O Leszku Ptaszyńskim, o odchodzeniu

Leszek Ptaszyński we wspomnieniach

- "Zmierzch to szczelina między światami - powiedział don Juan. To drzwi do nieznanego. Zamaszystym ruchem ręki wskazał skałę, na której staliśmy. - To jest równina przed tymi drzwiami. - Potem wskazał jej północną krawędź. - Tam są drzwi. Za nimi jest przepaść, a za nią nieznane" (Carlos Castaneda, "Opowieści o mocy").

Drzwi zatrzasnęły się za Leszkiem - nagle i nieoczekiwanie. Kiedy pojawiła się pierwsza w tamtym dniu o nim wiadomość - że "odszedł", aż
chciało się zapytać "Dokąd"? Do innej pracy, do nowej artystycznej roboty, może wyniósł się do innego miasta? Oczywiście swoje zrobił kontekst czasu, globalnej, pandemicznie napiętej uwagi skierowanej na sprawy powszechne i zupełnie "niepowszednie". Takie odejście to jakby wyłom w zbiorowym scenariuszu na nadchodzące wtedy dni, taka śmierć w czasie przygotowanym na inne - tematy, reakcje, dramaty. Śmierć "cywilna", zaskakująca i niezrozumiała, śmierć - bez przyczyny... poza tą jedną, fundamentalną przyczyną, jaką stanowi wpisana we wszelkie życie klauzula nagłego odejścia. Od tego zdarzenia do momentu, w którym piszę minęło kilka tygodni, czas (wtedy) teraźniejszy stał się czasem przeszłym, przyszłość jest "dzisiaj". Ten dystans daje pole emocjonalnym manewrom. Szukam więc punktu wyjścia, początku zdania, od którego można i chce się zacząć pisać:

"Śmierć dokonuje błyskawicznego montażu naszego życia" - Pier Paolo Pasolini (w eseju "Uwagi na temat pewnego planu-sekwencji") najlapidarniej, najbardziej filmowo, iluminacyjnie definiuje tę relację pomiędzy płynną materią życia i jej nagłym zastygnięciem. Życie, niczym kręcony na planie filmowym materiał, któremu dopiero śmierć, jak montaż, nadaje ostateczny kształt. Przejmująca jest finalność i nieodwracalność tej procedury, niemożność "przemontowania materiału", zaproponowania innego szyku, alternatywnej sekwencyjności. Obrazy z życia, ich wzajemne powiązania, relacje przyczynowo - skutkowe, wypełnione role, ujęte zostały w ramy czasowe, z domknięciem tego nawiasu dat, którego pierwszym znakiem otwiera się nasza biografia. Nie jestem pewna, czy autor "Opowieści kanterberyjskich" i "Salo" był wśród ulubionych reżyserów Leszka (natomiast pewna jestem, że Castaneda jako pisarz - tak). Zakładam, że był dla niego ważny - skoro, jak wielokrotnie deklarował, starał się oglądać głównie arcydzieła... Pisząc wszelkie Post Mortem i spoglądając na zamknięty życiorys, przemieszczając się pamięcią pomiędzy faktami, datami, osobami, które tę biografię współtworzyły, nie obcujemy jednak z filmem (z jego zachwycającą magią czasu bezwzględnie teraźniejszego, bo przecież ruchomego obrazu nie sposób pokazać ani w czasie przeszłym, ani w przyszłym). Stajemy raczej twarzą w twarz z owymi "frozen images", ze skończonym zbiorem filmowych stop-klatek...

Gest prześwietlania "celuloidu" - oglądania celuloidowej taśmy filmowej pod światło i zawsze przejmujący widok tej anatomii filmu, który w określonych warunkach - jest ruchem, jest ŻYCIEM...

Konstruowanie historii, każde in memoriam jest próbą przybliżenia, oświetlenia tego, co zagarnięte przez cień. Procedura w swej istocie zawsze jest taka sama, tym, co różne, jest ilość i charakter materiału do zmontowania. Stoję więc zwrócona twarzą w czas przeszły i z pełną świadomością, że będzie to budowanie na znieruchomiałych piaskach, składam to, co w biografii, o której chcę cokolwiek powiedzieć, jest dokonane, wyrażone, wiadome. A reszta, czyli większość? Oczywiście pozostanie wymiarem ukrytym.

