O skutkach terroru medialnego

"Bohater Osama" - reż: Jacek Poniedziałek - Teatr IMKA w Warszawie

Wow! Wypowiada podekscytowana Hillary Clinton, zerkając w ekran telefonu, na którym widzi pojmanego Kadafiego. Wow! - chciałby pewnie powiedzieć, ale bardziej jest wstrzemięźliwy w reakcjach, prezydent Obama, gdy na telewizorze w Białym Domu śledzi transmisję z ostatecznego unieszkodliwienia Osamy. Wow! - reaguje młodziutka Mandy, kiedy z ust skatowanego kolegi zdziera taśmę klejąca wraz z kawałkiem ciała. Wow! - może pomyśleć widz przyglądający się tej scenie w Teatrze IMKA. Wow! Wow! Wow! Wow!

Kto ma "wow", ten ma rację. Wieść medialna decyduje o układzie sił w świecie, zwłaszcza tym podzielonym na chrześcijański Zachód i muzułmański Wschód. O skutkach terroru medialnego narastającego wokół świętej wojny opowiada wyreżyserowany przez Jacka Poniedziałka "Bohater Osama". Przetłumaczony przez reżysera tekst Dennisa Kelly\'ego przenosi nas do Londynu, gdzie grupa pochodzących ze społecznych "nizin" znajomych, dokonuje sądu nad jednym z kolegów. Siedemnastoletni Gary (Cezary Kwiecień) szkolne wypracowanie o bohaterze swoich czasów, poświęca Ben Ladenowi. Młody outsider twierdzi, że autorytet przywódcy, którego nikt nie chce wydać nawet za cenę milionów, ma swoją silną podstawę. A jest nią sprzeciwiająca się kapitalistycznemu. Dlatego, gdy w dzielnicy płonie kolejny garaż, to Gary staje się głównym podejrzanym. Wówczas jego znajomi - osamotnione rodzeństwo (Ida Jabłońska i Krzysztof Kwiatkowski), ich ojciec (Paweł Kruszelnicki) i koleżanka Mandy (Hanka Maciąg), do której ojciec odszedł, fundują chłopakowi krwawą kaźń. A po ostatnim ciosie, z wysokości swych zdezelowanych kanap i dziurawych dachów, wypowiadają oczyszczające monologi.

Scena ta jest w dramaturgii spektaklu momentem krytycznym. Po krwawej jatce, w której aktorsko szarżuje Krzysztof Kwiatkowski, następuje ciąg wzniosłych spowiedzi i łzawych raportów z życia, z ledwością ratowanych garstką żartów. W gęstym postbrutalizmie ciężko złapać oddech, zwłaszcza w chwilach, kiedy aktorom od ekspresji palą się skronie. I choć z jednej strony często chciałoby się zawołać: "reżyserze, studź!" albo "mniej żyłowania", to z drugiej - energia młodych aktorów napawa dużą nadzieją. Zasadę ucieczki w dowcip, luz i nonszalancję, dzięki którym groza staje się skuteczniejsza, świetnie wyczuwa Hanna Maciąg. Wyznacza własną przestrzeń, performuje, ma w sobie dygot i bezczelność. Coś, z czym trudno wejść w dialog Piotrowi Kruszelnickiemu w roli Marka, reprezentantowi innego typu teatru.

Nie mogę nie napisać o Francisie Krzysztofa Kwiatkowskiego, który gdy tylko panuje nad scenicznym ADHD i na chwilę zapomina o aktorskim cwaniaku-chojraku, jest osobowością potężną. Dobór tej młodej ekipy tylko udowadnia wampiryczną naturę teatru, który nieustannie potrzebuje świeżej krwi.

I poezji, która wkrada się do spektaklu wraz ze scenografią Michała Korchowca. Jest taki moment, kiedy bohaterem staje się materia. Biała kula wypełniona kawałkami papieru - pogłoskami, newsami z zeszłego tygodnia, śmieciami, makulaturą faktów, potężnieje od powietrza. Słychać muzykę Marcina Janusa, może muezin? W podświetlonym balonie można dojrzeć krajobraz ulicy albo piętrzące się odpady roznoszone przez wiatr. Gdzie jest ta ulica? Działa magia szklanej kuli - iluzja trwa, dopóki ktoś nią potrząsa. Ale balon rośnie i nie wiadomo, kiedy wybuchnie. Napawa lękiem. Co za idiotyczne uczucie - bać się kawałka gumy wypełnionej papierem! Ale napawa lękiem. I jest nieprzyjemne. I perwersyjnie przyjemne. Terror spektakularności. Wolałabym, aby nie działo się nic po, nawet jeśli jest to połowa przedstawienia. Wow!

Dorota Kowalkowska
Warszawski Magazyn Kulturalny WAW
11 stycznia 2012

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia