O poczuciu humoru Szymborskiej i Herberta

"Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955-1996" - aut. Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert - Wydawnictwo a5

Jedni z najważniejszych poetów polskich niezbyt często goszczą na scenach teatralnych. Cóż się dziwić, skoro poezję najlepiej recytować, a też żadna dłuższa forma prosząca się o wystawienie na deskach spod ich pióra nie wyszła. Lub nie została odkryta.

Wydaje się, że skromny zbiór korespondencji Szymborskiej i Herberta mógłby stanowić punkt wyjścia do stworzenia wyjątkowego spektaklu. Relacja kobiety i mężczyzny (w tym przypadku) jest taką delikatną materią, z której słowo po słowie, kartka po kartce tworzy się pewien obraz. Co prawda nie prezentuje on całości relacji, nie oddaje głębi i stopnia skomplikowania. Tutaj można byłoby pozwolić sobie na niedopowiedzenia; wręcz zostawić widza z wieloma znakami zapytania. Bo atutem sztuki jest to, że nie wszystko musi być powiedziane, przedstawione i wyjaśnione. Skomplikowane analizy można zostawić na później.

Korespondencja ta ukazuje jedną istotna cechę łączącą dwie wybitne postaci. Tą cechą jest poczucie humoru, a co za tym idzie i dystans – do siebie, swojej pracy, sytuacji życiowej. Z każdym kolejnym listem widać jak relacja między Szymborską i Herbertem zmienia się. Czytelnik może poczuć się podglądaczem tworzącej się więzi. Przechodzi ona od oficjalnych próśb o przesłanie nowych wierszy (pierwsze listy Szymborskiej), przez zabawę w skomplikowanie tworzone pozdrowienia, aż po zabawne miłosne wyznania. Jednak w tym wszystkim dominuje wielki szacunek względem siebie i swoich działań literackich. Nie zamyka się to w sztucznych konwenansach i przesyłanych gratulacjach, które trzeba wysłać, bo nie wypada nie. Oczywiście karta pocztowa nie jest, w pewnym sensie, wystarczającym i dobrym miejscem na dokładne analizy zalet konkretnego wiersza. Jednak to, co zostało napisane i sposób wyrażenia mówią same za siebie. Ma się do czynienia z dwojgiem świadomych ludzi, których życzliwość, empatia wykracza poza wszelkie schematy.

Te 168 stron zawiera liściki, które przesyłali sobie poeci na przestrzeni wielu lat, bo od 1955 do 1996 roku. Lekturę kolejnych wiadomości umila, ale także ułatwia opracowanie Ryszarda Krynickiego. Jeden z najważniejszych poetów współcześnie tworzących nie mógł zawieść w tej roli. Jak pisze w notce od wydawcy, wiedział, że ma do czynienia nie tylko z wielkimi postaciami polskiej poezji, ale także z „mistrzami trudnej sztuki pisania listów". Wielka wrażliwość Krynickiego pozwoliła na odpowiednie opracowanie listów. Nie próbuje on wyjaśnić każdego nazwiska, ponieważ traktuje czytelnika poważne, a wymaga pewnej podstawowej wiedzy. W wielu momentach stawia znaki zapytania – nie tworzy nowych faktów, nie stawia się w roli psychologa czy wizjonera. Przyznanie się do niewiedzy jest zaletą, a także wyznacznikiem profesjonalizmu.

Książka ta powinna znaleźć się na półce każdego miłośnika poezji Szymborskiej czy Herberta. Ten niewielki jednak zbiór (bo zawsze chciałoby się więcej dostać, więcej listów i dłuższych) jest swego rodzaju dopełnieniem twórczości poetów. Te małe formy dają fantastyczny obraz inteligentnego operowania humorem i słowem. Zabawa tymi elementami nie ma końca. Listy te, pełne dystansu, tylko utwierdzają czytelnika w przekonaniu, że oto jest świadkiem spotkania wyjątkowych osób.

Oby więcej takich książek, możliwie rzetelnych opracowań i wyciągania na światło dzienne niekoniecznie wielkich tajemnic, a właśnie cudownych małych form twórczości wielkich ludzi,

Agnieszka Markowska
Dziennik Teatralny
18 maja 2018

Książka tygodnia

Straszny Dwór, czyli sarmackie korzenie Niepodległej
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jacek Kowalski

Trailer tygodnia