"Reszta" - to, co sprawia, że jestem drobiną wobec bezmiaru, pozbywam się nadmiernych i zadufanych uproszczeń" (Tadeusz Sławek, "Nie bez reszty. O potrzebie niekompletności")

Etapy, fakty, osoby...

Moja z Leszkiem znajomość to prawie cztery dekady, czas studiów - ten sam Uniwersytet (Śląski), ja i moja polonistyka, on - w miejscu wyjątkowym, jakim był Wydział Radia i Telewizji - (dziś Szkoła Filmowa im. K. Kieślowskiego). Jakaś etiuda studencka, w której zagrałam,
Leszek jako student "operatorki" był w niej autorem zdjęć. Zaraz - nie Leszek, tylko Birdy - tak go niektórzy z kolegów z roku nazywali, ot kontaminacja nazwiska i tytułu powieści Whartona "Ptasiek", która za kilka - od wtedy - lat, miała stać się kultowym filmem (Alana Parkera). Tak więc - wspólne środowisko naturalne, czyli kulturalne, spotkania, imprezy, projekcje, wydarzenia i generacyjne żeglowanie w
stronę życia zawodowego. (Myślę, że w latach następnych oboje po prostu mieliśmy miłą i ciepłą świadomość wzajemnego istnienia, która momentami intensyfikowała się przy okazji zawodowych lub towarzyskich spotkań). Leszek, jak wielu absolwentów WRiTV, przeszedł przez Poltel (Telewizyjną Wytwórnię Filmową w Katowicach), w drodze do katowickiego ośrodka TVP. Pozostał tam, na Bytkowskiej, od roku 1985 do 29 marca 2020.

Tamten czas to były dobre, "tłuste" lata telewizji w Katowicach. Działo się dużo, działo się mocno artystycznie. Leszek współtworzył klimat, współorganizował przestrzeń wyobraźni. Pięknym zjawiskiem było Studio Form Telewizyjnych - czyli coś rodzaju "sztuki telewizji". Skład? Leszek, Jola Trela-Ptaszyńska, Adam Sikora, Tomasz Dobrowolski, Adam Łukaszek. Spoza środowiska telewizyjnego - Katarzyna Sobańska, Piotr Szmitke i Jacek Januszyk. Świetne i znane dzisiaj nazwiska... Kilkadziesiąt wspólnych realizacji, bardzo różnych, wychylonych w rozmaite obszary artystycznej ekspresji - ostatnie, ważne prace zespołowe to na pewno Teatr Telewizji - "3 razy Fredro. Świeczka zgasła" w reżyserii Jerzego Stuhra, oraz "Imperium" (reżyseria Robert Talarczyk). Leszek był autorem obu telewizyjnych realizacji.

Co z tych 35 lat pracy należałoby przywołać, przypomnieć? To oczywiste, że było ich w dorobku zawodowym Leszka setki - programów, audycji, widowisk, spektakli, a także filmów - od jednominutówek pokazywanych w latach 80. na sosnowieckim festiwalu Mini-Max, po późniejsze, krótko i średniometrażowe widowiska filmowe, którymi Leszek dokumentował swoje pasje. A propos pasji - był kimś w rodzaju "kolekcjonera obrazów". Obrazów wszelakich, o różnym statusie, genotypie, naturze i charakterze, tych kontemplowanych, wieszanych na ścianach, oglądanych na ekranach i samodzielnie tworzonych. Jako realizator obrazu telewizyjnego, reżyser telewizyjny rzeźbił przecież w pokrewnym tworzywie. Jego emocjonalne powinowactwo z malarstwem ujawniło się najpiękniej w tych widowiskach, w których eksplorował materię sztuki malarskiej i metafizykę jej kreacji. Filmy o malarzach, obraz telewizyjny jako narzędzie opisu płaszczyzny "płótna" malarskiego. Twórcy, artyści malarze w przestrzeniach swojej sztuki... Piotr Szmitke - Hodowca Symulakrów (jak brzmi tytuł filmu Leszka), artysta topografią twórczości dorównujący Witkacemu, Henryk Waniek (Henryk Waniek. Portret hermetyczny), Andrzej Urbanowicz - przyjaciel, Nauczyciel, inspirator. Roman Maciuszkiewicz, Marek Kamieński, Pałka, Przybyła, i po raz kolejny Piotr Szmitke - ich portrety w cyklu Pracownia. Znakomite, rozpisane na 5 utworów intymne studium relacji pomiędzy twórcą i dziełem. W lutym ubiegłego roku rozmawiałam o tym z Leszkiem i bohaterami Pracowni na spotkaniu autorskim w katowickiej księgarni "Miejscownik". Było iluminacyjnie.

Oczywiście jego, Leszka, żywiołem był także teatr. Ta pasja realizowała się w wyrafinowanej procedurze translacji widowiska teatralnego na język teatru telewizji. Reżyserzy teatralni, aktorzy znajdowali w nim czułego i wrażliwego partnera. Są w jego dorobku tytuły, które niczym hasła wywoławcze uruchamiają lawinę skojarzeń: na przykład "Piąta strona świata" - ta porywająca sceniczna adaptacja Kutzowskiego opisu naszej śląskiej Planety Osobnej, wyreżyserowana w Teatrze Śląskim przez Roberta Talarczyka. Telewizyjna realizacja autorstwa Leszka jest przykładem znakomitego rzemiosła, stanu artystycznego skupienia i koncentracji na odnajdywaniu ekranowych ekwiwalentów tego, co sceniczne. Cenna i piękna nagroda, jaką za "Piątą stronę świata" otrzymał (razem z Robertem Talarczykiem) w 2014
na sopockim festiwalu "Dwa Teatry" miała w uzasadnieniu wskazany wizjonerski charakter telewizyjnego spektaklu.

Finalny, jak się okazało, projekt, który Leszek współtworzył (z Marianną Dufek i Adamem Łukaszkiem) miał także rodowód teatralny. "Tristan i Izolda" z Teatru Banialuka, realizowany w ramach cyklu "Internetowy Teatr TVP dla Szkół", był ostatnią pracą telewizyjną autorstwa Leszka Ptaszyńskiego.

29 marca rano pojechał, jak zwykle, do studia. Po raz ostatni.

Do czego możemy mieć, pisząc o kimś kto ostatecznie odszedł, dostęp? Do rekonstrukcji faktów, zdarzeń, do połączenia wielu spojrzeń na czyjeś życie - teraz komentowane z perspektywy śmierci. Narratorami opowieści zawsze jest zbiorowość tych, którzy ten czas przeszły współtworzyli: fuzja "ustawień kamery" w różnych lokacjach, widzenia subiektywnego... Nie do pojęcia jest, aby można było "widzieć i słyszeć" rzeczywistość w chwili jej dziania się z więcej niż z jednego punktu widzenia, a ten punkt jest zawsze przypisany do podmiotu, który widzi i słyszy.

Parafrazując tę uwagę Pasoliniego - nie do pojęcia jest, aby można było widzieć i słyszeć OSOBĘ w chwili kontaktu z nią z więcej niż z jednego punktu widzenia...

Punkty widzenia...

Roman Maciuszkiewicz: W pierwszym odruchu na wiadomość o śmierci Leszka napisałem na FB, że odszedł przyjaciel artystów i Artysta. Leszek, co nie ulega wątpliwości, z pewnością nie tylko dla mnie, był w pełni świadomym artystą; świadomym możliwości kreacyjnych sztuki i jej siły sprawczej. Jak na świadomego twórcę, kreatora przystało - co, mam nadzieję nie brzmi zbyt górnolotnie - czerpał pełnymi garściami z malarstwa, filmu i literatury; był ze sztuką, w jej najszerszym rozumieniu, za pan brat. Świetnie rozumiał ideę obrazu - nośnika idei, treści, ale także obrazu w znaczeniu ontologicznym. I co najważniejsze, w moim przekonaniu, potrafił obrazami mówić o obrazach.

Robert Talarczyk:

Leszek nosił w sobie ogromną empatię wobec innych, był niebywale delikatny i wrażliwy. Uwielbiałem z nim pracować, bo miał gigantyczne doświadczenie i równocześnie był otwarty na nowe rozwiązania. Zrobiliśmy wspólnie dla Teatru Telewizji kilka spektakli, które były dla mnie kamieniami milowymi na mojej artystycznej drodze. Za jeden z nich odbieraliśmy wspólnie nagrodę na festiwalu Dwa Teatry w 2014 roku..., inne również były nagradzane, ale tak naprawdę zupełnie nie o to chodziło w naszej współpracy. Szło przede wszystkim o pewne porozumienie dusz... Kiedy zaczynaliśmy współpracę on miał na koncie kilkadziesiąt realizacji telewizyjnych, a ja debiutowałem w tej trudnej sztuce. Leszek traktował mnie jak równorzędnego partnera, a nie uczniaka, którego trzeba prowadzić za rękę. Trudno mówić "był" o kimś, z kim miało się tak wiele planów na przyszłość. Leszek wciąż "jest" w moim sercu i zawsze "będzie", bo jego empatia, mądrość i artyzm zawsze będą mi towarzyszyć w moim artystycznym życiu jako niedościgniony wzór w świecie, gdzie liczą się powierzchowne "przyjaźnie" a efekt finalny jest najważniejszy. Zapamiętam przede wszystkim nasze rozmowy. O wszystkim. O sztuce również, ale przede wszystkim o tak zwanym życiu. A nikt tak jak Leszek nie potrafił słuchać. Bardzo mi go brakuje w świecie, gdzie królują monologi, a nie dialog.

Adam Łukaszek:

Trudno w kilku zdaniach streścić przeszło 30-letnią przyjaźń i współpracę w telewizji. Nie dociera do mnie świadomość, że Leszka już nie ma i nie zrobimy razem nowych filmów i teatrów. Zawodowo spotkałem się z nim w Telewizji Katowice w 1990 r., gdy zacząłem pracę jako kierownik produkcji, a Leszek był realizatorem obrazu telewizyjnego. Ceniłem go i podziwiałem za kreatywność, niezwykłą wrażliwość i szeroką wiedzę humanistyczną, które przekładały się na jego pomysły realizacyjne. Miał specyficzny wewnętrzny spokój, co pozwalało mu zachować szczególny dystans w pracy realizatora obrazu. Ten dystans pozwalał mu na szersze spojrzenie, z którego rodziła się kreatywność i bezcenna umiejętność improwizacji. Był świetnym kompanem w telewizyjnych eskapadach i duszą towarzystwa na przyjacielskich spotkaniach. Szeroko interesował się filozofią, był koneserem współczesnej sztuki, literatury, muzyki i teatru, również alternatywnego. Był "piękny duchem". Nie ma go już, ale efekty jego pracy pozostaną.

A teraz Leszek po prostu wyjechał na kolejną transmisję i za chwilę pojawi się w studio i poda komendę "UWAGA, ZAPIS, AKCJA!"

Katarzyna Sobańska:

Kiedy dotyka nas taka nieobecność, trudno w kilku słowach zamknąć pamięć i obrazy wcześniejszej obecności. Najprościej będzie powiedzieć że miałam szczęście spotkać Leszka. Należał do tych, z którymi spotkanie zostawia ślad - pozytywny, ważny ślad. I nieistotne, że nasze kontakty były z czasem sporadyczne. Ja opuściłam Śląsk - Leszek został. Mogę powiedzieć, że zapamiętam go jako jednego z moich nauczycieli, gdy jako początkująca artystka, nieopierzony scenograf stałam się częścią Studia Form TV.

To, co pamiętam najbardziej, to jak próbowałam dogonić jego wszechstronną wiedzę humanistyczną, intelektualne zabawy - oczytanie i analityczną przenikliwość. Obdarował mnie hojnie. Na przykład opowieściami mistrzów filozofii buddyjskiej, muzyką z filmu "Arizona Dream", przyjacielską poradą, której sens do dzisiaj noszę w sercu. Kiedyś powiedział: "Kasiu, ty nie będziesz mogła pracować bez emocjonalnego zaangażowania..." i to się spełniło. Gdy spotkaliśmy się latem 2019 roku przy realizacji Teatru TV było jak dawniej i tylko te
kilka zmarszczek tu i tam...i mnóstwo realizacji. A to wspomnienie, które piszę, jest możliwością spotkania - z zawsze uśmiechniętym, lekko drwiącym mistrzem intelektualnych szarad - jakby stal tu, obok mnie...

Jolanta Trela Ptaszyńska

W wieku dwudziestu lat Leszek przeczytał "Ulissesa" Jamesa Joyce'a i to okazało się znaczące. Odyseusz to imię greckie, które znaczy: ten który wywołał gniew. Ulisses, łacińska wersja tego imienia, znaczy: sprytny, przebiegły. A imię Leszek? To staropolskie imię znaczy również: sprytny, przebiegły. Analogie nasuwają się same. Czytamy u Joycea: "Jestem artystą, który korzysta z niewidzialności."

"Portret artysty z czasów młodości" pokazuje Leszka jako twórcę wierszy haiku:

"Prawda, że ładnie dzisiaj - mówię - a one milczą siedem wróbli".

Jako twórca Leszek bardzo długo pozostawał dla świata niewidzialny. Fascynacja literaturą zaowocowała wierszami haiku. Fascynacja chińskim malarstwem tuszem zaowocowała szkicami tuszem. Fascynacja kinem zaowocowała twórczością telewizyjno-filmową. Fascynacja życiem zaowocowała wieloletnią wędrówką w poszukiwaniu piękna, dobra i prawdy. Czyżby Leszek, jak Odyseusz, wywołał gniew bogów i dlatego jego wędrówka była tak długa, jak zaleca poeta grecki Kawafis w słynnym wierszu "Itaka" (w przekładzie Antoniego Libery):

"Itaka"

"Jeżeli do Itaki wybierasz się w podróż,
niech będzie to podróż długa,
pełna przygód i nauk.
Lestrygonów, Cyklopów, gniewnego Posejdona
nie musisz się obawiać.
Jeżeli będziesz myślą szybował wysoko,
a umysł twój i ciało będą ciągle zdolne
do wzruszeń nieprzeciętnych,
nikt z nich ci nie zagrozi.
Jeśli nie masz ich w sobie i sam ich nie wskrzesisz,
Lestrygonów, Cyklopów, gniewnego Posejdona
nie spotkasz na swej drodze.
Niech będzie to podróż długa.
Obyś o letnim brzasku
- urzeczony, szczęśliwy -
wiele razy zawijał do nieznanych portów;
i bywał u Fenicjan w ich hadlowych stacjach,
i kupował tam od nich drogocenne rzeczy:
perły, koral i bursztyn, i drewno z hebanu,
i wszelkiego rodzaju pachnące olejki,
podniecające pachnidła, ile tylko zechcesz;
i odwiedził niejedno z wielu miast egipskich
i uczył się tam od tych, co posiedli wiedzę.
Bylebyś nie zapomniał nigdy o Itace,
o twoim przeznaczeniu - masz do niej dopłynąć.
Lecz nie śpiesz się w podróży.
Niech trwa długo - latami.
Lepiej byś był już stary, gdy dotrzesz do wyspy,
i na tyle zasobny w dobra tego świata,
by już nie oczekiwać od Itaki bogactw.
Itaka dała ci upajającą podróż.
Nie wyruszyłbyś w drogę, gdyby jej nie było.
Cóż więcej miałaby dać?
I gdyby była biedna, nie oszukała cię.
Zdobyłeś przez nią mądrość i ogrom doświadczeń,
a wraz z nimi świadomość, co znaczy - Itaka."

Dla Leszka wojownika, filozofa i twórcy w życiu najważniejsza była wolna wola i kreacja rzeczywistości. Nie miały znaczenia dobra materialne, tylko poziom osobistej energii. Od niej zależy bowiem jakość podróży realnych i wirtualnych, kontemplacja życia i sztuki, spectrum wrażliwości, poziom twórczości i intensywność doznań. O tym mówi ulubiony palindrom Leszka:

"Ma moc oto co mam."

Post Scriptum

"Dopóki nie umrę, nikt nie może być pewien, że zna mnie naprawdę, to znaczy, że może nadać sens mojemu działaniu... Tylko dzięki śmierci nasze życie pozwala nam się wyrazić." (Pier Paolo Pasolini)

 

Anita Skwara
Śląsk
8 czerwca 2020

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia