O człowieku, który sam w sobie był muzyką

"Komeda" - reż. Lena Frankiewicz - Teatr IMKA w Warszawie w koprodukcji z Teatrem Nowym w Łodzi

Warszawski Teatr IMKA wraz z łódzkim Teatrem Nowym postanowili zabrać widzów w surrealną podróż śladem ostatnich lat, miesięcy i dni z życia Krzysztofa Komedy.

Marek Hłasko, Mia Farrow, Wojciech Frykowski i Fryderyk Chopin pląsają razem w tanecznym korowodzie w rytm jazzowych riffów. Czy to nie żart? Czy to, aby na pewno dzieje się naprawdę? A może to tylko zmysły po raz kolejny płatają nam figla? Taka doza niepewności i niedomówień powinna towarzyszyć każdemu liczącemu się spektaklowi. Teatralna przestrzeń to miejsce gdzie rzeczywistość miesza się z fikcją i domysłami. Nie inaczej mogło być w przypadku "Komedy". To historia człowieka, który nie tylko tworzył muzykę, ale sam się nią stał.

Dajmy głos umarłym

Lena Frankiewicz i Jarosław Murawski na prawie dwie godziny wskrzesili legendę polskiej sceny jazzowej i kompozytora muzyki do blisko kilkudziesięciu rodzimych i zagranicznych produkcji filmowych. Na podstawie wspomnień żony Zofii i pozostałych towarzyszy jego katastrofalnie zakończonego american dream powstała sztuka niebanalna z błyskotliwie napisanymi kwestiami. Dialogi, a w szczególności monologi zostały w dużej mierze skonstruowane w oparciu o sytuacyjny sarkazm, przemycając przy tym sporą dawkę czarnego humoru.

I tak oto na kanapie, ponownie jak za dawnych lat, na jednej z prywatek spotkali się: kochanka Komedy Ilona Cooper (Delfina Wilkońska), producent filmowy Wojciech Frykowski (Michał Bieliński) i pisarz Marek Hłasko (Tomasz Karolak). W atmosferze papierosowego dymu, pomiędzy jednym toastem a następnym kieliszkiem wódki, toczy się zażarta dyskusja o to, kim był naprawdę tragicznie zmarły artysta. Wszyscy i każdy z osobna pragnie podzielić jakimś szczegółem z jego życia, przywołując w pamięci wydarzenia z nim związane.

Danse macabre

Dominującą postacią, a zarazem narratorem całej opowieści jest jednak Zofia Komedowa (Iwona Bielska), okrzyknięta mianem anioła stróża polskiego jazzu. To za jej sprawą na scenie wizualizują się kolejne epizody z ich związku. A nieco wyidealizowana postać muzyka objawia się nam w osobie aktora Mateusza Janickiego.

Burzliwe koleje jego kariery nabierają realnych kształtów, poszczególne wątki materializują się przy pomocy retrospektywnych wizji a słowa samego mistrza wybrzmiewają nadzwyczaj aktualnie nawet w XXI wieku. Jednak ani na chwile nie opuszcza nas wrażenie, że uczestniczymy w inscenizacji wielkiego żałobnego rapsodu ku czci Krzysztofa Komedy. Tu przyszłość staje się częścią przeszłości a żywi momentami niczym bezwolne marionetki odgrywają sceny podyktowane przez umarłych. Choć wcale nie możemy mieć, co do tego absolutnej pewności...

Chopinowska interpretacja historii

Wrota do panteonu wielkich Polaków otwiera kompozytorowi sam Fryderyk Chopin. W tej roli znakomicie wypadł Adam Kupaj. Widmo narodowego wirtuoza nic sobie jednak nie robi z romantycznego mesjanizmu, bez zbędnego zakłopotania kpi z dotychczasowego dorobku polskich artystów. W jego monologu nie odnajdziemy nadmuchanego patosu. Z rozbrajająca szczerością próbuje nas oświecić, że gdyby nasza ojczyzna nagle zniknęła z powierzchni globu, to być może nikt by nawet po niej nie zapłakał.

Jego prowokacyjne zachowanie skłania do refleksji nad statusem artysty we współczesnej kulturze. To także próba zmierzenia się z naszymi polskimi stereotypami, syndromem niższości i odwieczną chęcią zaimponowania wszystkim nawet za cenę indywidualnego upadku. Natomiast, sam Chopin bawi się swoją twórczością, grając własnoręcznie skomponowane standardy w nowych jazzowych aranżacjach.

Bolesna lekcja triumfu i upadku

W sztuce nie mogło zabraknąć także motywów zaczerpniętych z filmów, do których Komeda napisał muzykę. Postać Mii Farrow (Monika Buchowiec) snuje się wokół bohaterów niczym cień, przypominając im o swoich niespełnionych ambicjach i planach. Z nożem w dłoni i w niebieskiej koszuli wygląda jakby dopiero przed chwilą urwała się z planu "Dziecko Rosemary" Romana Polańskiego. Na zakończenie spektaklu wszyscy artyści, niczym uczestnicy Wesela Wyspiańskiego, pogrążają się w "chocholim tańcu".

Postać samego jazzmana pozostaje tak samo enigmatyczna, jak kulisy jego absurdalnej śmierci. Choć życiowe wybory Komedy i jego przyjaciół mogą pozostać dla nas niezrozumiałe, to za to ich artystyczne i intelektualne osiągnięcia mają szanse stać się inspirującym doświadczeniem. Tym bardziej teraz, kiedy sfera swobody artystycznej wypowiedzi znów staje się przedmiotem medialnej debaty. Niech to pokolenie powojennych rozbitków dalej dryfuje w naszej wyobraźni. Nie przerywajmy ich rejsu ku wiecznej wolności o której przecież tak marzyli.

Ogromne wyrazy szacunku należą się Katarzynie Borkowskiej, która stworzyła niezwykle klimatyczną scenografię. Zrealizowana przez nią dekoracja i wybrane rekwizyty świetnie komponują się z opowiadaną przez aktorów historią. Z kolei, za fantastycznie dobraną oprawę muzyczną odpowiada Olo Walicki - autor m. in. projektów Kaszëbë i Kaszebe II. Na instrumentach perkusyjnych na żywo zagrał Paweł Dobrowolski. Sama sztuka powstała w oparciu o m. in: "Nietakty" Zofii Komedowej, "Ostatni tacy przyjaciele" Tomasza Lacha, "Listy" Marka Hłaski i autobiografię Romana Polańskiego "Roman".

Iwona Burzyńska
www.kulturaonline.pl
28 stycznia 2017
Portrety
Lena Frankiewicz

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...