O miłości dla najmłodszych

"Calineczka" - reż. Ireneusz Maciejewski - Teatr Groteska w Krakowie

„Calineczka - niezwykła przygoda" to spektakl wykalkulowany. Ma wszystko to, co powinno się znaleźć na scenie dla dzieci: prosta historia o barwnych postaciach, które poruszają się w rytm skocznych melodii, przerywając wydarzenia piosenkami. Zarazem ta feeria barw, dźwięków i charakterów jest niczym innym jak wydmuszką.

Baśń Andersena jest powszechnie znana, lecz w spektaklu mamy do czynienia z delikatnymi przesunięciami. Nie poznajemy pochodzenia Calineczki jako dziewczynki wyrosłej z ziarnka; akcja zawiązuje się w momencie, kiedy motyl przekonuje bohaterkę - co znaczące: za pomocą piosenki - o potędze miłości. Jej poszukiwania motywują do wędrówki i odrzucenia kolejnych absztyfikantów, jednego brzydszego od drugiego, aż w końcu znajduje swojego rycerza i księcia z bajki w jednym. A imię jego Calineczek.

Koncentracja na scenografii, a nie na tekście ustawia młodego widza w pozycji biernego obserwatora, którego obezwładnia się niemalże całym wachlarzem kolorów. Oprócz przesuwanych elementów scenografii w spektaklu wykorzystano także techniki multimedialne. W porównaniu z pełnymi uroku tradycyjnymi dekoracjami, udającymi chociażby łąkę, liść lilii wodnej czy mysią norę, niespecjalnie kreatywne wizualizacje (przykład podkreślający ich banał to chmury) wypadają blado, choć akurat to słowo nie jest najodpowiedniejsze dla psychodelicznych barw, tłamszących najciekawsze nawet kostiumy i lalki. A te również nie wyróżniają się pomysłowością.

Może poza dwoma chwalebnymi wyjątkami. Pierwszym jest drzewo, na które porywa Calineczkę chrabąszcz - usadowiona na gałęziach drzewa-makiety rodzina adoratora bohaterki tworzy niezwykle plastyczną kompozycję. Chrabąszcz jest także przykładem interesującego, choć niewykorzystanego konsekwentnie pomysłu, a mianowicie charakteryzowania postaci przez język. Chrząszcze jako przykład polskiego łamańca językowego, akcentują polskie głoski, zwłaszcza „Ą" i „Ę". Z kolei wypowiedzi chodzącego wspak raka cechuje szyk przestawny. Szkoda, że na tych postaciach lista intrygujących zabaw językowych się wyczerpuje. Drugi przykład i zarazem najjaśniejszy punkt spektaklu to wkroczenie na scenę w stroboskopowym świetle finałowego bossa: pająka z rozedrganymi nogami i jarzącymi się oczami. Aż szkoda, że miałki Calineczek tak łatwo go pokonał.

Nawiązanie do przeciwnika znanego z gier nie jest przypadkowe - struktura spektaklu jest przewidywalna: przypomina kolejne etapy, które polegają na zmianie dekoracji, odśpiewaniu piosenki i wyzwoleniu się od kolejnego antagonisty-natręta. W finale czeka na Calineczkę miłość i wesele. Aż dziwne, że Simone de Beauvoir nie cisnęła gromem z kopuły wznoszącej się nad sceną, bowiem miłość, utożsamiana z rolą potrzebującej męskiego wsparcia żony, staje się jedyną opcją dla bohaterki. Przy refrenicznie rozbrzmiewającej frazie „Więc wyjdź miłości na spotkanie/ Ach! zakochanie, zakochanie" bohaterka, ale i jej rycerski wybranek, zamykają się w stereotypach płciowych. „Niezwykła przygoda" ogranicza się więc do znalezienia sobie męża.

Co prawda ciężko oczekiwać od „Calineczki" feministycznego wydźwięku i dekonstrukcji duńskiej klasyki baśni, jednak naskórkowość spektaklu i płytkość przesłania ukazują brak wiary w młodego widza. Treść mogła być samograjem, jednak rozprasza się między kolejnymi popisami wokalnymi, dekoracjami i kostiumami. Najgorszy zarzut jest jednak taki, że w konfrontacji z sygnalizowanymi w tytule przygodami spektakl okazuje się po prostu nieciekawy.

Marta Stańczyk
Dziennik Teatralny Kraków
7 listopada 2013

Książka tygodnia

Biała jak mleko, czerwona jak krew
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Alessandro D'Avenia

Trailer tygodnia

Romans wschodni
Victoria Vatutina i Olga Bilas
Koncert spina w harmonijną całość kla...