Nuda nowoczesna

o teatrze Krzysztofa Warlikowskiego

Dzięki nawykowi TVP Kultura, aby transmitować przedstawienia z teatralnych sal, uzupełniam zaległości. Dlaczego nie chodzę na takie spektakle do teatru? Czasem chodzę, ale miotają mną sprzeczne odruchy. Obserwacja agonii sztuki teatralnej to ciekawy fenomen. Ale też zjawisko przykre, sprzeczne z atmosferą odświętnego meldowania się na premierach, co pamiętam z lat młodzieńczych - pisze Piotr Zaremba w tygodniku W sieci.

Padło na "Kruma", sztukę izraelskiego dramaturga Hanocha Levina z lat 70. To inscenizacja Krzysztofa Warlikowskiego.

Dlaczego nie chodzę na takie spektakle do teatru? Czasem chodzę, ale miotają mną sprzeczne odruchy. Obserwacja agonii sztuki teatralnej to ciekawy fenomen. Ale też zjawisko przykre, sprzeczne z atmosferą odświętnego meldowania się na premierach, co pamiętam z lat młodzieńczych.

Warlikowski, twórca modny i okadzany, to człowiek, który złożył wiele na ołtarzu z napisem "nowoczesność". Nie tak dawno, też dzięki TVP Kultura, oglądałem "(A)Pollonię", jego widowisko ułożone z tekstów starożytnych i współczesnych relacji dotyczących Holokaustu. Całość uznałem za bełkot. Metoda takiego wstrząsania za wszelką cenę po tym, co się stało naprawdę, nie ma wielkiego sensu.

"Krum" jest inny. Kiedy to wystawiano w 2005 r. na scenie, ktoś poczynił porównanie do Czechowa. To historia młodego człowieka, który źle się czuje w rodzinnej miejscowości, ale jej nie opuści. Nudzi się, kobiety, które mógłby mieć, nie pociągają go, a te, które go pociągają, są niedostępne. Nie umie zadowolić matki i nie umie przestać jej kochać... Znacie? Znamy. No to posłuchajcie.

Można by rzec: znamy tak dalece, że po co powtarzać? Ale sztuki żywią się nieśmiertelnymi archetypami. To chwilami triumf opowieści tak zwyczajnej, że chciałoby się powiedzieć: po co wam były tamte formalne eksperymenty? Na koniec są i tak stare prawdy.

Ale cisną się i inne uwagi. Skoro jest to, co zawsze, warto by zobaczyć, jak wygląda zbrzydzenie samym sobą, własną pospolitością i wulgarnością, w izraelskich realiach. Jednak realiów tu niewiele. To opowieść zawieszona w próżni, idealnie uniwersalna. Nie wiem, czy z woli Levina, czy Warlikowskiego, bo dziś autorów nie wymienia się nawet w gazetowych zapowiedziach.

Po drugie, widzieliśmy podobne opowiastki w dziesiątkach amerykańskich filmów chociażby. Oni dbali jednak o ciekawe historie. Tu wszystko ma być ciężkie i monotonne, żeby oddać beznadzieję. Monotonniejsze niż u Czechowa, on też dbał, żeby nas zająć.

Zarazem Warlikowski trochę jednak udziwnia. Na przykład przebiera niektórych męskich bohaterów za kobiety, choć z tekstu nijak sens tego zabiegu nie wynika. Redbad Klijnstra tworzy ciekawą postać przyjaciela głównego bohatera, ale dlaczego w połowie scen paraduje jako Anna Grodzka? Nie docieczesz. Bo trochę nowocześnie być musi? Czasem z sensem (filmowe zderzanie z sobą równoległych scen). A czasem bez sensu. To jeszcze nie agonia teatru. Ale już kryzys.

Piotr Zaremba
W Sieci
26 lutego 2015

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...