takim wyczuciem jak w Rozrywce. Tym razem był to prawdziwy majstersztyk.

Równie mocną stroną musicalu jest muzyka, która wprowadza widza w atmosferę grozy i tajemniczości, zapowiadając pełnokrwisty horror. Już po pierwszej scenie wiadomo, że reżyser zadrwił z konwencji i bawi się formą.

Nie ma tu złego aktorstwa, ale najjaśniej świeci gwiazda Dariusza Niebudka. Stworzył genialną postać Igora, wiernego pomocnika doktora Frankensteina. Budując postać stworzył swoisty mikrokosmos. Skupił się na mowie ciała, repertuarze gestycznym oraz sposobie wysławiania się, czyli holistycznie podszedł do sprawy, co zaprocentowało gromkimi brawami. W taki oto sposób powstała kreacja idealna, którą na długo zapamiętamy. Wtóruje mu Artur Święs, odtwórca roli dr Fryderyka Frankensteina. Jego rola nie jest już tak spektakularna, ponieważ reprezentuje sceptyczny świat nauki, aczkolwiek nawet on podlega wewnętrznej przemianie. Każdy z aktorów zbudował pełnokrwistą postać. Prawdziwą mistrzynią jest tu Frau Blücher (Maria Meyer), która stworzyła zagadkową postać i obdarzyła swą bohaterkę iście germańskim akcentem. Metamorfozę przechodzi także postać Elżbiety Benning (Wioletta Białk), która z cnotliwej i zadufanej w sobie aroganckiej celebrytki, staje się pożądliwą kochanką pałająca uczuciem do potwora stworzonego przez Frankensteina. Ot, zbawcza moc prawdziwej miłości.

Najnowsza produkcja chorzowskiego Teatru Rozrywki to zdecydowany hit wiosny, a nawet roku! Podczas konferencji prasowej zorganizowanej tuż przed premierą Dariusz Niebudek powiedział: - Nasz spektakl to powrót do tradycyjnej funkcji rozrywkowej teatru – widzowie powinni przyjść i dobrze się bawić! – I tak jest w istocie. Musical „Młody Frankenstein" to realizacja funkcji ludycznej sztuki teatralnej. Widz ma po prostu przyjść, rozsiąść się wygodnie w fotelu i zapomnieć o bożym świecie przez bez mała trzy godziny. Idealny plan, brawurowa realizacja, ot sukces murowany. Inteligentny humor, doborowi aktorzy i dynamiczna akcja nie pozwalają na chwilę nudy. Ale nie byłoby tego sukcesu bez genialnego przekładu libretta autorstwa Grzegorza Wasowskiego, który wplótł w amerykańską historię także i polskie wątki. Tak oto dowiadujemy się, że Frankenstein czyta „Antka" i doskonale orientuje się w ikonach polskiej literatury. Pojawiają się także odwołania do innych teksów kultury. Śledztwo prowadzone przez inspektora Hansa Kempa (Jarosław Czarnecki) przypomina dochodzenie rodem z filmów Hitchcock'a. Miłosne ekscesy zostały opisane pod maską sportowych rozgrywek, dzięki czemu nawet najbardziej pruderyjni przymkną oko. Jednakże nawet w tak ludycznym i nastawionym na realizację funkcji zabawowej spektaklu można odnaleźć puentę i przesłanie. Reżyser kwituje spektakl wyraźnym przesłaniem, pokazując, że niekoniecznie to, co widzimy, jest tym, czym się wydaje, a każda jednostka ma prawo do zmiany, wewnętrznej transformacji. Czyż potwór jest w istocie potworem? Czymże jest nazwa? – dopytywał Szekspir już kilka wieków temu.

Magdalena Mikrut-Majeranek
dla Dzienika Teatralnego
7 maja 2016
Portrety
Jacek Bończyk

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia