O każdej matce i córce

"Utwór o Matce i Ojczyźnie" - reż. Jan Klata - Teatr Polski we Wrocławiu

Ostatnim ze spektakli konkursowych 11. edycji Festiwalu Dramaturgii Współczesnej "Rzeczywistość Przedstawiona" w Zabrzu był "Utwór o Matce i Ojczyźnie" Teatru Polskiego z Wrocławia w reżyserii Jana Klaty według utworu o tym samym tytule Bożeny Umińskiej-Keff

Spektakl Jana Klaty toczy się własną trajektorią, książka jest jedynie materiałem wyjściowym dla scenicznej realizacji. Na potrzeby teatralności tekst źródłowy został znacznie okrojony – słowa zamieniono na obrazy w ruchu, gesty, światło i muzykę. Głównymi postaciami „Utworu…” są Matka i Córka, Meter i Korusia (Usia) – ich imiona przywołują nam od razu na myśl mitologiczną parę Demeter i Korę – parę silnie z sobą związaną, stanowiącą źródło archetypicznych wyobrażeń o relacji matka-córka. W spektaklu ta wzajemna relacja wyrażana jest poprzez trzy aktorskie pary – pięć aktorek i jednego aktora, który u Klaty, schowany (choć nie do końca) w kostium i makijaż, również jest figurą kobiety. Dlaczego akurat szóstą matko-córką jest mężczyzna, jest kwestią otwartą interpretacyjnie i pewnie każdy pomysł będzie mozliwy do przyjęcia.

Bohaterki „Utworu…” to na poły Matki-Polki, na poły obywatelki świata. Odziane w czarne suknie – symbol żałoby i nieszczęścia – stukają czerwonymi szpilkami, podkreślającymi ich seksapil, o zimną posadzkę sceny. Ich twarze pokryte są czarnymi kreskami, przywołującymi na myśl plemienny makijaż, na głowy nałożone mają dziwaczne peruki, w których wyglądają jak boginie urodzaju. Nie od razu jest nam dane oglądać bohaterki w całej okazałości – przez pierwsze kilkanaście minut światło jest tak nikłe, że wydobywa z mroku sceny jedynie kontury postaci (bardzo mocne wrażenie powoduje pierwsza scena, kiedy w mroku i oparach mgły aktorki i aktor śpiewają pieśń na wzór antycznego chóru – siła pieśni i wizualna strona tej sceny intrygująco zaskakuje). Dopiero po jakimś czasie scena rozjaśnia się i możemy zaobserwować elementy kostiumów bohaterek i przestrzeń gry.

Aktorzy grają w parach, nieustannie kreując relacje Matka – Córka. Matka jawi się jako kobieta naznaczona wojenną traumą, jest nieszczęśliwa, stara i samotna, co odbija się na Córce, która niejako staje się powieleniem rodzicielki. W pewnym momencie aktorki kreujące role Matek stają się Córkami, a Córki Matkami. Ciekawy ów zabieg wskazuje na nieustanne, przechodzące z pokolenia na pokolenie katowanie się rodzinnymi traumami – losy Matek powielają Córki, chcąc czy nie chcąc tego.

Przedstawienie nie ma formy zwartej, jeśli chodzi o stronę tekstową. Aktorzy wyrzucają z siebie krótkie dialogi i skandują strzępy monologów po czym albo zaczynają nucić pieśni, albo wykonują pewne czynności (skakanie na skakance, "zabawa" z instrumentami, pochody z flagą, taniec, ważenie się, siłowanie). W bardzo interesujący sposób reżyser unaocznił więzi łączące Matkę z Córką – splótł głowy obydwu jednym nierozerwalnym warkoczem.

Aktorzy kreują zbiorowy portret wszystkich kobiet i wszystkich matek. Nie przedstawiają jednostkowej sytuacji konkretnej bohaterki, jak to jest w książce, osobistą historię przenoszą właściwie do uniwersum – na każdy kontynent i w ramy każdej kultury o czym świadczy nie tylko plemienny makijaż, ale i wkładane na potrzeby późniejszych scen etniczne kostiumy czy wykorzystanie prymitywnych narzędzi muzycznych.

Reżyser umiejscowił dialog na linii matka-córka w przestrzeni wyabstrahowanej, nienacechowanej swojskością, wręcz obcą i zimną. Dobrze nam znany jest chyba tylko stary model fotela – metonimia rodzinnego domu. Na scenografię składają się także cztery metalowe szafy pokryte rycinami nasuwającymi nam skojarzenia z pradawnym, pierwszymi malunkami w jaskiniach francuskiego Lascaux. Ale równie dobrze rysunki te mogą kojarzyć się nam z dworcowymi graffiti. Eklektyzm jest tutaj zresztą słowem zupełnie na miejscu, albowiem przejawia się on właściwie w każdym elemencie tego spektaklu – łączone są zupełnie nieprzystające do siebie gatunki muzyczne (muzyka barokowa, rokowa, etniczna, chóralna), sceny dwuosobowe przeplatają się ze scenami zbiorowymi, słowo z muzyką, zabawa z powagą.

Mam nieodparte wrażenie, że w wielu opiniach spektaklowi dodaje się sensów, których w samej realizacji ze świecą szukać. Może po prostu powinno ich się wypatrywać raczej w książce Bożeny Umińskiej-Keff, bo w spektaklu na pewno ich nie ma. Klata podryfował w kierunku sobie tylko znanym, odrywając się od pierwowzoru. "Utwór o Matce i Ojczyźnie” w reżyserii Jana Klaty nie jest ani rozbuchaną inscenizacją ani spektakularnym widowiskiem. Jest to spektakl na bardzo przyzwoitym poziomie pod względem aktorskim, czego przecież należało się spodziewać. Jest to także spektakl inny niż wcześniejsze realizacje Klaty i w tym upatrywałabym największego pozytywu. "Zabawek" jakby mniej, rockowych hitów też, gagowych sytuacji pod publiczkę również. Wreszcie!

P.S. Spektakl "Utwór o Matce i Ojczyźnie" dostał nagrodę jury w kategoriach: reżyseria, scenografia, fonosfera oraz został uznany przez publiczność za najlepszy spektakl - otrzymując Grand Prix 11. edycji Festiwalu "Rzeczywistość Przedstawiona".

Marta Odziomek
Dziennik Teatralny
25 października 2011

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia