Nowy wymiar Ślubu

"Ślub" - reż. Anna Augustynowicz - Teatr Współczesny w Szczecinie

Do pewnego momentu byłam przekonana, że nie można zaadaptować „Ślubu" lepiej niż Jarocki. Potem stało się tak, że natknęłam się na inscenizację tego dramatu dokonaną przez Annę Augustynowicz i pomyślałam sobie, że już nigdy, bez względu na geniusz, z jakim się spotkam, nie wyciągnę pochopnych wniosków.

Głównym zadaniem każdego reżysera, który chce podjąć się wystawienia mistrza Gombrowicza na scenie teatralnej, jest gotowość do zmierzenia się z próbą odpowiedzi na pytanie o Formę oraz o konflikt z nią. Anna Augustynowicz zdecydowanie dała sobie radę - nie tylko podjęła się nie lada wyzwania, ale też z całą powagą wzięła sobie do serca wskazówki samego autora. Dzięki świadomości reżyserki powstał spektakl nad wyraz prosty, niemal ascetyczny, a do tego tak wybitny i poruszający, że chwilami brakuje słów.

Niezwykłość tego spektaklu opiera się na trzech filarach: prostocie, konsekwencji w utrzymaniu tematu zawartego w dramacie i genialnym aktorstwie (na szczególną uwagę zasługuje Grzegorz Falkowski).

Akcja spektaklu rozgrywa się na pustej scenie. Jedyną scenografią (za którą odpowiedzialny był Marek Braun) jest długi drewniany stół, kilka krzeseł i taboretów oraz mały konfesjonał. Za dopowiedzenie sobie reszty odpowiedzialny był sam widz.

Przestrzeń, w jakiej rozgrywa się akcja, jest oniryczna. Główny bohater śni, a same postacie są jedynie wytworem jego wyobraźni. Henryk w pewnym momencie przeistacza się w reżysera spektaklu, a prowadzona opowieść staje się dla niego rodzajem wyzwolenia. Bohater w gruncie rzeczy nie zmaga się ze światem zewnętrznym, ale ze światem wewnętrznym. Usiłuje walczyć z samym sobą, ze swoimi lękami i fobiami, z bólem i targającymi nim sprzecznymi emocjami: z jednej strony chciałby znaleźć miłość idealną, a z drugiej – marzy o rodzaju erotycznej perwersji; z jednej strony jest ogromną indywidualnością, którą cechuje bezkompromisowość i nieugiętość, a z drugiej – szuka powszechnego uznania i akceptacji.

Henryk sam powołuje do życia postaci obecne w dramacie i to on nadaje kształt całej historii. Powracając we śnie do rodzinnego domu, bohater ma wrażenie, że widzi wszystko jak w krzywym zwierciadle: sam dom przypomina szemraną karczmę; rodzice niby są za nim stęsknieni, ale jakby nie do końca, a do tego Mania – niegdyś narzeczona, a dziś służąca w rzeczonej karczmie.

Dusza Henryka dzieli się niejako na dwie części: jasną i ciemną, a każda z tych części uosobiona jest w konkretnych osobach. Jako jasną stronę można potraktować postać Władka (Jędrzej Wielecki) – wiernego i oddanego przyjaciela, a także bacznego obserwatora. Jest urzekająco niewinny i może symbolizować tęsknotę głównego bohatera za wolnością. Ciemna strona natomiast jawi się w postaci Pijaka (Arkadiusz Buszko), który burzy Henrykowi i tak już zachwiany i rozpadający się wewnętrzny spokój, przywołuje poczucie niepewności, a także wrażenie wewnętrznej destrukcji i nieopanowanego chaosu.

Sam Falkowski, na którego zwracałam już uwagę na samym początku, jest prawdziwym objawieniem. Szczerze nie spodziewałam się, że osiągnie tutaj, u Augustynowicz, prawdziwy szczyt swoich możliwości, a tym samym pokaże, jak wybitnym jest aktorem. Przez rolę Henryka stworzył kreację wielką i niepowtarzalną – taką, o której skrycie marzy każdy aktor. Przez całe dwie godziny trzymał widza w garści, dyktował mu każdy ruch, każde spojrzenie i najmniejszy gest. Warto w tej chwili zwrócić również uwagę na kwestię być może banalną, a mianowicie – na ubiór. Falkowski jest skąpany w czerni, i to mu w pełni wystarcza. Jest dowodem na to, że prawdziwy talent obroni się sam, bez potrzeby zasłaniania własnych niedociągnięć dodatkowymi efektami.

„Ślub", który kiedyś postrzegano przede wszystkim jako sztukę polityczną, dzięki Annie Augustynowicz zyskał nowy wymiar. Reżyserka dowodzi, że nie chodzi o politykę, a o siłę języka, teatru i ludzkiej wyobraźni. Chodzi o to, że słowo, którym posługujemy się na co dzień ma moc, której często nie jesteśmy nawet świadomi, teatr nadal jest świątynią człowieczeństwa i prawdziwej sztuki, a wyobraźnia zaciera granice między tym, co rzeczywiste, a tym, co odrealnione.

Weronika Kot
Dziennik Teatralny
21 kwietnia 2020

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia