O daj mi zupy

"Na czworakach " - reż. Jerzy Stuhr - Teatr Polonia w Warszawie

Kiedy odsłania się kurtyna, Laurenty bawi się kolejką elektryczną jak dziecko. Kolejka ochoczo toczy się po czynach, pogwizduje, słychać jak para jej bucha z brzucha.

W pewnym momencie kolejka staje, Laurenty daremnie próbuje ją uruchomić, a wreszcie rozżalony krzyczy: "Zepsuła się! Zepsuła się!". Po czym starannie rozkłada kolejkę i chowa do szuflady stojącego w centrum sceny ogromnego biurka, pod którym tłoczą się opasłe tomy kolorowych książek. W sztuce Tadeusza Różewicza "Na czworakach" zirytowany Laurenty podnosi jednym ruchem kolejkę wraz z szynami i ciska do kosza. Stuhr jest bardziej zapobiegliwy i liczy, że kolejkę będzie można naprawić. Ale czy tylko kolejkę?

Interpretatorzy Różewicza przypisywali okrzykowi Laurentego głębsze znaczenie. To nie tylko zabawka się zepsuła, ale kultura się zepsuła, literatura, poezja, język, co zdaje się potwierdzać ciąg dalszy sztuki wypełnionej rozmaitymi imitacjami, pastiszami, pokazami języka pokrętnego, zdziwaczałego, zepsutego, spsiałego. To nie tylko demitologizacja wyjątkowej pozycji Poety, ale i dowód nieustannego rozpadu formy, wciąż pobudzanej do życia nie całkiem zakatrupioną treścią. Jak powiada Różewicz, "problematyka tej sztuki jest ruchoma" i może dlatego tak idealnie pasuje do kultury w czasach "płynnej nowoczesności". Teatr dopiero zaczyna to odkrywać. Mimo że utwór powstał ponad 40 lat temu, to niespełna 10 razy trafił na scenę. W Warszawie grany przed kilkunastu laty w Teatrze Narodowym (2004) w reżyserii Kazimierza Kutza zapisał się wyśmienitą, wieloznaczną rolą Ignacego Gogolewskiego - tamten spektakl mimo ironii i zastosowanych nawiasów kończył się zwycięską apoteozą poety.

Stuhr zwątpił w zwycięstwo, ale jego Laurenty, poeta zasłużony i najwyraźniej znużony swymi zasługami, odzyskuje zdolność śmiechu: "oczywiście z samego siebie". Siła autoironii rządzi w tym spektaklu w reżyserii Jerzego Stuhra i z nim roli głównej w Teatrze Polonia. Stary artysta patrzy na swoje życie z dystansu, broni się przed udrapowaniem i przyszpileniem w gablotce, zachowuje równy dystans do swoich dokonań i trwających prób podporządkowania Poety otoczeniu. Opada na czworaki, aby uciec przed gotową formą, a odrobinę wytchnienia znajduje u boku ponętnej Dziewczyny (Anna Karczmarczyk).

Ale pokpiwa sobie również z nadętego świata polityki, medycyny, dziennikarstwa i celebry, dworuje z pompatycznych rytuałów. Nie szczędzi złośliwości tzw. środowisku, które w spektaklu reprezentuje Wiesław Komasa jako zawzięcie konkurujący z Laurentym kolega szkolny, poeta Sitko. Kiedy mieszkanie Laurentego po jego śmierci zamienia się w sanktuarium, na którego straży stoi wierna gosposia Pelasia (triumfalny powrót na scenę dramatyczną Doroty Stalińskiej), Sitko usiłuje wejść do muzeum bez ciapci. Ale Pelasia jak lwica broni przejścia - scena pojedynku Sitko-Pelasia, nieodparcie komiczna, celnie ilustruje starczy upór w drugorzędnych, jałowych sporach.

Takich błyskotliwych popisów w tym spektaklu jest więcej, jak choćby doskonały akrobatycznie Pudel Mefisto (Mateusz Kmiecik) czy też medyczny pedant, dr Racapan (Michał Breitnwald) w swoich niekończących się litaniach chorób, na które domniemanie Laurenty cierpi.

W czasie przerwy teatr zamienia się w Muzeum Laurentego. Nie tylko na scenie. W foyer widzowi mogą natknąć się na popiersie Poety okolone paradną barierką i kwiatami, a na ścianie zobaczyć gablotki z pamiątkami po artyście. Wkrótce zgromadzonych zacznie oprowadzać Wdowa-Przewodniczka. Zwiedzanie płynnie przejdzie do sali teatralnej, gdzie Przewodniczka prezentować będzie wchodzącym zostawioną przez Laurentego zupę i niezjedzone jabłko. Zupa bowiem reguluje rytm życia, Pelasia dba o jej akuratne podawanie nawet po śmierci, kiedy Poetę zmumifikowanego w muzeum w stroju rektora (to już autoironia Stuhra, czyniącego aluzję do swej roli jako Magnificencji w krakowskiej PWST) zmusza do pisania. Na koniec następuje gorzkie wniebowstąpienie Tym razem to jednak nie jest triumf Poezji (mimo wszystko), jak przed laty w Teatrze Narodowym, ale ustępstwo wobec potęgi tradycji: "Przeklęty ja przeklęty i moje ekskrementy" - tak przed wniebowstąpieniem żegna się Laurenty ze światem.

Witold Filier w swojej recenzji z prapremiery w reżyserii Jerzego Jarockiego (1972) w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, cytując ten fragment, zmienił słowo "ekskrementy" na "eksperymenty". Czyżby nie mieściło mu się w głowie, że Różewicz tak sobie poswawolił? A może "poprawkę" wprowadziła korekta?

Tomasz Miłkowski
Dziennik Trybuna
16 listopada 2015

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...